Piotr Wójcik: Wszystko na sprzedaż

Targ wartości

For The Love Of Money, Damien Hirst, fot. pixabay.com, Tamayan Valley

Ktoś chce łamać przepisy? Nie ma sprawy, wystarczy zapłacić. Ktoś chce zarobić na śmierci pracownika? Nic prostszego, wystarczy wykupić odpowiednią polisę. Kolonizacja kolejnych obszarów życia przez rynek sprawiła, że niemal wszystko jest już do kupienia.

Rynkowa konkwista
Głównym problemem współczesnej gospodarki rynkowej nie jest wcale coraz węższy sektor publiczny. W gruncie rzeczy wciąż większość tradycyjnie publicznych obszarów życia w mniejszym lub większym stopniu jest obsługiwana lub przynajmniej regulowana przez instytucje publiczne. Głównym problemem nie są też coraz większe wpływy korporacji. Bywały już większe, chociażby w USA pod koniec XIX wieku, przed prezydenturą Teddy’ego Roosevelta, który to ukrócił. W złotym wieku kapitalizmu, po II wojnie światowej do lat 70., rola wielkich przedsiębiorstw również była olbrzymia, a przecież tamte czasy były całkiem przyjemnym okresem do życia. Korporacje mają swoje niewątpliwe wady, ale mają też zalety, rolą państw jest tworzenie takich regulacji, by zminimalizować te pierwsze i wykorzystać drugie.

Rynek miał być obiektywny i miał nikogo nie dyskryminować. W rzeczywistości stworzył nową hierarchię społeczną, układaną według posiadanych pieniędzy i kontaktów.

Głównym problemem współczesnej gospodarki rynkowej jest gwałtowna ekspansja logiki rynkowej na kolejne obszary życia. Rynek niczym rasowy konkwistador kolonizuje kolejne obszary, a my co rusz orientujemy się, że przebywamy na nowo okupowanym terytorium. Logika rynkowa wkradła się nawet do sektora publicznego, początkowo wstydliwie, a obecnie już z otwartą przyłbicą. Instytucje publiczne wprowadzają mechanizmy rynkowe do swoich struktur, usługi publiczne stają się częściowo płatne, nawet obywatel zaczyna być nazywany w urzędzie klientem. Sektor publiczny może i nie jest coraz węższy, ale coraz bardziej upodabnia się do sektora prywatnego. Niestety dawno temu, gdy ludzkość zgodziła się na poukładanie naszej rzeczywistości według mechanizmów rynkowych, zapomnieliśmy jasno wytyczyć ich granice. I teraz ponosimy tego konsekwencje. Brutalnie obrazuje ten fakt Michael Sandel w rewelacyjnej książce Czego nie można kupić za pieniądze – wydanej już dobrych kilka lat temu, ale stanowczo zbyt rzadko omawianej.

Przeskoczyć kolejkę
Rynek miał być obiektywny i miał nikogo nie dyskryminować. W rzeczywistości stworzył nową hierarchię społeczną, układaną według posiadanych pieniędzy i kontaktów. Im więcej obszarów skolonizowanych przez rynek, tym większa rola pieniądza i przewaga tych, którzy go mają, nad tymi, którzy nie mają ich wystarczająco dużo. Bogaci są w stanie zapłacić wiele za odseparowanie ich od reszty, a podmioty prywatne i publiczne szybko się zorientowały, że tę chęć można łatwo spieniężyć.
Sandel podaje przykłady z pozoru niewinne, choć układające się w kształt nowego feudalizmu. Ktoś nie zamierza stać z plebejuszami w kolejce do odprawy bagażowej i kontroli bezpieczeństwa? Lotnisko w brytyjskim Luton umożliwia za opłatą przeskoczenie na początek kolejki. Podobną opcję zapewnia park rozrywki Universal Studios w Hollywood – za dopłatę 100% do ceny biletu można przeskoczyć w kolejce wszystkich, którzy są przed. Przecież bogaci nie są stworzeni do czekania z resztą rodaków – oni są stworzeni do wyższych celów, więc gdy się relaksują, wszyscy inni mają im ustępować. Na autostradzie Riverside w Los Angeles 90% społeczeństwa kwitnie w długich sznurach samochodów, poruszając się 20 mil na godzinę. Uprzywilejowani mkną trzy razy szybciej po płatnym pasie, położnym zaraz obok. Niczym sowiecka nomenklatura po zarezerwowanym dla niej pasie ruchu w centrum Moskwy.

Gaz do dechy. Stać cię!
Logice rynkowej podlega obecnie nawet przestrzeganie przepisów. Sandel zwraca uwagę, że wprowadzenie niewielkich mandatów za różne mniejsze wykroczenia sprawia, iż bogatsi traktują je jak opłaty za łamanie prawa. Ograniczenie prędkości do 70 km na godzinę? To oznacza przecież tylko tyle, że za 200 zł można jechać dużo szybciej. Przeciętny obywatel raczej się zastanowi – 200 zł piechotą nie chodzi. Bogacz wciśnie gaz do dechy – dwie stówy za przyjemność wyprzedzania reszty swoim SUV-em to przecież jak za darmo.
Mandaty sprawiają, że wykroczenia przestają być piętnowane jako coś złego – są raczej po prostu dosyć drogą i ekskluzywną przyjemnością.
Niektórzy idą dalej. Gdy w paryskim metrze bilet kosztował 2 euro, a mandat 60 euro, pomysłowi paryżanie stworzyli fundusz ubezpieczeniowy – za drobną opłatą wykupywało się ubezpieczenie i można było sobie jeździć na gapę do woli. A w razie wpadki u kontrolera mandat był pokrywany z ubezpieczenia.

Co zrobić, by zerwać z tą relatywizacją przestrzegania prawa? Przywrócić kary cielesne? W końcu chłosta boli każdego tak samo, niezależnie od stanu portfela. No i przynajmniej zostaje odczuwalna świadomość tego, że się zrobiło źle. Sandel jednak proponuje rozwiązanie z Finlandii, które uderza w rynek jego własną bronią. Uzależnić wysokość mandatów od dochodów. W 2003 roku Jussi Salonoja, syn magnata branży mięsnej, za przekroczenie prędkości o 40 km/h, dostał mandat w wysokości… 170 tysięcy euro.

Popyt na śmierć
Rynek wycenił nawet życie ludzkie. Wykupywanie ubezpieczenia na życie, by w razie tragedii rodzina miała za co żyć, nie jest moralnie dwuznaczne. Ale gdyby moja firma wykupiła ubezpieczenie na moje życie, jeszcze bez mojej wiedzy, to pewnie bym się przynajmniej chwilę zastanowił, czy to jest w porządku. Do lat 80. w USA firma nie mogła ubezpieczyć życia swoich pracowników, ale skuteczny lobbing firm ubezpieczeniowych sprawił, że przepisy zliberalizowano. Od lat 90. wielkie koncerny zaczęły inwestować miliony dolarów w ubezpieczenia COLI (Corporate-Owned Life Insurance). W końcu pracownikom zdarza się umrzeć, prawda? To dlaczego by na tym dodatkowo nie zarobić. Ubezpieczenia COLI wykupywały AT&T, Walt Disney, Wal-Mart, Procter & Gamble czy Nestle USA. Niewielu pracowników zdawało sobie sprawę, że firmy wyznaczyły cenę za ich głowę – zauważa Sandel. Czy firma ma prawo odnosić korzyści ze śmierci swoich pracowników? Czy ten fakt nie wpływa czasem negatywnie na zasady BHP w firmie?

Inwestycja, w której stopa zwrotu zależy od długości ludzkiego życia, to już nie jest moralnie dwuznaczne – to zwyczajne barbarzyństwo pod płaszczykiem rynkowej cywilizacji.

Wszystko jednak przebiły chyba umowy wiatykalne, niezwykle popularne w latach 80. i 90. w USA. Proszę sobie wyobrazić kogoś, kto ma ubezpieczenie na życie i dowiaduje się, że zostały mu dwa lata życia. Idzie więc do inwestora i mówi mu, że przekaże mu prawa do odszkodowania, jeśli będzie mu płacić do końca życia miesięczną pensję. Tego typu zakład o życie był popularny szczególnie wśród ludzi chorych na AIDS. Umowa jest niezwykle korzystna dla inwestora, jeśli delikwent umrze zgodnie z umówionym terminem. A jeśli nie? Trzeba iść do niego z reklamacją? Człowieku, mówiłeś, że umrzesz za dwa lata, a tu trzy lata minęły i wciąż żyjesz. Kiedy w końcu umrzesz? Ile jeszcze mam płacić tę pensję? Inwestycja, w której stopa zwrotu zależy od długości ludzkiego życia, to już nie jest moralnie dwuznaczne – to zwyczajne barbarzyństwo pod płaszczykiem rynkowej cywilizacji.

Świat imienia McDonald’sa
Sandel wymienia inne przykłady rynkowej kolonizacji. Zamiast dawać prezenty, wręczamy bony podarunkowe. Prezent przestaje być już osobistym gestem – teraz ma mieć wartość użytkową. Kolejnym przykładem jest nadawanie miejscom publicznym nazw ich sponsorów, oczywiście za opłatą. Atlas Arena z Łodzi to doskonały przykład, Signal Iduna Park w Dortmund podobnie. Reklama wchodzi nawet do szkół – pewna firma sprezentowała przedmioty szkolne w jednej ze szkół w USA, jednak na wszystkich był wygrawerowany jej znak. Zwyczajne komercyjne reklamy w sklepikach szkolnych to w wielu krajach norma. Czy nasze wspólne przestrzenie powinny nosić nazwy prywatnych firm? Czy dzieci w szkołach, zamiast się skupić na nauce, muszą być bombardowane logo firm?

Niestety szybkim krokiem zbliżamy się do, jak stwierdza celnie Sandel, społeczeństwa, w którym sponsorem wszystkiego musi być Master Card albo McDonald’s. Czas chyba wreszcie zawrócić z tej ślepej uliczki, czy raczej drogi ku przepaści. Czas zdecydować, w których obszarach logika rynku jest do przyjęcia, a gdzie należy dać mu wyraźny odpór. Inaczej obudzimy się w świecie, w którym wszystkie wartości zostały już wycenione, a szczęście to tylko jeden z towarów w markecie.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here