AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 


 

Donald Trump ogłosił systemowy projekt polityki energetycznej. W praktyce chodzi w zasadzie o deregulację na niespotykaną dotąd skalę. 

Biały Dom planuje zasadniczy zwrot w prowadzeniu polityk w sprawie bezpieczeństwa energetycznego i troski o środowisko na poziomie federalnym. Ma scedować odpowiedzialność za limity emisji dwutlenku węgla na rządy stanowe. Tym samym w praktyce zakończony zostanie wielki plan Baracka Obamy, zwany Clear Power Plan, w ramach którego Stany Zjednoczone miały przechodzić na odnawialne źródła energii. Planowano stopniowe zamykanie kopalni węgla kamiennego (według producentów ok. 40%), by dostosować się do światowych norm redukowania emisji gazów cieplarnianych.

Pierwszym etapem frondy wobec walki z globalnym ociepleniem przez Trumpa było wycofanie się z sygnowanej przez rząd Obamy tzw. Karty Paryskiej, czyli ONZ-owskiego porozumienia na rzecz wspólnych wysiłków na rzecz ochrony środowiska. Biały Dom skrytykowała wówczas Unia Europejska, organizacje broniące praw człowieka i ekologiczne, ale także prezydencka córka Ivanka, która pełni oficjalną funkcję doradcy głowy państwa.

Teraz prezydent wycofuje się z regulacji wewnętrznych, jakie wprowadziła administracja jego poprzednika. Najpierw zamroził przepisy dotyczące norm zużycia paliw w transporcie. Teraz rezygnuje z centralnego zarządzania limitami produkcji CO2 przez producentów energii. Oba te sektory są odpowiedzialne w sumie za połowę emisji gazów cieplarnianych. – To zaskakuje tym bardziej, że naukowcy są już coraz bardziej pewni skutków globalnego ocieplenia. Ile jeszcze trzeba powtarzać, że mamy najgorętsze lato, odkąd sięgnąć pamięcią i burze o niespotykanej dotąd skali? – powiedziała w rozmowie z New York Timesem Janet McCabe, szefowa federalnej Agencji Ochrony Środowiska w rządzie Baracka Obamy.

Trumpowi na przeniesienie decyzyjności za emisję dwutlenku węgla zezwala specyfika amerykańskiego ustroju. Jeśli społeczność międzynarodowa zacznie domagać się odwrotu od tej polityki, prezydent rozłoży ręce i powie, że władze federalne nie mają już nic w tej sprawie do powiedzenia.

Rządy stanów takich jak Kentucky, Alabama czy Wirginia Zachodnia, gdzie górnictwo, od czasów rewolucji przemysłowej, było głównym źródłem zatrudnienia (w latach 20. XX wieku pracowało w nim 800 tysięcy osób, dziś ok. 75 tysięcy), będą najpewniej kokietować wyborców perspektywą powrotu do czasów świetności, bez oglądania się na koszty ekologiczne, bo nie będą za nie obarczone odpowiedzialnością. A że w listopadzie odbędą się wybory do Senatu, temat deregulacji na pewno pojawi się w kampanii. Zwłaszcza że w Wirginii Zachodniej ubiega się o reelekcję konserwatywny demokrata Joe Manchin, który jest idolem górników – i republikanie będą chcieli przelicytować jego protekcjonistyczne propozycje.

A w sąsiednim Tennessee na emeryturę odchodzi republikanin i na jego fotel liczy centrowy były gubernator stanu Phil Bredesen, także popularny wśród wyborców zatrudnionych w tradycyjnych gałęziach przemysłu.

Decyzja Donalda Trumpa nie zaskakuje. Od chwili wejścia do polityki kwestionował on prawdę o globalnym ociepleniu i deklarował, że jest to intryga wymierzona w producentów węgla kamiennego. Niektórzy przedsiębiorcy z branży zacierają ręce i, wychodząc nieco przed szereg, w ciemno inwestują w odrestaurowanie kopalni. Ale oprócz biznesowego kalkulowania dają się też ponieść sentymentowi. Np. 71-letni Randy Johnson z Bessemer w Alabamie, któremu niedawno magazyn The Atlantic poświęcił spory reportaż. Przemysłowiec wycofał się z branży w 2014 r., przerażony rządowymi regulacjami idącymi w stronę popularyzacji czystej energii i, jak to nazywa, wojną Obamy przeciwko węglowi. Zachęcony postawą Trumpa otworzył pod koniec lipca zakład górniczy i zatrudnił w nim, na początek, 22 osoby. Planuje wydobycie 20 tysięcy ton węgla miesięcznie i liczy, że koszty zwrócą się mu już późną jesienią.

Na razie nie wiadomo, jak na jego produkt zareaguje wolny rynek, ale Johnson może liczyć na gwarantowane przez władze stanu kontrakty przewidujące określone minimum wykorzystania węgla kamiennego, głównie w trosce o górników. – Gdyby Hillary Clinton została prezydentem, na pewno nie wrócilibyśmy do biznesu – powiedział dziennikarzowi The Atlantic.

Trump natomiast od samego początku go nie zawodził. Ledwie miesiąc po objęciu urzędu anulował Stream Protection Rule, jedną z głównych regulacji chroniących rzeki, nakładającą srogie kary za zanieczyszczanie wody odpadami z kopalni. Ten Obamowski dekret był skądinąd jednym z głównych osiągnięć demokratycznego prezydenta w walce o ochronę środowiska. A potem było – wedle Johnsona – już tylko lepiej. The Donald powołał w skład Sądu Najwyższego Neila Gorsucha, który wcześniej jako sędzia sądu federalnego w Kolorado pokazywał niechęć do organizacji ekologicznych i odmawiał im legitymizacji do występowania w sprawach dotyczących odwiertów czy pozwoleń na wydobycie, tłumacząc, że ich obecność utrudnia sprawne przeprowadzenie procesu sądowego. Johnson i podobni mu weterani liczą, że SN zablokuje ekologiczne zapędy i do regionu Appalachów powróci praca. Bo między 2008 a 2017 r. zatrudnienie w górnictwie spadło o 39%.

Społecznego aspektu upadku tej branży oczywiście nie można lekceważyć. Dochodzącym sześćdziesiątki ludziom bardzo często trudno jest się przebranżowić i czekają na takie okazje jak w Bessemer – że ożywiona zostanie kopalnia. Nie można się im dziwić i mieć do nich żalu, bo leseferystyczna Ameryka z reguły nie dba o pracownika i o szukanie mu pracy w nowym sektorze. I w ten limbus wchodzi Donald Trump, kokietując swój najtwardszy elektorat obietnicami węglowego renesansu.

Tymczasem liczący na powrót do pracy górnicy nieco naiwnie pomijają to, że cały przemysł wydobywczy się automatyzuje i że nawet przy założeniu, że dojdzie do równouprawnienia węgla, masowe zatrudnienie przez pracodawców nie wchodzi w grę, jeśli produkcja ma się opłacać.

Skądinąd określenie czysty węgiel nie oznacza, że jest on tak samo korzystny dla środowiska jak OZE. Ta robocza nazwa, po pierwsze, na rafinację surowca przed spalaniem, by ograniczyć ilość szkodliwych substancji, a po drugie na to, że elektrownie węglowe wyłapują część powstałych w wyniku spalania kopaliny gazów cieplarnianych. A prezydent używa go – tak jak zrobił to podczas swojego pierwszego tzw. State of the Union, raportu o stanie państwa – jako złośliwą parafrazę czystej energii, czyli m.in. OZE. Wówczas jest to oksymoron.

W zeszłym roku FirstEnergy, producent pochodzącej z węgla energii z Ohio, w obawie przed bankructwem poprosił Ministerstwo Energetyki USA o uruchomienie specjalnego paragrafu uchwalonej prawie sto lat temu ustawy Federal Power Act pozwalającej na wykorzystanie tego surowca ponad ustawowe limity w razie wojny lub klęski żywiołowej. Waszyngton odmówił i firma kilka dni później upadła. Ale kilka miesięcy potem szef tego resortu, Rick Perry, przedstawił członkom Izby Reprezentantów pomysł, by na mocy wprowadzonej w 1950 r. Defense Production Act ratować zagrożone bankructwem elektrownie cieplne na węgiel kamienny, tłumacząc to względami bezpieczeństwa narodowego. Debata w tej sprawie czeka na finał.

Biały Dom nabrał na razie wody w usta. Ale przyglądając się trumpowskiej polityce kadrowej, można postawić pewną hipotezę. Na początku sierpnia portal Politico napisał, że nowym szefem Federalnej Komisji Regulacji Energetycznej (FERC) zostanie Bernard McNamee, prawnik i lobbysta na rzecz przemysłu węglowego. Wcześniej był on m.in. doradcą konserwatywnego senatora Teda Cruza z Teksasu, rywala Trumpa w walce o nominacje republikanów w poprzednich wyborach prezydenckich. W działalności publicznej dał się on poznać jako zwolennik interwencyjnych skupów węgla przez rządy stanowe powyżej ceny rynkowej tego surowca. Po to, by ratować nierentowne kopalnie i elektrownie.

Publicystom mechanizm ten przypomina słynny bailout z przełomu 2008 i 2009 r., kiedy to amerykański rząd wykupił toksyczne instrumenty finansowe banków inwestycyjnych, by ratując je, uratować gospodarkę USA. O ile panuje konsensus co do konieczności tamtego kroku, to bankierzy, po odbiciu się od dna, nie oddali wszystkich winnych fiskusowi pieniędzy – w zamian za to wypłacali sobie premie.

Przeniesienie pomysłu skupu interwencyjnego na poziom federalny, choćby przez uruchomienie wspomnianych przepisów Defense Production Act, podniesie koszty energii, jakie ponoszą Amerykanie, o 4 mld dol. rocznie (wedle szacunków konserwatywnej i prowęglowej organizacji American Coalition for Clean Coal Electricity), a może i nawet o 17 mld dol. (według obliczeń niezależnej firmy consultingowej The Brattle Group).

W przyszłości, gdyby w Białym Domu zasiadł polityk, któremu leży na sercu troska o środowisko, konflikt kompetencyjny między Waszyngtonem a władzami w stanach górniczych jest nieunikniony i skończy się dopiero przed Sądem Najwyższym. A utrwalona przez Trumpa konserwatywna większość może skutecznie zablokować wolę reformy i powrotu na ścieżkę troski o przyszłość środowiska.



📻 Jakub Dymek: Fabrykacja mitu