📻 Piotr Wójcik: O Polaku, który mógł powstrzymać światowy kryzys. Portret Michała Kaleckiego

Ekonomię popytową nazywa się keynesizmem, a powinno kaleckizmem

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Bożena Sitek.


Ostatnia dekada to renesans myśli Michała Kaleckiego, jednego z najwybitniejszych polskich ekonomistów. Gdyby jego idee znane były europejskim decydentom, kryzys w strefie euro nie miałby tak dramatycznych konsekwencji.

Smutek tropików
Trudno wskazać kogokolwiek, kto wymiernie zyskał na zapaści gospodarczej południa strefy euro. W pierwszej kolejności straciły oczywiście społeczeństwa krajów południa Europy – sam kryzys oraz nieudolne próby ratowania sytuacji wpędziły je w gigantyczne bezrobocie oraz ekspansję ubóstwa. Straciła strefa euro – ujawniły się napięcia strukturalne wynikające z konstrukcji wspólnej waluty, co zniechęciło do tej idei narody Europy Zachodniej, która była przecież jej zalążkiem. Straciła Unia Europejska jako całość – kryzys strefy euro obnażył słabość jej instytucji oraz ich tendencje do autorytarnych działań.

Komisja Europejska oraz Europejski Bank Centralny wymusiły wręcz na krajach południa Europy politykę austerity (oszczędności budżetowe oraz cięcia płac), co tylko pogorszyło ich sytuację. Zamiast przywrócić czasy prosperity, KE i EBC jedynie wygenerowały olbrzymią nieufność wobec UE w niemal wszystkich krajach członkowskich. W gruncie rzeczy nie zyskali także wierzyciele krajów Południa, czyli zachodnioeuropejskie banki – one po prostu uratowały skórę, zresztą niesłusznie, bo odpowiadały w takim samym stopniu za kryzys, co inni jego autorzy. Zyskali głównie poszczególni pracownicy sektora finansowego, którzy zdążyli obłowić się na kredytowym eldorado, oraz różnej maści inwestorzy, którzy sprywatyzowali infrastrukturę publiczną na południu Europy, szczególnie w Grecji.

Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Ekonomiczne

Jednak kryzys strefy euro to bez wątpienia czas triumfu jednego zapomnianego człowieka – Michała Kaleckiego. W okresie gospodarczego załamania  powoływali się na niego ekonomiści z całego świata, z noblistą Paulem Krugmanem na czele. Książkę o Kaleckim napisali Julio Lopez oraz Michael Assous. Przede wszystkim jednak jego myśl zyskała potwierdzenie w tym, co wydarzyło się po 2008 roku na południu Europy.

Rewolucja popytowa
Według założeń ekonomii klasycznej spadek płac powinien zwiększyć zyski, a więc w dalszej kolejności także produkcję i zatrudnienie. Zmniejsza on także koszty przedsiębiorstw, zwiększa więc ich dochód na dwa sposoby – pozwala im zwiększyć marżę (cena minus koszty) lub obniżyć cenę przy tej samej marży, zwiększając dzięki temu sprzedaż. Zdobyte w ten sposób środki firmy mogą zainwestować w nowe zdolności produkcyjne. To pociągnie za sobą wzrost zatrudnienia i finalnie wzrost gospodarczy. Takie podejście nazywane jest także ekonomią podaży. Rozumowanie to opiera się m.in. na założeniu, że to oszczędności tworzą inwestycje. Firmy muszą najpierw zakumulować odpowiednie zyski, by potem móc je zainwestować w rozwój. W tym podejściu nagromadzone zyski stają się głównym motorem rozwoju i inwestycji.

Dokładnie na tym schemacie bazowała polityka zaserwowana krajom strefy euro, w które uderzył gospodarczy kryzys. Mowa szczególnie o Grecji, Portugalii i Hiszpanii, w których cięcia płac wynosiły nawet po kilkadziesiąt procent. Mimo to kraje te przeżyły bardzo duże załamanie wzrostu gospodarczego i wieloletnią recesję. Hiszpanie zaczęli wychodzić z kryzysu dopiero w 2015 roku, Portugalczycy w 2017, a Grecy wciąż w nim tkwią. Co więcej, w krajach tych powstało gigantyczne bezrobocie, sięgające 20%, które trwa do dziś (szczególnie w Hiszpanii i Grecji).

Jak możliwa była tak długotrwała recesja lub stagnacja gospodarcza, połączona z ekspansją bezrobocia, skoro drastyczne cięcia płac powinny wywołać wzrost inwestycji i zatrudnienia? Na to pytanie odpowiedział już w latach 30. XX wieku polski ekonomista Michał Kalecki. W 1933 roku, nie mając żadnego formalnego wykształcenia ekonomicznego, opublikował on swoje pierwsze ważne dzieło: Próba teorii koniunktury. Zawarł w niej podstawy teorii, którą następnie rozwijał przez lata. Na czym ona polega?

Wydawnictwo Intosociety

Michał Kalecki był jednym z pierwszych ekonomistów na świecie, a być może nawet pierwszym, który dokonał fundamentalnej obserwacji – płace to nie tylko koszt produkcji, ale przede wszystkim bardzo ważny składnik popytu. A w zasadzie najważniejszy, gdyż pracownicy wykazują tendencję do wydawania niemal całości swoich dochodów, tymczasem przedsiębiorcy mają dużo większą skłonność do oszczędzania. Cięcia płac oznaczać więc będą ograniczenie popytu. A to oznacza, że duża część wzrostu zysków przedsiębiorstw pozostanie na papierze. Przecież do osiągnięcia zysku nie wystarczy coś wyprodukować – trzeba to jeszcze sprzedać. Obniżki płac będą więc oznaczać nie tyle wzrost zysków, co wzrost zapasów, czyli zamrożonych aktywów. Mająca kłopoty gospodarka wpadnie w jeszcze większe tarapaty, gdyż będzie wykorzystywać mniejszą część swojego potencjału.

Według Kaleckiego to nie większe zyski są motorem inwestycji, ale popyt na produkty, które będzie można wytworzyć dzięki podjętym inwestycjom. Przedsiębiorcy wtedy decydują się na rozbudowę mocy wytwórczych, gdy widzą na rynku zapotrzebowanie wśród klientów dysponujących odpowiednią siłą nabywczą. Tak więc cięcia płac tylko spotęgują recesję. Po pierwsze, wzrost zysków nie będzie tak duży, jak się wydaje, gdyż duża ich część zostanie na papierze. Po drugie, przedsiębiorcy nie będą chcieli inwestować, gdyż nie będą widzieć popytu na swoje towary. Kalecki zanegował założenie, według którego to oszczędności (tzn. zakumulowane zyski) tworzą inwestycje. Jest wręcz przeciwnie – to inwestycje tworzą oszczędności (czyli zyski).

W jaki sposób inwestycje mogą wyprzedzić powstanie oszczędności? W bardzo prosty, a dziś już zupełnie oczywisty – dzięki kredytowi. Gros inwestycji wcale nie jest finansowane z zakumulowanych zysków, lecz z pożyczek, kredytów lub obligacji. Oszczędności wcale inwestycjom nie są potrzebne – potrzebny jest popyt na produkt stworzony dzięki inwestycjom. Tak więc cięcia płac podczas kryzysu to gotowa recepta na pogrążenie gospodarki w długiej recesji. Jeśli spadnie popyt, firmy stracą motywację do zwiększania produkcji i zatrudnienia, a wręcz mogą jeszcze je ograniczyć, zakładając złe perspektywy na przyszłość.

Dla stabilnego rozwoju gospodarczego bardzo istotny jest więc odpowiedni udział płac w dochodzie narodowym.

Rynkowa walka klas
Widząc tak wielkie znaczenie płac dla rozwoju gospodarczego, Kalecki bardzo dużą wagę przykładał do podziału dochodu narodowego między płace a zyski. Udział tych ostatnich w dochodzie narodowym uważał on za stopień monopolizacji. Mianowicie przedsiębiorstwa mające dominującą pozycję na rynku mogą narzucać wyższe marże na swoje produkty – czyli dyktować wyższe ceny. W ten sposób udział zysków w dochodzie narodowym rośnie, ale ceny stają się wyższe w stosunku do płac. Tak więc pracownicy mogą mniej kupić, czyli popyt spada. Ponieważ pracownicy wydają większość swoich dochodów, a przedsiębiorcy dużą część odkładają, to zwiększone dochody przedsiębiorców nie wygenerują na tyle wysokiego popytu, by zastąpić spadek siły nabywczej pracowników. Dla stabilnego rozwoju gospodarczego bardzo istotny jest więc odpowiedni udział płac w dochodzie narodowym.

Po pierwsze, nie można dopuścić do monopolizacji, gdyż monopoliści dyktują wysokie ceny (pobierając wysokie marże), co obniża realny udział płac w dochodzie. Po drugie, pracownicy muszą zdobyć większy kawałek tortu w walce z przedsiębiorcami. Walka klas określa podział dochodu narodowego – napisał w jednym z tekstów Kalecki. Tu widać oryginalność idei ekonomisty – łączył on marksistowską walkę klas z potrzebą istnienia rynkowej konkurencji, która zapobiegnie monopolizacji. Choć posługiwał się niektórymi kategoriami Marksa, nie był przeciwnikiem gospodarki rynkowej.

Kalecki zauważył, że wzrost popytu nie przekłada się na podwyżki cen, lecz na wzrost podaży.

Krytycy takiego podejścia często twierdzą, że sztucznie napędzany wzrost popytu musi spowodować wzrost cen. A więc pracownicy nic nie zyskają wskutek wzrostu płac lub udziału płac w PKB, gdyż ich siła nabywcza się nie zwiększy. Tak więc z powodu wzrostu cen płace realne będą stać w miejscu, nawet jeśli nominalnie wzrosną. Kalecki zauważył jednak, że wzrost popytu nie przekłada się na podwyżki cen, lecz na wzrost podaży. W konkurencyjnej gospodarce przedsiębiorcy wcale nie będą chcieli zwiększać zysków poprzez wzrost cen, gdyż będą się bali utraty klientów. Zareagują na podwyższenie cen zwiększeniem produkcji, aby zwielokrotnić zyski poprzez wzmożenie sprzedaży. A wzrost produkcji przekłada się na wzrost zatrudnienia, tak więc większy popyt może wygenerować większe zatrudnienie. W zasadzie jedynie surowce rolne reagują na zwiększenie popytu wzrostem ceny, gdyż nie da się podwyższyć podaży tych produktów w krótkim okresie – produkcja rolna jest rozciągnięta w czasie. Wzrost popytu mógłby też wpłynąć na wzrost cen, gdyby wykorzystane były pełne moce wytwórcze firm, czyli nie mogłyby one zwiększyć podaży. Ale to mogłoby się wydarzyć w zasadzie jedynie w warunkach pełnego zatrudnienia, a tego nie było ani w latach 30., ani obecnie.

Michał Kalecki miał też rewolucyjne podejście do deficytu budżetowego. Ekonomiści klasyczni traktowali wydatki publiczne za zło konieczne, a deficyt budżetowy za zło absolutne. Kalecki uważał deficyt za jeden z podstawowych instrumentów władzy publicznej. Klasyczna teoria głosi, że wydatki publiczne mogą eliminować inwestycje prywatne, tymczasem według polskiego ekonomisty mogą je nawet zwiększać. Gdy gospodarka napotyka na barierę popytową, niekoniecznie wpada w kryzys, ale nie rozwija się tak szybko, jak mogłaby. To wydatki publiczne finansowane długiem mogą zwiększyć popyt wewnętrzny, zastępując zamrożone aktywa (np. niewykorzystywane oszczędności). Jeśli państwo ogłaszało program robót publicznych, zatrudniając do nich bezrobotnych, zwiększało popyt krajowy o płace tych właśnie pracowników. Gdy zaś ogłaszało ekspansję zamówień publicznych, skłaniało przedsiębiorstwa do zwiększenia możliwości produkcyjnych (inwestycji, zatrudniania), by mogły je wykonać.

Deficyt budżetowy w koncepcji Kaleckiego nie jest złem koniecznym, ale bardzo praktycznym narzędziem uzupełniania popytu wewnętrznego, by pobudzić inwestycje i wzrost. Niestety, europejscy decydenci nie myśleli w podobny sposób, nakładając na kraje południa Europy drastyczne wymogi ograniczenia wydatków publicznych i świadczeń społecznych w celu zmniejszenia deficytów, co tylko pogorszyło sytuację tych państw, zmniejszając popyt wewnętrzny.

Niedoceniony za życia
W 1936 roku, a więc trzy lata po publikacji Próby teorii koniunktury Kaleckiego, John Maynard Keynes opublikował przełomowe dzieło Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, w którym podważył dogmaty ekonomii klasycznej w podobnym duchu, w jakim uczynił to Kalecki. Zrobił to w języku angielskim, a nie polskim, więc jego praca rezonowała dużo bardziej. I to między innymi dlatego ekonomię popytową nazywa się keynesizmem, a nie kaleckizmem. Trzeba też przyznać, że praca Keynesa była dużo bardziej kompletna – Kalecki dopiero się przymierzał do napisania dzieła, które całościowo opisałoby jego teorię. Między Keynesem a Kaleckim były też różnice (choćby w zakresie podejścia do deficytu budżetowego), jednak gdy polski ekonomista przeczytał Ogólną teorię…, stwierdził, że to właśnie dzieło, które ma on dopiero napisać.

Będąc wtedy na stypendium w Sztokholmie, zdecydował się na przeprowadzkę do Cambridge. Tam dostał się do grupy młodych ekonomistów zgrupowanych wokół ich mentora, Keynesa. Zaprzyjaźnił się między innymi z najsłynniejszą z nich, czyli z Joan Robinson. Ta, po wielu rozmowach z Kaleckim, była zdecydowana przyznać, że to Polak pierwszy wpadł na teorię, która rządziła światową ekonomią przez kolejnych 40 lat. Jednak sam Keynes nie darzył Kaleckiego wielkim zaufaniem, często ostro go krytykując, a nasz ekonomista kariery w Cambridge nie zrobił.

Następnie przeniósł się do Oxfordu, gdzie zdobył dużo większy rozgłos, pracując w Instytucie Statystycznym. Tam sam stał się inspiracją dla młodych, między innymi dla Josefa Steindla, ekonomisty z Austrii, którego uważało się za postkeynesistę, choć sam twierdził, że jego guru był Kalecki. Polak kontynuował karierę za oceanem, jako dyrektor w Departamencie Gospodarczo-Społecznym ONZ. Niestety, w czasach szalejącego w USA makkartyzmu z powodu swoich lewicujących poglądów został zmuszony do odejścia. W 1955 roku wrócił do Polski, gdzie pracował między innymi w Komisji Planowania, a także prowadził wykłady w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie (obecnie Szkoła Główna Handlowa). Niestety także tu traktowano go z nieufnością z powodu jego niemarksistowskich poglądów oraz krytycznego zdania o PRL. Dlatego był systematycznie wycinany z ważnych posad – między innymi w 1961 roku stracił stanowisko w Komisji Planowania. Jako że był w połowie Żydem, jego sytuację pogorszyła antysemicka nagonka z roku 1968. Nie wyjechał z Polski, jednak podupadł na zdrowiu i zmarł w 1970 roku w wieku 71 lat. Umierał zapewne ze świadomością, że gdyby urodził się bliżej światowego centrum, a nie na biednych peryferiach, to właśnie jego imieniem być może nazwany zostałby jeden z najważniejszych nurtów w ekonomii.

Na szczęście w ostatnich latach jego myśl zaczyna być należycie doceniana w światowej debacie ekonomicznej. Oby też wreszcie został odpowiednio doceniony w Polsce, bo to jeden z niewielu ekonomistów, którego osiągnięciami oraz wpływem na światową ekonomię Polska może się rzeczywiście pochwalić.