Prof. Żmijewski: "Celem Unii nie jest redukcja emisji. Chodzi o to, żeby CO2 było drogie"


Wywiad z prof. Krzysztofem Żmijewskim z Politechniki Warszawskiej, Sekretarzem Generalnym Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji.

reo.pl: Ostatnio coraz częściej przedstawiciele organizacji rządowych negatywnie wypowiadają się o możliwościach rozwoju odnawialnych źródeł energii, szczególnie energii wiatrowej, przeciwstawiając im pozytywy płynące z rozwoju energii jądrowej. Co Pana zdaniem jest przyczyną takich działań?

prof. Krzysztof Żmijewski: Rozmawiając o energetyce odnawialnej dla większości jej źródeł możemy podać realne ceny rynkowe. Można oczywiście dyskutować do jakiego stopnia te ceny skażone są systemami wsparcia, ale są to mimo wszystko ceny rynkowe, transakcyjne. Natomiast w wypadku energetyki jądrowej to nie są ceny transakcyjne, tylko ofertowe. W Polsce chcemy zainstalować reaktory generacji 3+, które są najbezpieczniejsze. Jest tylko trzech oferentów mogących zaproponować generację 3+. Jednym z nich są Francuzi, czyli Areva z niewielkim udziałem Niemców, a drugim i trzecim są Japończycy z udziałem Amerykanów – co prawda nazwy są amerykańskie, ale właścicielami tych firm są Japończycy. Innych technologii generacji 3+ nie ma na rynku. W związku z tym porównywanie cen transakcji z rynku rosyjskiego czy koreańskiego z tym, co chcemy w Polsce zbudować, jest zupełnie bez sensu. Jeżeli bierze się pod uwagę wiarygodne benchmarki, którymi obecnie są jedynie ceny transakcyjne w Stanach Zjednoczonych, to są to ceny wysokie, a muszą one jeszcze wzrosnąć ze względu na tzw. “Efekt Fukushima” i idące za nim dodatkowe inwestycje w poprawę bezpieczeństwa. Inwestycje te są różnie oceniane, ale nigdy niżej niż 15% dodatkowych kosztów. Prawdopodobnie będzie to 15-25% drożej. I druga sprawa – nie można porównywać czasu życia elektrowni jądrowej i ekonomiki tego przedsięwzięcia w skali 50 czy 60 lat, ze zdolnością do uzyskania kredytu, który miałby być także 50 czy 60 letni. Rozkładanie kosztu kapitałowego na tak długi okres czasu jest bez sensu. Można dostać kredyt góra na 25 lat, z gwarancjami rządowymi może na 30. Okres spłaty takiego przedsięwzięcia jak elektrownia atomowa jest oczywiście długi, ale dobrze byłoby aby był on krótszy niż amortyzacja techniczna. Jeżeli szybciej się ta elektrownia zużyje niż spłaci, to jest to dość ryzykowne przedsięwzięcie, które wymagać będzie dodatkowych środków, żeby zamknąć możliwość spłacenia kredytu i odsetek. Prawdopodobnie wymagać będzie więc wsparcia lub bardzo wysokiej ceny dwutlenku węgla, rzędu 50-60 EUR za tonę, a to jest cena, która jest porównywalna z kwotą otwierającą opłacalność technologi CCS.
Na korzyść energetyki jądrowej można powiedzieć, że jest to technologia lepiej sprawdzona niż CCS, która nie była testowana w takiej skali. z drugiej strony, węgiel mamy własny i CCS moglibyśmy samodzielnie rozwijać, a technologii jądrowej własnej nie mamy i jest pewne, że w skali pełnowymiarowej nie będziemy jej rozwijać. Do tego trzeba być bowiem potęgą naukową, opartą na tak silnej bazie jaką mają Stany Zjednoczone, Japonia czy Chiny, my nie jesteśmy w stanie równać się z tymi potęgami naukowo-technicznymi.

 reo.pl: Czy Pana zdaniem Polskę stać na osiągnięcie proponowanego przez Komisję Europejską poziomu 30 procent redukcji emisji CO2 i czy podziela Pan obawę, że Polska obejmując Prezydencję może wykorzystać ją do torpedowania przedłużającego się procesu wdrażania pakietu klimatyczno-energetycznego, co mogłoby negatywnie wpłynąć na nasz wizerunek na arenie europejskiej?

 prof. Krzysztof Żmijewski: Bardzo nie podoba mi się sformułowanie tego pytania i proszę tego zdania nie wyrzucać. Ale wyjaśnię dlaczego mi się nie podoba. Uważam, że my nie protestujemy przeciwko polityce klimatyczno-energetycznej, a w szczególności nie protestujemy przeciwko celom tej polityki, jeżeli głównym jej celem jest redukcja emisji. My protestujemy przeciwko rozwiązaniom, które z redukcją emisji nie mają nic wspólnego. Nic. To, co w tej chwili Unia robi nie jest redukcją emisji, nie jest tak zwaną mitygacją emisji, tylko jest migracją emisji. Unia doprowadza do zamknięcia emisjogennych branż przemysłu w Europie, ale nie do ich likwidacji na świecie. Unia nadal potrzebować będzie stali czy cementu i nie rezygnuje z ich konsumpcji, te surowce będą sprowadzane spoza obszaru Unii Europejskiej, gdzie ta stal czy cement będą produkowane bez zachowania wymagań ochrony środowiska, bez zwracania uwagi na politykę klimatyczną, za to z dodatkowymi kosztami środowiskowymi i klimatycznymi transportu. Wielka Brytania kupuje klinkier cementowy w Pakistanie i miele go na cement na miejscu. Wkrótce zaprzestanie i tego, bo też nie będzie się opłacało. Potencjał wytwórczy Pakistanu to 45 mln ton cementu rocznie, trzy razy więcej niż obecny potencjał Polski. Te możliwości wykorzystane są co najwyżej w połowie. Czyli 23 mln ton czeka. Spokojnie można tę produkcję przenieść z Europy. Potencjał sąsiednich Indii to 300 mln ton. Potencjał Chin to 700 mln ton… Chcę pokazać istotną różnicę pomiędzy Polską a Francją czy Niemcami. Jeżeli zamkniemy cementownię w Polsce, która z największym prawdopodobieństwem ma kapitał francuski czy niemiecki, i otworzymy produkcję w Pakistanie, to zyski nadal będą szły do Francji czy Niemiec, a my stracimy przychody budżetowe i możliwości zatrudnienia Polaków. Dla nas jest to strata, a dla kapitału międzynarodowego jest to ewidentny zysk. Dla korporacji kwestia lokalizacji fabryki nie ma żadnego znaczenia. Przemysłu więc nie likwidujemy, ale przenosimy go tam, gdzie koszty są mniejsze. Ale zwolnionym ludziom nie można tego powiedzieć wprost. Tłumaczy się więc te działania zmianami klimatu, dobrem kuli ziemskiej, odwołuje się do imperatywu moralnego i lepszej przyszłości wnuków. Jak widać wyraźnie, czarno na białym, nie jest to prawdą. Nie redukujemy emisji, a nawet zgadzamy się na jej niewielki wzrost przenosząc produkcję z jednego miejsca na drugie. Bo musimy dodać choćby emisję z transportu.

 reo.pl: Dlaczego więc Polska była jedynym krajem, którego głos sprzeciwu słychać było na arenie Unii Europejskiej?

prof. Krzysztof Żmijewski: Odpowiedź jest prosta. Spójrzmy na Estonię. Ostatnio analizowałem przypadek estoński i rozmawiałem z wiceministrem gospodarki odpowiedzialnym za energetykę i politykę klimatyczną, który powiedział mi, że u nich problem carbon leakage praktycznie nie istnieje, bo oni nie mają już przemysłu, a energię mogą sprowadzać z Rosji. Estonia razem z Polską zajmuje obecnie pierwsze miejsce w zakresie emisyjności elektroenergetyki, z racji łupków roponośnych, które są prawie tak obciążające jak węgiel. Co, tak naprawdę, Unia Europejska zrobiła w kwestii carbon leakage? Wprowadziła okresy przejściowe i nic więcej. Wyraźnie widać, że chodziło o to, aby dać przez to czas potrzebny do przeniesienia przemysłu z jednego miejsca na świecie w drugie. Pytanie, czy można rozwijać naukę, a w szczególności jej część przyrodniczo-techniczną, nie prowadząc żadnej działalności technicznej? Czy można oderwać rozwój nauki od praktyki? Ośmielam się twierdzić, że się tego zrobić nie da. Jeżeli nie ma się doświadczeń technologicznych, nie wie się co psuje się w trakcie procesu, gdzie pojawiają się problemy wytwórcze i jakościowe, to nie da się rozwijać nauki.
Kiedy tworzono pakiet klimatyczny idea była taka, że Europa będzie zarabiać na eksporcie zielonych technologii i wiedzy. Okazuje się, że nie można już eksportować ich do Chin, bo te stały się już największym eksporterem zielonej energii. Cena chińskiej farmy wiatrowej budowanej w Europie to połowa ceny rodzimej farmy wiatrowej. Największym producentem paneli fotowoltaicznych także są Chiny i prawdopodobnie w ciągu 5 lat, cena kompletnego domowego systemu słonecznego do instalacji na dachu ma spaść z 2,4 euro za Wat do 1,2 euro za Wat. Na razie elektrownia jądrowa pracuje osiem razy dłużej niż panel fotowoltaiczny, ale jeżeli cena paneli spadnie o połowę i poprawi się ich wydajność, to zaczną one znacznie szybciej się zwracać i staną się jeszcze bardziej atrakcyjne dla klientów. Skończy się to tak, że albo państwo pomoże inwestorom, albo zaczną się oni odcinać od sieci.
Jest cała masa mechanizmów redukujących emisję, które wystarczy uruchomić, a które Komisja zablokowała. Takim fundamentalnym mechanizmem jest domestic offset. Gdybyśmy pozwolili polskiej energetyce docieplić kraj i wykorzystać zaoszczędzony dwutlenek węgla, to ten dwutlenek węgla kosztowałby nas połowę tego co teraz, albo jedną trzecią, ludzie mniej płaciliby za energię, emisje by spadły… Ale nie wolno tego robić! Dlaczego? Jaka jest oficjalna wykładnia? Bo to obniżyłoby cenę dwutlenku węgla. Z tego wynika, że celem nie jest redukcja emisji i ochrona klimatu, ale chodzi o to, żeby CO2 było drogie i by było go mało na rynku. Jak dwutlenku węgla będzie mało to będzie on cenny, będzie krążył po rynku i pozwalał na każdym obrocie zarabiać na marżach.

fot. prof. Krzysztof Żmijewski (reo.pl)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here