Od ekonomicznego wykluczającego darwinizmu na szczęście już odeszliśmy. Od czasu gdy Gazeta Wyborcza zaczęła gdzieś tak w okolicach wejścia do UE pisać o wyzysku, do którego dochodzi w Polsce, zaczęliśmy szukać sposobu na włączanie, przeciwdziałanie ekonomicznej dyskryminacji i na to, by fala nie zalewała łódek, które jakoś wcale się nie podnoszą z przypływem, wbrew neoliberalnym nauczycielom z lat 90. To prawda, ręce nam już omdlały od trzymania wędek rozdawanych przez Mesjaszy kapitalizmu i trudno było nie zauważyć, że młode pokolenie masowo wybiera kraj Margaret Thatcher jako mekkę sprawiedliwości społecznej, której resztki jeszcze się tam uchowały. Straciliśmy dokładnie wszystko to, co z PRL-u można było zachować i ochronić, by było sprawiedliwiej. Nie udało się. Leszek Balcerowicz na pierwszych stronach gazet tłumaczył, że to byłaby herezja. Ale okazało się, że to była polityka budowania szklarni, w której zrodziło się Prawo i Sprawiedliwość.

Nasza polska, rodzima odmiana tej pleniącej się po całej Europie brunatnej rośliny to odpowiedź na traktowanie społeczeństwa roundupem [popularny środek chwastobójczy] przez ćwierć wieku. Niestety, nigdy nie jest tak, że odpowiedź zadowala tych, którzy postawili pytanie. W dodatku – z innych pozycji niż Leszek Balcerowicz – PiS też lekką ręką spisuje różne grupy osób na dożywocie spędzane na społecznym wysypisku. Tak jak niepełnosprawnych i ich opiekunów. A wydawać by się mogło, że lata takiej polityki już czegoś władzę nauczyły. Istnienie takich społecznych wysypisk jest jeszcze bardziej szkodliwe niż tez prawdziwe, chemiczne, które płoną w całej Polsce. Na lata pozbawiają duże grupy obywateli zaufania i szacunku do własnego państwa. Akcja powoduje reakcję: empatia wobec rządzących umiera pierwsza, więc i z drugiej strony pojawiają się dziwne akcje, nienawiść i zamachy na pomnik smoleński.

Pytanie, czy istnieje także społeczny recykling i kto może go przeprowadzić, bo na razie technologię musimy chyba importować z UE.