Powrót do Edenu. DO AZJI KAMPEREM. Z Mellerem. Odcinek 4

Przy granicy z Syrią

Sprzęgło spaliłem, podjeżdżając pod bardzo stromą uliczkę w Goreme. Poczułem zapach palonej gumy, ale wszystko na razie działało. Zdołałem się jeszcze przetoczyć potem przez kilkaset kilometrów anatolijskiej autostrady, ale sprzęgło ślizgało się coraz bardziej, zwłaszcza przy podjazdach. W centrum miasta, które słynie przede wszystkim z kebabu Adana, tuż koło mostu wzniesionego przez Rzymian zebraliśmy spod drzewa pomarańczy pierwsze cytrusy, których miejscowi nie zrywają zbyt często, ponieważ są zbyt gorzkie – jak wytłumaczył nam nasz kolega Serhat, mieszkaniec Adany.

Plan był taki, żeby objechać prowincję Hatay, najbardziej wysunięty cypelek na południu Turcji, graniczący z Syrią, gdzie od ośmiu lat trwa bratobójcza wojna i skąd do Turcji przedostały się miliony uchodźców. Chcieliśmy także zobaczyć starożytną Antiochię, której pierwszym biskupem był Święty Piotr, późniejszy pierwszy papież. Na podjeździe pod przełęcz, z której w zasadzie mogliśmy się już stoczyć na luzie pod Grotę św. Piotra, Stiwi zupełnie stracił wolę współpracy i stanął jak zarobiony osiołek.

Przy Grocie św. Piotra, fot. Andrzej Meller

Na szczęście wspomniany już Serhat – prawnik pracujący dla rządu (za którym, co trzeba podkreślić, nie przepada) znał mechaników w pobliskim Iskenderum, mieście założonym w 333 roku p.n.e. przez Aleksandra Wielkiego, który stanął tu ponoć w drodze do Afganistanu, czyli prawie tak jak my.

Długośmy na sprzęgło czekali w tym Iskenderunie. Debriyaj kaput – tak mnie powitano w zakładzie, w którym Stiwi miał spędzić tydzień. Tureckie słowo debriyaj, czyli sprzęgło, śniło mi się potem po nocach. Murat – właściciel serwisu oraz syn Aykut męczyli mnie po niemiecku o dokładne szczegóły techniczne naszego mercedesa, ale ponieważ szybko się okazało, że poza leksyką z filmów wojennych z niemieckim stoję raczej na bakier, to musiałem wykonać klasyczne Hände hoch.

– Jak mogę panu pomóc? Czy ten silnik ma cztery, czy sześć cylindrów? – usłyszałem płynną polszczyznę w telefonie, który mi podał Aykut i nieco oniemiałem. Okazało się, że to Gokhan – dawny sąsiad Aykuta z miasta, brat – jak mówią Turcy. Gokhan od 15 lat mieszka w Polsce i w Pile prowadzi Kebab Turka. Dzięki Turkowi z Piły, codziennie miałem po polsku samochodowy serwis informacyjny. Gdy cała sytuacja zdawała się wydłużać w nieskończoność, Gokhan wysłał mnie do Murata z Aytekiem – swoim bratem, a jednocześnie bodyguardem prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana. Muratowi i wszystkim mechanikom mina nieco zrzedła, gdy zobaczyli dobrze tu znanego pana z policyjnych oddziałów specjalnych, a na dodatek okazało się, że właśnie doszło ze Stambułu sprzęgło, tyle że do jakiegoś opla. Aytek mówił mało, ale wąsa podkręcił tak, że następnego dnia wieczorem Stiwi był nareperowany i umyty jakby jechał do ślubu z jakąś Panią Mercedes. Zeszła mi trochę gula, choć ceny nowych części w Turcji są tak wysokie, że jeśli podsumować cenę sprzęgła, robocizny i tygodnia w niedrogim hotelu, to wyprztykałem się z miesięcznego budżetu na podróż.

Z Muratem i resztą ekipy, która ratowała “Stiwiego”, fot. Andrzej Meller

W niedzielę ruszyliśmy odmłodzonym wehikułem do Antiochii i w samo południe podjechaliśmy do podnóża góry Starius pod Grotę św. Piotra uważaną za jeden z najwcześniejszych kościołów chrześcijaństwa. Samą fasadę w obecnym kształcie zbudowali prawdopodobnie krzyżowcy dopiero w 1098 roku, ale św. Piotr, który zgodnie z Listem św. Pawła do Galatów, przybył do miasta około roku 50 i został jego pierwszym biskupem, miał w grocie odprawiać Eucharystię dla ukrywających się w okolicy pierwszych chrześcijan. Zresztą ich los w tej całej biblijnej okolicy nie okazał się na przestrzeni stuleci zbyt łaskawy, o czym za chwilę.

Z Antiochii, dziś zwanej Antakyą, ruszyliśmy wzdłuż turecko-syryjskiej granicy do miasteczka Kilis. Słońce zachodziło gdzieś nad Aleppo, a tuż za murem stojącym na granicy zatrzymali nas żandarmi.

Polonia, Warszawa – rzuciłem jak kibic przez otwarte okno do zamaskowanych żołnierzy i podałem dokumenty.

Polonya, Varşova – odpowiedzieli życzliwie, oślepiając latarkami po oczach, oddali dokumenty i skierowali nas na Kilis, a potem Giazaantep.

Kilis słynie z licznych obozów dla syryjskich uchodźców, do których jednak nie dostaliśmy od gubernatora zgody na wjazd, mimo że spędziliśmy w różnych urzędach miasteczka pół dnia.

fot. Andrzej Meller

Ostatnio była u nas minister spraw zagranicznych Chorwacji z telewizją i ich dziennikarzy też nie wpuściliśmy. Takie mamy zasady – powiedział sekretarz generalny samego gubernatora, który w międzyczasie mignął nam w asyście uzbrojonych goryli na schodach do gabinetu.

Mijaliśmy potem rozsiane po prowincji szczelnie zamknięte obozy z wieżyczkami strażniczymi, otoczone wysokimi murami i zawsze z BWP-em [bojowym wozem piechoty – red.] przed bramą, aż dojechaliśmy do miasta proroków, czyli świętej Sanliurfy, gdzie w grocie urodził się Abraham, zwany tu Ibrahimem, a także Hiob.

Sanliurfa, dawne centrum syryjskiego chrześcijaństwa, fot. Andrzej Meller

Lepiej, żeby syryjscy uchodźcy siedzieli w obozach, niż żebrali po mieście czy napastowali nasze kobiety – wyjaśniał mi potem Kurd Adam, imiennik pierwszego człowieka, męża Ewy, których Bóg wygnał z biblijnego Edenu. Na marginesie Eden znajdować się miał właśnie koło Urfy.

Nie jesteśmy w stanie zrozumieć syryjskich mężczyzn – kontynuował Adam – poddali się bez walki, nie chcieli walczyć o swoje miasta, kobiety i dzieci i zwyczajnie dali dyla do Turcji, gdzie narzekają na naszą zbyt skromną ich zdaniem pomoc. Potrafią tylko wyciągać rękę i błagać. Zero honoru – dodał na koniec zniesmaczony Kurd.

Wieczorem w krętych uliczkach Urfy spotkaliśmy przypadkowo doktora Omara, też Kurda, bo święte miasto jest statystycznie kurdyjsko-arabskie. Omar pomógł nam kupić imbryczek do kawy, a potem, gdy z minaretów dobiegł wieczorny azan, unosząc się wokół starożytnej cytadeli i Ogrodów Abrahama, mały Kurd zniknął w podskokach na dziedzińcu meczetu na kilkuminutową modlitwę.

Słyszeliście ten azan? – spytał uśmiechnięty okulista i dodał – ja recytuję azan tak, że będziecie w szoku, mam nawet kanał na youtubie, zresztą sami zobaczycie dodał i pociągnął nas w kierunku meczetu Selahaddin Eyyubi Camii stojącego w ciemnej uliczce na wzgórzu. Jak się okazało, meczet (wcześniej kościół św. Jana, do rzezi Ormian 100 lat temu)  powstał tu w 1993 roku, a przez większość XX wieku był… rozdzielnią elektrowni.

Kiedy ta ulica spłynęła krwią Ormian, kościół przerobiono na elektrownię. Z naszego radykalnie muzułmańskiego miasta wygnano chrześcijan, choć na przykład w nieodległym Mardin nie mają problemów, a kościoły są otwarte – opowiadał wzruszony Omar – macie szczęście, że mnie spotkaliście, bo jestem jednym z niewielu w tym mieście, który mimo miłości do Allaha nie poddaje się presji społeczeństwa i współczuje Ormianom – dodał doktor Omar i razem weszliśmy do byłego kościoła, a dziś meczetu w którym mały-wielki człowiek, specjalnie dla nas wykonał wezwanie do modlitwy:

Bóg jest wielki, Bóg jest wielki
Zaświadczam, że nie ma boga poza Allahem
Zaświadczam, że Muhammad jest wysłannikiem Allaha
Śpieszcie na modlitwę
Śpieszcie po nagrodę
Bóg jest wielki
Nie ma boga poza Allahem.

REO POLECA

I kto tu udaje GREKA?

Andrzej Meller
Andrzej Meller, pisarz i podróżnik. Instagram: @eamellers Autor książek reporterskich: „Miraż. Trzy lata w Azji”, „Zenga, Zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki” oraz „Czołem, nie ma hien. Wietnam, którego nie znacie”. Organizator wypraw do Azji z firmą Conqueror Travel Club.