📻 AUDIO REO: Krach? Szukamy designu dla polskiej gospodarki.

Sprawdzam, czy katastroficzne prognozy mają realne podstawy

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 


  • Publicysta REO i Gazety Polskiej Codziennie obejrzał polską gospodarkę przez pryzmat najważniejszych wskaźników ekonomicznych.
  • Gospodarka Turcji popadła w tarapaty: wysoka inflacja, spadek kursu liry, podwyżka cen energii, obniżenie ratingów, a prognozuje się też odpływ kapitału inwestycyjnego z tego kraju.
  • Czy Polskę czeka podobny scenariusz? Jedni wierzą przestrogom z poczytnego bloga, drudzy uważają, że to element rosyjskiej wojny hybrydowej. 

Czarne wizje

W zasadzie odkąd Polska weszła w okres bardzo szybkiego wzrostu w ubiegłym roku, równocześnie zaczęły pojawiać się tezy, według których nasza gospodarka się przegrzeje. Co w efekcie miałoby się skończyć krachem takim, jak na Łotwie, gdzie załamanie się PKB doprowadziło do ogromnego spadku płac i zubożenia sporej części społeczeństwa.

Polski wzrost miałby być niezrównoważony, napędzany przez wydatki socjalne (z 500+ na czele) i zbyt wysoki wzrost płac (sięgający nawet 7%). Ta czarna wizja nabrała nowego wymiaru w obliczu kłopotów gospodarczych, w które wpadają kolejne kraje rozwijające się.

Już jakiś czas temu kryzys na niewyobrażalną do tej pory skalę spadł na Wenezuelę. Bardzo duże perturbacje przechodzi obecnie Turcja, która zmaga się z kilkunastoprocentową inflacją i spadkiem wartości liry. W kłopotach znalazły się też tradycyjnie już Argentyna, do czego w ciągu ostatnich kilkunastu latach mogliśmy się przyzwyczaić, oraz RPA. Polska, lokowana zresztą przez wiele funduszy inwestycyjnych w jednym koszyku z Turcją, miałaby być następna.

Rachunek pod lupą

Najlepszym wskaźnikiem prognozującym to, czy gospodarce grozi załamanie, jest bilans rachunku bieżącego. Mówi o on z grubsza, czy do kraju więcej pieniędzy wpływa czy z niego wypływa. Jeśli na przykład dane państwo zdecydowanie więcej kupuje za granicą, niż sprzedaje, to będzie miał ujemny bilans rachunku bieżącego. Deficyt ten musi zostać pokryty długiem zaciąganym zwykle przez sektor prywatny, ale bardzo często też przez państwo.

Przykładowo Grecja przed kryzysem notowała deficyt sięgający nawet 15% PKB. Na Łotwie dochodził on nawet do 20% PKB. Taka sytuacja jest na dłuższą metę nie do utrzymania i w zasadzie musi w pewnym momencie doprowadzić przynajmniej do znaczącej korekty.

Jednak akurat w Polsce rachunek bieżący wygląda wręcz modelowo. W 2017 roku zanotowaliśmy minimalną nadwyżkę wynoszącą 0,2% PKB. Od 2005 roku nigdy nie mieliśmy wyższego deficytu niż 7%, a od 2015 roku oscylujemy w okolicach zera. Nie zadłużamy się na wielką skalę za granicą, ale też nie zalewamy sąsiadów eksportem. Warto również pamiętać, że notowanie wielkich nadwyżek, tak jak to robią np.

Niemcy (8% PKB) albo Chiny, powoduje perturbacje, tylko że zwykle w otoczeniu zewnętrznym. W końcu moja nadwyżka musi oznaczać czyjś deficyt. Polskiej gospodarki nie dotyczą jednak ani wielkie nadwyżki, ani deficyty – z punktu widzenia kontaktów z zagranicą od kilku lat nasza gospodarka jest niemal idealnie zbilansowana.

Mało długów nad Wisłą

Najczęściej przywoływany czynnik prowadzący do kryzysu to dług publiczny, co jest oczywistą nieprawdą. Najważniejszym czynnikiem jest właśnie niezrównoważony bilans rachunku bieżącego (który jest źródłem wszelkich kryzysów), a w dalszej kolejności dług prywatny.

Jednak z punktu widzenia długu publicznego Polska również wydaje się bezpieczna. Wynosi on 50,6% PKB i należy do jednego z niższych w UE (średnia unijna to 81,6% PKB, czyli jest o ponad połowę wyższa). Co więcej, ponad dwie trzecie tego długu zaciągnięte jest w polskiej walucie. W latach 2015-2017 odsetek państwowego długu publicznego zaciągniętego w obcych walutach spadł z 35% do 31%.

 

To wciąż za dużo, żeby móc powiedzieć, że zupełnie nie ma się czym martwić, ale w najbliższych dwóch latach odsetek ten powinien spaść poniżej 25%. Może oczywiście nieco martwić fakt, że notujemy deficyt budżetowy – w 2017 r. na poziomie 1,7% PKB. Warto jednak pamiętać, że przy obecnym ok. 5-procentowym wzroście taki deficyt oznacza spadek długu publicznego w odniesieniu do PKB. W samym 2017 r. dług publiczny spadł z poziomu 54,2 do 50,6% PKB.

dług prywatny w Wielkiej Brytanii jest grubo ponaddwukrotnie wyższy niż w Polsce.

Dużo ważniejszy dla stabilności gospodarki jest dług prywatny – chociażby dlatego, że zwykle jego poziom jest dużo wyższy niż poziom długu publicznego. Dług prywatny to oczywiście suma długów gospodarstw domowych i przedsiębiorstw prywatnych. W Polsce wynoszą one 76,5% PKB, co daje szósty najniższy wynik w UE. Przykładowo dług prywatny w Wielkiej Brytanii jest grubo ponaddwukrotnie wyższy niż w Polsce.

Portfel kredytów znajdujących się w polskich bankach jest też bezpieczny – zaledwie 3% kredytów hipotecznych jest zagrożonych niespłacalnością. Wśród kredytów walutowych, czyli głównie frankowych, ten wskaźnik jest minimalnie wyższy i wynosi 3,5%. Zresztą liczba kredytów frankowych szybko spada, między innymi w wyniku przewalutowywania ich na złote. W sumie udzielono ok. 860 tys. kredytów frankowych, tymczasem aktywnych jest już tylko 490 tys.

Celując w inflację

Gdyby wzrost płac był w Polsce zbyt szybki w stosunku do rozwoju potencjału gospodarki, musiałoby się to odbijać na wzroście cen. Jednak inflacja nad Wisłą również jest umiarkowana. W 2017 roku wyniosła 1,5%, a więc była niższa od przeciętnego wzrostu cen zarówno w strefie euro, jak i całej UE (1,7%).

Niedawno media obiegła informacja, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacuje, iż inflacja w Polsce w latach 2018-2023 będzie trzecią najwyższą w UE. Jednak według tych szacunków ma ona wynosić 2,5%, czyli dokładnie tyle, ile wynosi cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego. Czyli będzie ona na optymalnym poziomie założonym przez nasz bank centralny.

Dlaczego NBP zakłada 2,5-procentowy cel inflacyjny? Ponieważ kilkuprocentowa inflacja jest dobra dla gospodarki – stymuluje jej wzrost. Ostatni kryzys miał charakter stricte deflacyjny, czyli miał miejsce w sytuacji spadku cen. A to prowadzi do spadku konsumpcji i produkcji. Konsumenci wolą przekładać zakupy na później, by kupić dobra taniej, na co producenci odpowiadają ograniczeniem działalności produkcyjnej, a więc też zwolnieniami lub ograniczeniem płac.

Przy tak zbilansowanym rachunku bieżącym, niskich poziomach długu oraz umiarkowanej inflacji trudno oczekiwać, by na Polskę miała spaść jakaś gospodarcza katastrofa. Ktoś mógłby się jeszcze obawiać np. gwałtownego spadku kursu złotego. Problem w tym, że nasza waluta już jest jedną z najbardziej niedowartościowanych na świecie. Więc pole do spadku jej kursu nie jest zbyt duże. Oczywiście zwykłe wyhamowanie bardzo szybkiego obecnego wzrostu też nie będzie czymś przyjemny, ale od czarnych wizji jest oddalone o lata świetlne.



REO POLECA

📻 Piotr Wójcik: Mieszkania wciąż nie plus