📻 REO PATENTY: Jadłodzielnia. Trudno uwierzyć, że to może działać

Bartłomiej Pograniczny o polskim foodsharingu

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Danuta Stachyra.

 



Foodsharing w Polsce ma już, czy też tylko, dwa i pół roku. Zaczęło się od jednej jadłodzielni w stolicy, dziś jest ich 27 w 15 miastach. Ale by rzeczywiście marnować mniej jedzenia, potrzeba ich dużo, dużo więcej. Każdy może założyć własną. – To naprawdę proste – przekonuje Helena Sokołowska z
Foodsharing Warszawa.

fot. Foodsharing Warszawa

Pomysł na foodsharing, czyli dzielenie się nadmiarowym jedzeniem (które u nas w domu po prostu by się zepsuło), narodził się w Niemczech w 2011 roku. To tam pięć lat później pojechały Karolina Hansen i Agnieszka Bielska. Obie poznały się wcześniej w trakcie pracy dla Banków Żywności. Na zlocie poznały foodsharingowe know-how i już w lutym 2016 roku zorganizowały pierwsze spotkanie w Warszawie. Trzy miesiące później na Wydziale Psychologii UW (ul. Stawki 5/7) stanęła pierwsza lodówka i szafka. Dziś w różnych dzielnicach miasta jest już dziewięć takich punktów. Jadłodzielnie są bardzo różne, w zależności od miejsca, w którym powstają. Współpracują z nami uczelnie, ośrodki kulturalne, restauracje i kawiarnie. Mamy też jedną jadłodzielnię na skłocie przy Wilczej, a także na Bazarku Lotników – wyjaśnia Sokołowska. Zwykle jadłodzielnia to lodówka i szafka, ale właśnie na bazarku jest to cały pawilon z lodówką, dużą liczbą szafek, umywalką. W niektórych miejscach, ze względu na lokalizację, mogą być tylko szafki, bo np. na zewnątrz nie ma jak podłączyć lodówki.

Kropla w morzu potrzeb
Dziewięć jadłodzielni po dwóch latach to dobry wynik, jednak by spełniały swoją funkcję w należyty sposób, musi być ich znacznie więcej. Członkowie Foodsharing Warszawa zakładają, że potrzeby stolicy spełniłoby dopiero kilkaset punktów, choć są świadomi, że aż takiej liczby nigdy nie osiągną. Chodzi o to, żeby każdy miał łatwość dostępu, czyli miał do takiego punktu po drodze. Żeby nie musiał specjalnie jechać na drugi koniec miasta, by coś dostarczyć do jadłodzielni, bo wiadomo, że jeśli ludzi mają za daleko, to część jedzenia się marnuje przyznaje Sokołowska.

Jadłodzielnie powstawały etapami. Czasami ktoś sam dzwonił do organizacji i mówił, że chce dołączyć do sieci. Inne punkty wskazywały osoby działające w foodsharingu, które widziały, że w miejscach, obok których codziennie przechodzą, inicjatywa mogłaby się sprawdzić. Tak powstały np. punkty na uczelniach. Trzeba było tylko zdobyć lodówkę. Ale to w sumie nie problem.

Dziś stronę Foodsharing Warszawa śledzi na Facebooku ponad 6750 osób. Wystarczy zapytać, czy ktoś ma może niepotrzebny sprzęt. Zawsze ktoś się zgłosi. Niektórzy sami piszą, ale czasem trzeba przejrzeć ogłoszenia w serwisach typu Olx. Kilka lodówek już czeka na swoją kolej. Potrzebne jest tylko miejsce. Co jakiś czas kolejne osoby deklarują się, że mogą zrobić u siebie nowy punkt, ale na razie nie wiadomo, kiedy powstanie dziesiąta jadłodzielnia.

 
fot. Foodsharing Warszawa

Opiekun jadłodzielni

Do takiego punktu może przyjść każdy. Może coś zabrać i zostawić coś w zamian. Jednak, wbrew pozorom, lodówki nie pozostają bez opieki. Każda jadłodzielnia ma jednego lub dwóch opiekunów, zwykle inicjatora danej lokalizacji lub osobę, która często tam bywa, studenta czy mieszkańca okolicy. Taki opiekun powinien regularnie, np. trzy razy w tygodniu, sprawdzić zawartość lodówki, usunąć rzeczy, które na przykład są zepsute albo z jakiegoś powodu nie powinny tam się znaleźć. Czasem jednak opiekun zawodzi. Tak było w przypadku szafki przy skłocie (ul. Wilcza 30). Skłotersi długo nie kontrolowali, jak wygląda ich jadłodzielnia. Szafka zaczęła się rozpadać, nikt o tym nie informował. Dopiero wiadomości od ludzi, którzy chcieli zostawić tam jedzenie, pozwoliły na interwencję.

W warszawskiej organizacji działa 17 osób, które zajmują się koordynacją, robieniem grafik, promocją i edukacją. Pomaga im ok. 40 wolontariuszy, tzw. ratowników żywności, którzy regularnie odbierają nadmiarowe jedzenie od kilkunastu sklepów i restauracji. Czasami do Foodsharingu zgłaszają się np. uczestnicy konferencji, którym zostało trochę zapasów. Wtedy proszą o jednorazowy odbiór. Wszystko trafia do jadłodzielnianych lodówek lub w miejsce, gdzie akurat jedzenie jest potrzebne.

15 miast, 27 punktów

Gdy powstawała jadłodzielnia w Warszawie i strona Foodsharing Warszawa na Facebooku, Karolina Hansen i Agnieszka Bielska od razu założyły też fanpejdż Foodsharing Polska. – Potem, gdy inne miasta dowiedziały się, że w Warszawie coś takiego powstało, zaczęły do nas pisać. Mozolnie tłumaczyliśmy wszystkim, jak się do tego zabrać. Pokazywaliśmy grafiki, wypracowane formuły. To wszystko, co nam pomagało się organizować – wspomina Helena Sokołowska. Dzięki temu w całej Polsce jest już 27 jadłodzielni w 15 miastach. Oprócz tego powstało kilka punktów na wzór jadłodzielni. Czasami nawet nazywają się jadłodzielniami, chociaż członkowie Foodsharing Polska chcieliby, by ta nazwa jednoznacznie kojarzyła się z ich siecią. Dlatego powoli myślą o założeniu stowarzyszenia. – Zależy nam na tym, by nikt tej idei nie wykorzystywał do celów marketingowych czy politycznych. Jeżeli ktoś chce zrobić sobie dobrą reklamę, bo przed lokalem postawi lodówkę i ogłosi, że jego firma jest taka wspaniała, to nie chcemy być z tym kojarzeni – wyjaśnia Sokołowska.

Na pytanie, ile osób korzysta ze stołecznych jadłodzielni, warszawianka odpowiada jednoznacznie: nie da się tego oszacować. – Ludzie korzystają nieregularnie. Na Wielkanoc albo na Boże Narodzenie lodówki pękają w szwach. A potem są okresy pustek, kiedy od czasu do czasu tylko ktoś coś przynosi i to natychmiast znika – dodaje.

Zrób to sam

W kwietniu odbył się III zlot Foodsharing Polska. Na tego typu zjazdach można spotkać osoby działające w innych miastach i od nich dowiedzieć, jak krok po kroku założyć własną jadłodzielnię. Okazuje się, że to wcale nie jest trudne. – Najpierw należy po prostu zastanowić się nad miejscem. Musi być ogólnodostępne, gdzie każdy może wejść, czyli np. do parku, do niektórych instytucji publicznych, typu dom kultury. Trzeba uzyskać zgodę od właściciela tego miejsca, a potem jest już właściwie z górki – mówi Sokołowska. Kolejny krok to telefon do Foodsharingu. Członkowie grupy pomogą zorganizować szafkę i lodówkę, przekażą też całą otoczkę graficzną i informacyjną: banery, zasady korzystania z jadłodzielni, rozpiskę sprzątania przez opiekunów. Później wystarczy poinformować okolicznych mieszkańców, kiedy otwieramy jadłodzielnię.

Czy powinniśmy się spodziewać kontroli sanepidu? – Nie ma obawy, ponieważ jadłodzielnia to przestrzeń udostępniana ludziom i oni są sami odpowiedzialni za to, co z tą przestrzenią robią. Takie miejsce nie leży w zakresie zainteresowań sanepidu, bo nie jest to punkt dystrybucji żywności, tylko punkt, gdzie ludzie się wymieniają jedzeniem. I nigdy nie wiadomo, kto coś do lodówki przyniesie – uspokaja warszawianka.



REO POLECA

📻 REO SCIENCE: Ekologiczna czekolada… Już miałam ją kupić, ale spojrzałam na etykietę