Piotr Wójcik: Albo państwo, albo neoliberalizm

Jak społeczeństwo ma sobie radzić z globalnymi grupami interesu

Oddawanie większej władzy samorządom, organizacjom pozarządowym i instytucjom międzynarodowym to tylko pudrowanie neoliberalizmu. Bez państwa nie będzie ani demokracji, ani bezpieczeństwa socjalnego, ani sprawnie działającej sfery publicznej.

Neoliberałowie biją się w piersi
Szeroko dyskutowana w ostatnim czasie książka profesora z Oksfordu Jana Zielonki Kontrrewolucja. Liberalna Europa w odwrocie przez wielu komentatorów przyjęta została jako kolejny już przykład tego, że liberałowie powoli zaczynają rozumieć swoje błędy. Rzeczywiście, prof. Zielonka dosyć trzeźwo opisuje błędy liberalizmu ostatnich lat, a szczególnie neoliberalizmu, który według niego dokonał wrogiego przejęcia idei wolnościowej. Autor przekonująco opisał chociażby oddawanie coraz większej władzy niezależnym instytucjom, co zawężało wpływ wyborców na rzeczywistość ekonomiczno-społeczną. Wskazał, że rozszerzanie się władzy rynków ograniczało władzę demokratycznie wybieranych polityków oraz sprawiało, że państwa w coraz mniejszym stopniu były w stanie chronić swych obywateli. Zwrócił też uwagę na wzrost nierówności ekonomicznych w zachodnim świecie i celnie stwierdził, że wolność dla liberałów stała się dużo ważniejszą wartością niż równość wszystkich obywateli.

Oczywiście cieszy, że polski liberał z Oksfordu rozumie wypaczenia swojej idei, jednak naprawdę trzeźwi liberałowie, tacy jak Tony Judt albo Colin Crouch, na te same zjawiska zwracali uwagę już lata temu. Judt i Crouch o dokładnie tych samych błędach liberalizmu co Zielonka pisali już wtedy, gdy nikomu przez myśl nie przyszło, że liberalne elity zaczną tracić władzę od Warszawy aż po Waszyngton. Widzieć te zjawiska teraz to nie jest żadna sztuka. Dlatego książka Zielonki jest interesująca z innego powodu – otóż receptą profesora na odejście od neoliberalizmu jest… jeszcze więcej neoliberalizmu.

Leczenie dżumy dżumą
W części dotyczącej rozwiązań na przyszłość Zielonka pisze: państwa narodowe nie powinny już dyktować reguł europejskiej polityki; miasta, regiony i organizacje ponadnarodowe powinny zyskać dostęp do europejskiego systemu decyzyjnego i zasobów. Receptą na osłabienie państwa, jakie miało miejsce w ostatnich latach, jest… dalsze osłabienie państwa. Skoro rynki zdobyły zbyt dużo władzy, co osłabiło wpływ demokratycznych wspólnot na rzeczywistość, należy tą władzę odbić i przekazać sieciom samorządów, organizacji pozarządowych i instytucji międzynarodowych. Z jakichś względów samorządy i organizacje społeczne mają sobie poradzić z wszechwładzą rynków lepiej, niż robi to państwo, choć mają dużo mniejsze od niego możliwości. Inaczej mówiąc, prof. Zielonka dostrzega problem w tym, że państwo demokratyczne straciło władzę, ale zamiast spróbować je na powrót wzmocnić, woli przekazać ją jeszcze komu innemu. Część władzy – w dół, do samorządów i społeczeństwa obywatelskiego, a część – w górę, organizacjom międzynarodowym.

Problem w tym, że przecież dokładnie na tym polega neoliberalizm – na rozcieńczeniu władzy pomiędzy przeróżne ośrodki, dzięki czemu rynki mogą bezkarnie zwiększać swoje wpływy. Niestety, profesor Zielonka zupełnie nie dostrzega, że wszystkie te ośrodki są dużo bardziej zarażone neoliberalizmem niż państwo. Samorządy są tego najlepszym przykładem.

Pełzająca prywatyzacja
To właśnie na szczeblu samorządowym zachodzi prywatyzacja kuchennymi drzwiami całych obszarów sektora publicznego. Dr Dawid Sześciło nazywa to pełzającą prywatyzacją – samorządy sukcesywnie pozbywają się swoich podmiotów na rzecz sektora prywatnego. Co więcej, robią to po cichu, jakby za plecami mieszkańców. Mowa szczególnie o szpitalach, które zamieniane są w spółki, a następnie oddawane prywatnym podmiotom na mocy ustawy o działalności leczniczej. Ale prywatyzowane są także szkoły, przedszkola oraz spółki komunalne. Samorządy są także w awangardzie outsourcowania usług publicznych, przez zlecanie ich firmom prywatnym – mowa chociażby o komunikacji autobusowej w wielu miastach, z Warszawą na czele.

W polskich miastach interes deweloperów oraz innego rodzaju inwestorów niejednokrotnie stoi przed interesem publicznym.

Samorządy prowadzą także neoliberalną politykę przyciągania inwestorów, szczególnie w zakresie ułatwiania inwestycji deweloperskich i tworzenia galerii handlowych. W polskich miastach interes deweloperów oraz innego rodzaju inwestorów niejednokrotnie stoi przed interesem publicznym. Zalewane betonem są miejsca zielone, tereny publiczne oddaje się branży budowlanej, reprywatyzuje się budynki użyteczności publicznej – wszystko w interesie prywatnych inwestorów, przeciw czemu niejednokrotnie protestują wspólnoty mieszkańców. Polska władza samorządowa to modelowy przykład uległości wobec rynków – jak można twierdzić, że przekazanie jej większej władzy to recepta na panoszący się neoliberalizm?

Taką samą ostoją neoliberalizmu jest wiele organizacji pozarządowych, czyli NGO-sów. Zresztą NGO-izacja, czyli przekazywanie NGO coraz większej ilości zadań publicznych, to jedna z cech modelu neoliberalnego. Po pierwsze, NGO-izacja to bardzo często zwyczajna prywatyzacja działań publicznych prowadzona pod przykrywką rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Sektor prywatny przejmuje zadania publiczne pod płaszczykiem różnych fundacji czy stowarzyszeń, które są nawet dla niego bardziej atrakcyjne niż tradycyjne spółki, gdyż łatwiej za ich pomocą ograniczać koszty. Organizacje pozarządowe mogą korzystać z wolontariuszy, a więc z darmowej pracy. Oczywiście wtedy to się nie nazywa darmową pracą, tylko działalnością społeczną. Nawet jeśli NGO płaci swoim pracownikom, to zwykle bardzo mało i na umowach cywilnoprawnych – etatów w trzecim sektorze jest jak na lekarstwo. Organizacje pozarządowe wypełniają zadania publiczne zwykle też na dużo gorszym poziomie niż instytucje publiczne, gdyż zatrudniają młodzież i studentów, a nie profesjonalistów.

Bogatsi zechcą płacić wyższe podatki tylko wtedy, jeśli będą czuć więź z tymi, którzy z nich korzystają. Elity wsłuchują się w głos społeczeństwa tylko wtedy, gdy wierzą, że dzielą z nim wspólnotę losów.

Rządy ludu bez ludu
Trudno też zrozumieć, w jaki sposób organizacje międzynarodowe miałyby być receptą na deficyt demokracji. Przecież to właśnie one są podawane najczęściej jako przykład oderwania się elit od społeczeństw. Szczególnie często jako przykład deficytu demokracji podawana jest Unia Europejska. Demokracja oraz model oparty na równości wymagają silnej więzi między członkami wspólnoty. Bogatsi zechcą płacić wyższe podatki tylko wtedy, jeśli będą czuć więź z tymi, którzy z nich korzystają. Elity wsłuchują się w głos społeczeństwa tylko wtedy, gdy wierzą, że dzielą z nim wspólnotę losów. A społeczeństwa angażują się przynajmniej emocjonalnie w politykę tylko takich wspólnot, które odpowiadają ich tożsamości. Stworzenie ponadnarodowego europejskiego rządu w czasach, gdy Włoch czuje się przede wszystkim Włochem, Hiszpan Hiszpanem, a Polak Polakiem, to przepis na zmniejszenie demokracji, a nie zwiększenie.

Państwo jest obecnie najbardziej optymalnym instrumentem radzenia sobie z globalnymi grupami interesu przez społeczeństwa. Z jednej strony dysponuje ono zdecydowanie większym potencjałem niż samorządy czy NGO-sy, dzięki czemu ma większe możliwości realnego przeciwstawiania się naciskom rynków oraz ochrony społeczeństwa. Z drugiej strony jest ono na tyle blisko ludzi, że obywatele czują z nim więź, czego nie można powiedzieć o organizacjach międzynarodowych. Wydaje się, że europejskie społeczeństwa to rozumieją, czas, by zrozumieli to europejscy intelektualiści.