Piotr Wójcik: Lepiej dobrze płacić i wymagać

Sprawne państwo zamiast taniego

fot. pixabay.com, pixel2013

Uposażenia polskich posłów w odniesieniu do przeciętnego wynagrodzenia w kraju są niższe od pensji w egalitarnej Skandynawii i od średniej unijnej. Członkowie rządu zarabiają zaś kilkanaście razy mniej niż prezesi spółek Skarbu Państwa. Podwyższenie standardów w polskiej polityce wymaga raczej podwyżek uposażeń władzy, a nie obniżek.

Zarobki rządzących w ostatnim czasie budzą bardzo duże zainteresowanie Polaków. Generalnie oczywiście to dobrze – w końcu należy patrzyć władzy na ręce. Problem w tym, że stały się one zakładnikiem demagogicznej gry politycznej obu obozów pozostających w naszym kraju w permanentnym konflikcie.
Z jednej strony opozycja waliła w rząd jak w bęben za przyznanie sobie premii za 2017 rok. Ministrowie dostali po kilkadziesiąt tysięcy złotych w ramach nagrody rocznej. W odpowiedzi na to prezes Kaczyński w ekstraordynaryjnym trybie zarządził obniżenie o 20% uposażeń… posłów.

Oczywiście możemy się domyślać, że chodzi w tym o to, by zabolało także opozycję. Zamiast więc rzeczowej dyskusji o zarobkach najważniejszych osób w państwie mamy przepychankę obliczoną na zdobywanie punktów sondażowych. Czego efektem będzie prawdopodobnie zmniejszenie uposażeń reprezentantów naszego społeczeństwa o jedną piątą.

W Sejmie bez kokosów
Oczywiście wielu temu pomysłowi przyklaśnie – w końcu z perspektywy przeciętnego Polaka zarabiającego krajową medianę, czyli jakieś 2,5 tysiąca złotych na rękę, obniżenie pensji z 10 tysięcy na 8 tysięcy złotych nie jest życiowym dramatem. Trzeba jednak postawić kluczowe pytanie: kto powinien zarabiać rzeczywiście dobrze, jeśli nie przedstawiciele władzy, którzy dzierżą największą odpowiedzialność za powodzenie wspólnoty?

Zupełnie zrozumiałe jest oburzenie na zarobki prezesów dużych spółek albo wyższych rangą pracowników sektora finansowego. Wysokość ich wynagrodzeń bywa absurdalna, przewyższając czasem kilkaset razy przeciętną pensję, tym bardziej z punktu widzenia użyteczności społecznej ich pracy. Jednak akurat zarobki władzy nie są tak niedorzecznie wysokie, za to odpowiedzialność, która spoczywa na jej barkach, jest gigantyczna. Co więcej, akurat zarobki polskich posłów i ministrów nie należą do najwyższych.

Uposażenie władzy należy odnosić do dochodów społeczeństwa, czyli na przykład do średniego wynagrodzenia. W Unii Europejskiej parlamentarzyści zarabiają przeciętnie 316% średniego dochodu w swoim kraju. Najwięcej zyskują deputowani francuskiego Zgromadzenia Narodowego – ich uposażenia wynoszą 618% średniego wynagrodzenia nad Sekwaną. Deputowani do Bundestagu zarabiają 544% średniej krajowej, parlamentarzyści z Włoch 479%. Nieco mniej mają posłowie w egalitarnej Skandynawii: reprezentanci szwedzkiego społeczeństwa inkasują 318% średniej, a duńskiego 331%.

Jak na tym tle wyglądają polscy posłowie? Ich uposażenia wynoszą 292% średniego dochodu w kraju. Inaczej mówiąc, nasi parlamentarzyści otrzymują prawie trzy średnie krajowe. To wyraźnie mniej niż średnia unijna czy uposażenia w Skandynawii, która słynie przecież z niewielkiego rozwarstwienia. Z tej perspektywy trudno dojść do wniosku, że wynagrodzenia posłów są w Polsce za wysokie i trzeba je jak najszybciej obniżyć.

Mniej niż podwładni
Kolejnym problemem są gigantyczne różnice w pensjach między członkami rządu a prezesami spółek Skarbu Państwa. Które przecież temu rządowi podlegają. Tymczasem premier naszego kraju zarabia kilkanaście razy mniej niż prezesi największych spółek Skarbu Państwa. W 2017 roku premier Polski zarabiała 16,5 tysiąca złotych, a ministrowie jej rządu po około 15 tysięcy złotych. Tymczasem dochód prezesa PKO BP w 2017 to w sumie 3,3 miliona złotych, czyli mniej więcej 275 tysięcy złotych miesięcznie. A więc niemal 17 razy większy niż premiera. Wynagrodzenie prezesa PKN Orlen – 2,7 miliona złotych, czyli 225 tysięcy złotych miesięcznie, a więc 15 razy większe niż ministra, nadzorującego spółki Skarbu Państwa. To zupełny absurd – ministrowie zarabiają kilkanaście razy mniej niż prezesi spółek, które nadzorują, a ci  mają bez porównania mniejszą odpowiedzialność niż członkowie rządu.

No cóż, jeśli komuś powinno się obciąć pensje, to prezesom polskich spółek Skarbu Państwa. Ich odpowiedzialność jest węższa niż poszczególnych ministrów, a selekcja często równie upolityczniona. Przedstawiciele polskiej władzy nie mają za wysokiej płacy – politycy decydujący się na przejście do sektora prywatnego często zarabiają wielokrotnie więcej niż w trakcie swojej kariery politycznej.

Obniżanie uposażeń rządzących może mieć mnóstwo negatywnych skutków – do polityki będą garnąć się albo przedstawiciele najbogatszych, którym zarobki do szczęścia nie są potrzebne, albo odwieczni działacze partyjni, potrafiący głównie uprawiać gierki polityczne.

Złe efekty taniego państwa zawsze wychodzą po jakimś czasie, ale są bardzo trudne do odwrócenia. Lepiej płacić władzy dobrze, ale twardo wymagać od niej efektów. Zmniejszanie uposażeń to gotowa recepta na obniżenie standardów naszej polityki. A przecież już teraz poziom polskiej kultury politycznej nie jest przesadnie wysoki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here