Piotr Wójcik: Pracodawcą jest pracownik

Nazewnictwo ma znaczenie.

W powszechnym rozumieniu przedsiębiorca to pracodawca, a pracownik to pracobiorca. Tymczasem to ewidentny błąd logiczny, który ma poważne implikacje dla polityki i relacji społecznych. W rzeczywistości pracodawcą jest pracownik.

W Polsce przyjęło się uważać, że przedsiębiorca zatrudniający pracownika jest jego pracodawcą. Inaczej mówiąc, daje mu pracę. To wcale nie jest niewinna gierka słowna. Ten zwrot niesie poważne konsekwencje dla dominującej narracji na temat relacji ekonomiczno-społecznych. Jak wiadomo, dwa główne składniki produkcji, to kapitał i praca. Bez jednego i drugiego żadna produkcja nie jest możliwa. I to się nie zmieni także w przyszłości, nawet wtedy gdy, jak wieszczą niektórzy, roboty wypchną ogromną liczbę pracowników na bezrobocie. Ktoś te roboty będzie musiał obsługiwać, programować, serwisować, a więc wykonywać przy nich niezbędną pracę. Możemy więc spokojnie założyć, że także w dalekiej przyszłości żaden produkt nie powstanie bez udziału obu czynników. Zmienić się może jedynie ich udział w końcowym efekcie.

Hegemon uzurpator
Bez wątpienia kapitał jest własnością przedsiębiorcy. To on zapewnia maszyny, miejsce pracy, zaopatruje stanowiska pracy itd. Przynajmniej tak to powinno wyglądać, bo co raz częściej przedsiębiorcy próbują zmusić pracowników, by sami przynosili przynajmniej jakąś część swojego sprzętu, np. strój roboczy albo narzędzia. Jednak zwrot pracodawca w stosunku do przedsiębiorcy oznacza, że jest on także dyspozytorem pracy. To on ma pracę, którą daje zatrudnianym ludziom. W końcu żeby coś dać, trzeba najpierw to mieć. A więc praca leży sobie spokojnie w magazynie przedsiębiorcy i czeka, aż ten ją łaskawie podaruje zatrudnionemu pracownikowi. I jeszcze mu za to zapłaci. W tym kontekście zatrudnienie kogoś to niezwykle piękny odruch serca – można wręcz powiedzieć, działalność charytatywna.

A więc według dominującej narracji oba kluczowe czynniki produkcji są w posiadaniu przedsiębiorcy. Nic więc dziwnego, że w powszechnym mniemaniu cały powstający dobrobyt, to dzieło przedsiębiorców. To oni są solą tej ziemi, to dzięki nim mamy wzrost gospodarczy, to oni powinni mieć swoją Konstytucję dla Biznesu, to oni powinni mieć swojego Rzecznika Przedsiębiorców. Nic dziwnego, że przy takim dictum polityka probiznesowa jest synonimem dobrej polityki, a przedsiębiorcy wywalczyli sobie wiele ulg i przywilejów. Takich jak liniowy podatek dochodowy, ryczałtowe składki ZUS czy niskie opodatkowanie dywidend. Mamy zdzierać z takich dobrodziejów? To byłby przecież strzał w kolano.

Docenić pracę
Prawda jest jednak zupełnie inna, a pośrednio zwrócił na to uwagę australijski ekonomista Steve Keen. W wydanej niedawno książce Fałszywy paradygmat obala wiele mitów, na których oparta jest ekonomia neoklasyczna. Jednym z nich są właśnie relacje na rynku pracy. Jak dobrze wiadomo, podaż to domena producentów, a popyt konsumentów. Ale podaż pracy według dominującego paradygmatu ekonomicznego oznacza liczbę rąk do pracy, czyli pracowników bez zatrudnienia. Tymczasem popyt na pracę, to liczba wolnych miejsc pracy. A więc na rynku pracy to pracownik jest producentem, a przedsiębiorca konsumentem. To pracownik dostarcza towar przedsiębiorcy, a ten za niego płaci. Gdyby nie pracownicy, przedsiębiorcy nigdy nie zdobyliby niezbędnego do produkcji czynnika.

na rynku pracy to pracownik jest producentem, a przedsiębiorca konsumentem.

Co to oznacza? Oczywiście tyle, że to pracownik jest pracodawcą – on daje swoją pracę. A przedsiębiorca jest jej biorcą – czyli pracobiorcą. Znów nie jest to tylko gierka słowna. Skoro pracownik jest pracodawcą, jego udział w tworzeniu dobrobytu i wypracowywaniu, nomem omen, PKB jest przynajmniej równorzędny. Należy więc dbać o to, by pozycje pracy i kapitału były możliwie równorzędne. Obecnie to przedsiębiorcy, jako grupa, stoją na dużo wyższej pozycji. Mają zwykle znacznie większe majątki, a więc nie muszą się martwić o byt i podejmować decyzji pod wpływem ekonomicznego przymusu. Ich zyski są najczęściej znacznie wyższe niż dochody z pracy. Tak więc w obecnych czasach polityka prorozwojowa powinna polegać na wzmacnianiu pozycji pracownika, by wyrównać pozycje pracy i kapitału.

Swój pierwszy tekst dla Reo.pl, w którym zreferowałem główne idee z książki Język neoliberalizmu Tomasza Markiewki, zakończyłem tezą, że obalenie dominującego liberalnego paradygmatu gospodarczego musi się zacząć od wypracowania nowego języka mówienia o gospodarce. Na dobry początek zacznijmy nazywać pracowników pracodawcami, a przedsiębiorców pracobiorcami.