📻 Tylko śmieszy szukanie w Polsce klas społecznych i czytelnej piramidy społecznej

Lepiej zająć się swoim życiem niż tzw. przynależnością klasową

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito.


Proponuję zachować dystans wobec twierdzeń przedpotopowych, siermiężnych socjologów, którzy intelektualnie zatrzymali się w latach 50. Większość z nich za wszelką cenę stara się uporządkować świat, który uporządkowany zdecydowanie nie jest. Ogólne teorie wszystkiego to relikt przeszłości, podobnie jak te o klasach społecznych, do których przynależność ma wyjaśniać każde zachowanie. Od chodzenia lub niechodzenia do teatru, poprzez sposób myślenia, aż do… jeżdżenia rowerem (to akurat autentyczny przykład rozważań socjologa z Krytyki Politycznej Macieja Gduli). Wszystkie one opierają się na założeniu, że byt określa świadomość. Jednak gdyby tak było, to każda psychoterapia polegałaby na zachęcaniu do awansu społecznego, a jest dokładnie na odwrót, bo to świadomość może określać byt, niekoniecznie ten materialny.

Inna klasa = inny gatunek?
Teorie klasowe, mówiące o gatunkowych wręcz różnicach między klasami, szczególnie niedorzecznie brzmią w Polsce, gdzie w ciągu ostatnich stu lat trzykrotnie doszło do całkowitych przetasowań na drabinie ekonomiczno-zawodowej (bo nie społecznej). Praktycznie wszystkich bogatych można nazwać nowobogackimi, nawet jeżeli za wszelką cenę chcą odnaleźć szlacheckie korzenie swojej rodziny. Dlaczego nie używam sformułowania drabina społeczna, tylko ekonomiczna? Bo mówienie o drabinie społecznej oznaczałoby, że istnieje jakaś jedna społeczna hierarchia, do której, chcąc nie chcąc, należy każdy, i która ma określać, kto jest wyżej, a kto niżej. Słowem, kto jest lepszy, a kto gorszy, jak w wojsku. Dzisiejsze społeczeństwo zdecydowanie nie przypomina jednostki wojskowej. Hierarchii może być wiele, a socjologowie chcieliby stworzyć jedną ogólną. Jednak, aby ocenić czyjąś wyższość albo niższość względem innego człowieka albo grupy społecznej, należy przyjąć jakieś kryteria.

Wprawdzie zgadzam się, że jedne grupy społeczne są bogatsze, a inne mają mniej pieniędzy, jednak dlaczego to akurat pieniądze mają być kryterium, które decyduje, kto jest wyżej, a kto niżej? Często podawane jest też wykształcenie, udział w kulturze wysokiej lub popularnej, posiadanie wpływowych znajomych itd. A dla socjologów o wyższości decydują władza i pieniądze. Z tym się nie zgodzę, bo nie każdy uznaje je za wartości nadrzędne i nie każdy do nich dąży.

Piramida społeczna według socjologów miałaby sens tylko wtedy, gdyby celem życia jednostki był awans w tej piramidzie, gdyby każdy dążył do posiadania jak najwyższego tzw. statusu społecznego. Co jednak wtedy, gdy ktoś ceni wartości takie jak np. mądrość, inteligencja, kręgosłup moralny? Dlaczego to one nie miałyby decydować o miejscu w hierarchii? Tworzenie piramidy społecznej na podstawie władzy i pieniędzy przypomina porównywanie, w jakim czasie przebyli sto metrów sprinterzy, maratończycy, chodziarze, a nawet ludzie spacerujący wzdłuż trasy wyścigu. Pomiar ten ma sens tylko w przypadku tych pierwszych, w pozostałych jest absurdalny.

Dominacja społeczna
Śmiem twierdzić, że sprinterów, czyli osób, które za cel życia postawiły sobie zdobycie jak najwięcej władzy i pieniędzy, jest zdecydowana mniejszość. Chodzi tu o wartości, które naprawdę realizują, a nie na przykład, gdy ktoś marzy w wolnej chwili o milionie dolarów. (Zresztą można o nim marzyć niekoniecznie po to, żeby mieć rzekomo wyższy status społeczny, ale na przykład ruszyć w podróż dookoła świata albo nie pracować). Jaki odsetek społeczeństwa zakłada własny biznes albo idzie do polityki? A to praktycznie jedyne wyjście, jeżeli chce się być wśród osób o najwyższym statusie społecznym (według socjologów).

Dlaczego szturmowane są takie kierunki studiów jak psychologia, medycyna czy nawet dziennikarstwo, skoro szanse na zostanie milionerem w tych zawodach są iluzoryczne? Pęd do bycia wyżej niż inni nazywa się orientacją na dominację społeczną – i z doświadczenia wiem, że kierują się nim raczej ludźmi prymitywni, którzy zdobywają wykształcenie, pieniądze, chodzą do teatru, czytają ambitne książki lub słuchają muzyki klasycznej tylko po to, żeby zaznaczyć swoją dominację w społeczeństwie, a nie dlatego, że na przykład literaturę kochają. Zresztą w kulturze wysokiej, tej ambitniejszej, ich postawa jest bardzo często piętnowana – jak widać więc niewiele z jej przekazów rozumieją.

Chodzą do teatru i czytają książki, bo wypada. Ludzi, którymi się otaczają, też dobierają na podstawie ich rzekomego statusu społecznego po to, żeby potwierdzić swoją przynależność do tych wyżej. Czy to zdrowe? Czy normalny człowiek nie woli przebywać z tymi, których po prostu lubi, a nie z ludźmi, których często nie cierpi i de facto nie zna? Konkuruje z nimi, ale dają mu oni poczucie przynależności do grupy, która rzekomo dominuje nad resztą. Czy nie lepiej mieć po prostu kochającą rodzinę, a nie, jak to się mówi, znaną? Ktoś powie, że jedno nie wyklucza drugiego, ale zawsze coś jest ważniejsze, a coś mniej.

To nie nauka, to cynizm
Teorie socjologów o istnieniu klas społecznych, które wyznaczałyby jedną ogólną hierarchię (by nie używać naukowego języka), trącą po prostu skrajnym cynizmem –  wiarą w to, że nie istnieją żadne wyższe wartości, takie jak dobro, prawda, piękno, wolność, mądrość, inteligencja, że liczą się tylko władza, pieniądze i zwierzęca wręcz dominacja jednych nad drugimi. Ale no właśnie. Jasne, że są bogaci i biedni, wykształceni i nie, tylko na czym miałaby polegać wyższość – albo dominacja – jednych nad drugimi? W średniowieczu lub w realiach wojska ten niżej musiał słuchać poleceń tego wyżej, był mu poddany. A jakich rozkazów tzw. przeciętny człowiek musi słuchać od np. szefa korporacji albo biznesmena, jeżeli dla niego nie pracuje? Jeżeli ten na ulicy próbowałby nim dyrygować, kazał ustąpić miejsca lub przejawiał jakiekolwiek inne zachowania świadczące o dominacji, zostałby uznany za chama i w najlepszym razie wyśmiany. Gdyby trafił na tego rzekomo najniżej z tzw. podklasy (cóż za faszystowski termin, używany, o zgrozo!, przez lewicę), czyli mówiąc po ludzku: na dresiarza, to owa manifestacja rzekomej dominacji społecznej mogłaby się skończyć wizytą w szpitalu. Trudno jednak uznać za dominującego kogoś, kto ze złamanym nosem prosi, żeby już go nie bić.

Generalnie w naszej kulturze (i bardzo dobrze) wywyższanie się, czy to władzą i pieniędzmi, czy to formalnym wykształceniem, jest uważane za bardzo niekulturalne. Świadczy nie o kulturowej wyższości, lecz o chamstwie. Cynizm, w tym socjologów, nie polega na całkowitym braku wartości (co w nauce można uzasadnić), bo władza i pieniądze tymi wartościami bezsprzecznie są, tylko, że jak to się mówi, niższymi.

Sto pytań do…
Ile mamy przykładów ludzi z formalnym wykształceniem, ale dużo głupszych od tych, którzy kształcili się sami? Ilu ludzi kocha kulturę wysoką, a nie ma pieniędzy? Ilu wykonuje niezbyt prestiżowy zawód dlatego, że nie zależy im na karierze? Ilu jest milionerów o manierach typowego Janusza? Jak porównać status rapera-milionera i bożyszcza tłumów do profesora z pensją kilku tysięcy? Czy Paris Hilton to światowa elita społeczna (bo raczej nie intelektualna)? Ilu stróżów nocnych przeczytało więcej ambitnych książek niż niejeden profesor? Kto zabrania robotnikowi chodzić do teatru, skoro często zarabia więcej niż lekarz? Dlaczego niektórzy robotnicy chodzą do teatru, a inni nie? Co zrobić z ludźmi, którzy szanują innych nie za zasobność portfela, tylko za to, co mają w głowie i sercu? Jak to się ma do dzisiejszych czasów, gdzie bardziej liczy się osobowość niż zawód?

Takie pytania można mnożyć w nieskończoność. Obawiam się, że obecnie takich wyjątków jest znacznie więcej niż socjologicznej reguły. Socjologowie oczywiście będą podawali typowe, żeby nie powiedzieć stereotypowe, przykłady przedstawicieli jakiejś klasy. Że jedni mają inny akcent, drudzy inaczej układają serwetki do obiadu albo co innego do niego piją. Jednak prawda jest taka, że inne ubranie można kupić w 15 minut, innego akcentu i zachowania przy stole nauczyć się w miesiąc, nowego sposobu wysławiania w rok. Tak że marne są te rzekome przejawy wyższości-niższości. Może oceniajmy ludzi po tym, co mówią, a nie jak i z jakim akcentem? Szczególnie że jedna osoba może umieć mówić zarówno wiejską gwarą, jak i literacką, piękną polszczyzną. Wszystko to jest kwestią treningu, a nie błękitnej krwi czy lepszych genów (u socjologów to bardziej genów kulturowych, czyli pochodzenia), świadczących o przynależności do wyższego gatunku.

1
2