Piotr Wójcik: Turecki kryzys walutowy – przyczyny i skutki

Czy będzie druga Grecja? I czy Polska jest bezpieczna?

To nie pierwszy przypadek kryzysu walutowego w krajach półperyferyjnych (który może się okazać wstępem do większego kryzysu gospodarczego). Jego mechanizmy znają wszyscy, ale uchronić się przed nim potrafi mało kto. 

Wybór tragiczny, lecz konieczny

W obecnych czasach kraje peryferyjne lub półperyferyjne stoją przed tragicznym dylematem. Są zacofane technologicznie, więc muszą otworzyć się na świat, by importować kapitał i know-how. Żeby to zrobić, muszą znieść bariery przepływu kapitału i przynajmniej częściowo otworzyć rynki dla zagranicznej konkurencji. Ale wtedy wystawią swoje słabo rozwinięte przedsiębiorstwa na konkurencję zachodnich wyjadaczy i przede wszystkim sprawią, że ich gospodarka będzie wrażliwa na wszelkiego rodzaju zawirowania na rynkach światowych. Które zwykle prowadzą do odpływu kapitału z krajów peryferyjnych, co skutkuje osłabieniem waluty i kryzysem finansowym. Jeśli jednak kraje te tego nie zrobią, będą odcięte od kapitału i technologii.

Minęły już czasy, gdy można było korzystać zarówno z dobrodziejstw globalizacji, jak i protekcjonizmu (tj. ochrony własnych przedsiębiorstw), tak jak czyniły to Japonia czy Korea Południowa. Światowa Organizacja Handlu, która zrzesza większość wysoko i średnio rozwiniętych gospodarek świata, starannie tego pilnuje. Co jakiś czas kraje próbujące wydostać się ze swojego półperyferyjnego położenia dotkliwie odczuwają skutki, jakie niesie ze sobą ten koszmarny dylemat. Najsłynniejszym takim przypadkiem był kryzys azjatyckich tygrysów z roku 1997, gdy nagły odpływ kapitału spowodował załamanie gospodarcze, szczególnie dotkliwe w Indonezji i Korei Południowej. Doszło do niego, pomimo że azjatyckie tygrysy uchodziły w opinii rynków za prymusów, więc formalnie nie było żadnego powodu, by inwestorzy swoim zachowaniem niemal wpędzili je do grobu. Kolejną odsłoną tego dramatu peryferii jest obecny kryzys w Turcji.

Banki tureckie pożyczały na niski procent dolary i inne waluty w zachodnich bankach, a następnie pożyczały je (już w lirach) na nieco większy procent krajowym przedsiębiorstwom.

Rozwój za dolary

Turcja od czasów objęcia władzy przez Erdogana rozwijała się dynamicznie. Zresztą dalej bardzo szybko się rozwija – w I kwartale 2018 roku jej wzrost wyniósł godne podziwu 7,4%. Problem w tym, że musiała finansować wzrost kapitałem z zagranicy (bo własnego, jako kraj półperyferyjny, za wiele nie miała). Akurat z tym problemów nie było – świat próbował otrząsnąć się z ostatniego kryzysu gospodarczego i prowadził bardzo ekspansywną politykę monetarną. Nie tylko wprowadzając luzowanie ilościowe (powszechnie nazywane drukowaniem pieniędzy, choć drukowaniem nie jest), lecz także obniżając stopy procentowe. Na największą skalę czyniły tak USA. Na rynku pojawiło się więc sporo dolarów, które można było zdobyć niewielkim kosztem. Ochoczo korzystały z tego banki tureckie, które pożyczały na niski procent dolary i inne waluty zagraniczne w zachodnich bankach, a następnie pożyczały je (już w lirach) na nieco większy procent krajowym przedsiębiorstwom. Te wykorzystywały je na inwestycje, niestety nie zawsze zwiększające potencjał tureckiej gospodarki.

Napływający kapitał rozkręcał gospodarkę. Problem w tym, że wzrost ten wiązał się z dużym zadłużeniem w walutach zagranicznych. Na koniec marca br. dług zagraniczny Turcji wyniósł 466 miliardów dolarów. Jak to ryzykowne, wie każdy, kto zaciągnął kredyt we frankach. Wszystko jest pięknie, płacimy niższe odsetki niż inni – do czasu, aż kurs obcej waluty wzrośnie. W Turcji przez długi czas wszystko wydawało się iść doskonale. Wzrost PKB momentami dochodził do 10% rocznie. Jednak już wtedy wielu komentatorów zwracało uwagę, że gospodarka Turcji jest niezrównoważona. Nie tylko ma wysoką inflację (obecnie aż 16%), ale przede wszystkim wysoki deficyt na rachunku bieżącym – na koniec ubiegłego roku wyniósł on 5,5%. Turcy dysponujący dużą ilością pieniądza zaczęli na potęgę importować, co pogorszyło bilans handlowy – import znacznie przewyższa eksport.

Turecka lira jest silnie powiązana z dolarem, więc jej kurs zaczął spadać względem niego.

Czas egzaminu

Niestety, nadszedł czas powiedzenia sprawdzam. Pokryzysowe strategie powoli dobiegły końca – USA podniosły stopy procentowe, co podniosło koszty obsługi długów zaciągniętych w dolarze w tureckich bankach. Jakby tego było mało, w wyniku wyższych stóp procentowych kurs dolara zaczął rosnąć. Turecka lira jest silnie powiązana z dolarem, więc jej kurs zaczął spadać względem niego. W pewnym momencie straciła nawet 40% wartości – a to oznaczało automatyczny wzrost zadłużenia we wszystkich tureckich podmiotach, które zaciągnęły kredyt w dolarach. Przed wieloma z nich, szczególnie w sektorze bankowym, stanęło widmo niewypłacalności.

W Turcji wciąż utrzymuje się wysoki wzrost gospodarczy, ale jeśli sytuacja się nie zmieni, szybko się on skończy. Wzrost jest napędzany przez import, czego wynikiem jest wysoki deficyt rachunku bieżącego. Żeby jednak pokryć deficyt, trzeba go finansować kredytem – co też przez długi czas działało. Problem w tym, że obecny spadek kursu liry nie tylko utrudni zaciąganie nowych kredytów, ale nawet spłacanie tych starych. Rozpędzona gospodarka uderzy więc w ścianę. Sytuację mogłoby unormować podwyższenie stóp procentowych w Turcji, co nie tylko zahamowałoby akcję kredytową i schłodziło gospodarkę, lecz przede wszystkim przyciągnęłoby kapitał nad Bosfor. Dzięki czemu kurs liry by wzrósł.

Stopy procentowe, jak na tak rozgrzaną gospodarkę, są w Turcji bardzo niskie. Co prawda nominalnie wynoszą aż 17,75% (w Polsce 1,5%), ale trzeba pamiętać, że w Turcji jest 16-procentowa inflacja. A więc realne stopy procentowe wynoszą ponad 1,5%. Problem w tym, że na to nie chce się zgodzić Erdogan. Jest on zwolennikiem jak najniższych stóp procentowych – najlepiej wręcz zerowych. Trzeba pamiętać, że w tradycyjnym islamie pożyczanie na procent jest zabronione, co zapewne ma wpływ na taką postawę tureckiego przywódcy.

osłabienie liry może mieć też zbawienny wpływ: towary tureckie będą bardziej konkurencyjne, co zwiększy eksport.

Druga Grecja?

Turcja pod pewnymi względami przypomina Grecję sprzed kryzysu. Także Grecja notowała przed nim bardzo wysoki wzrost napędzany importem. Także Grecja miała bardzo wysoki deficyt rachunku bieżącego finansowany kredytem. Turcy mają jednak bez porównania niższy dług publiczny – oraz przede wszystkim własną walutę. A osłabienie liry może mieć też zbawienny wpływ: towary tureckie będą bardziej konkurencyjne, co zwiększy eksport, za to produkty zagraniczne staną się droższe, co zmniejszy import, a to wszystko razem poprawi bilans handlowy. Co prawda będzie to oznaczać również wzrost ceny surowców energetycznych, które kraj ten w dużej części importuje, jednak sytuacja wydaje się dużo lepsza niż Grecji przed kryzysem.

Turcja za to zupełnie nie przypomina Polski. Nasz kraj notuje wysoki wzrost, jednak mamy bardzo silny eksport i zrównoważony bilans handlowy. Notujemy też nadzwyczaj niską inflację. Polska gospodarka rozwija się bardzo szybko, jednak nie jest przegrzana – w przeciwieństwie do tureckiej. Nasz kraj w ostatnim czasie znacznie ograniczył też zadłużenie zagraniczne – już wcześniej zaprzestano udzielania kredytów w obcych walutach, a obecnie ograniczamy też dług publiczny w walutach innych krajów (obecnie wynosi on ok. 30% całości polskiego długu publicznego).



Turcja dołącza do całej grupy krajów peryferyjnych lub półperyferyjnych, które wpadły w tarapaty finansowe. Wcześniej były to chociażby azjatyckie tygrysy, Rosja czy kilkakrotnie Argentyna. Jaki wniosek można z tego wyciągnąć? Pod żadnym pozorem nie pozwolić na zadłużanie się krajowych podmiotów, prywatnych i publicznych, w obcych walutach na dużą skalę. Na początku wydaje się to korzystne dzięki niższym odsetkom, zwykle jednak po pewnym czasie takie pożyczki wystawiają słony rachunek. A wtedy jest już za późno na pójście po rozum do głowy.


Piotr Wójcik: Pełzający kryzys