SOROBAN: Na mnie możesz liczyć

Joanna Zielińska o arytmetyce mentalnej

Usłyszana przeze mnie niedawno anegdota przywołała pełen słoik słonych wspomnień o systemie edukacji i skłoniła do napisania o kompletnie alternatywnym sposobie dostosowania planów edukacyjnych do młodych jednostek.  Zapewne sami możecie po jej przeczytaniu powiedzieć, czy ta historia, wzbudzająca skrajne uczucia, nie nadaje się jako przepychacz ziarna goryczy, które pewnie niejeden ze spacerowiczów klasycznej ścieżki edukacji mimo upływu lat czuje do dziś.

Konkretnie to usłyszałam ją od psychologa pracującego w duchu Montessori i choć internet niezbyt spójnie potwierdza wiarygodność jej treści, każda świadczy dobitnie o tym, że ten ponadczasowy geniusz nie przystawał do szkoły. Nie był szanowany przez nauczycieli i bez wątpienia został wyrzucony na margines edukacji. Historia zna wielu ludzi, którzy za młodu zupełnie nie przejawiali swego geniuszu. Ja jednak nie ufam tej teorii. Sądzę, że zarówno słaby w nauce Einstein czy, dwukrotnie wyrzucany z Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych Św. Ferdynanda, Salvador Dali nie trafili na właściwych nauczycieli, którzy zamiast podcinać im skrzydła, stanowiliby wsparcie i autorytet. Z drugiej jednak strony, skoro dziś zna ich cały świat, możemy zaryzykować stwierdzenie, że dobrze się stało, iż ich edukacja właśnie tak wyglądała. Choć nie wróżono im kariery i nie traktowano w poważny sposób, to dziś wiemy, że to oni poczynili kroki milowe w swoich dziedzinach. Jednak Bóg raczy wiedzieć, ilu geniuszy zaszczuto, wyrzucono poza nawias edukacji, pozostawiając bez szans do wzrostu pasji i gasząc chęć poznania świata. Tę naturalną, wrodzoną chęć eksplorowania otoczenia; chęć, która sprawia, że dziecko z zainteresowaniem wodzi wzrokiem, rozwija motorykę, aż któregoś dnia samo staje w progu drzwi i robi krok w nieznane, więc pociągające. Wtedy też rodzą się pytania, na które odpowiedzi są ukryte i tak naprawdę to od rodziców oraz w pewnej mierze nauczycieli zależy, czy dziecko będzie eksploratorem świata, czy zostanie zdobywcą, a może wskutek zaniechań i złych mechanizmów zostaną w nim zahamowane te cudowne moce.

Dziś wiemy, że tradycyjna szkoła jest dla ucznia przeciętnego, rzadko proponując wybitnym czy słabszym program rozwijający obszary, nad którymi należałoby popracować, by osiągnąć jak najlepszy efekt. Jedni się nudzą, inni frustrują. I tu właśnie pojawia się miejsce dla współczesnych Nancy Matthew Elliott – matek i ojców, którzy biorą sprawy w swoje ręce. Organizują w taki sposób edukację dziecka, by przyniosła mu jak najwięcej korzyści.

Takie są właśnie dwie zaprzyjaźnione z sobą matki. Los rzucił je do wsi pod wschodnią granicą, gdzie każda z nich wychowuje trójkę dzieci. W październiku zapisały dzieci na zajęcia z arytmetyki mentalnej, na które jeżdżą do położonej o 40 km Białej Podlaskiej.

Gdy zobaczyłam, w jaki sposób 8-letni chłopiec dokonuje obliczeń, że robi to błyskawicznie i nie potrzebuje do tego żadnych narzędzi, byłam zdumiona i podekscytowana. To rewelacja, o której muszą dowiedzieć się wszyscy rodzice. Metoda dotarła do Japonii w XV wieku z Chin, niespiesznym krokiem przeszła przez Azję, a następnie wschodnią Europę, by pokonać granicę i rozgościć się u nas na dobre. Soroban, bo o nim mowa, to chińskie liczydło. Wygląda podobnie jak klasyczny abakus, jednak używa się go w zupełnie inny sposób, dzięki czemu jego możliwości są naprawdę potężne. Jak donosi jedna ze szkół oferująca prywatne lekcje arytmetyki mentalnej: z liczydłem soroban możliwe jest wykonanie wszystkich podstawowych działań matematycznych, tj. dodawania, odejmowania, mnożenia, dzielenia, potęgowania i pierwiastkowania kwadratowego, a nawet zgłębianie logarytmów czy proporcji trygonometrycznych.

Soroban, fot. Fisle, Wikimedia Commons

Jak przyznają nauczyciele z Rosji, głównym celem arytmetyki mentalnej nie jest nauka liczenia, tylko harmonijny rozwój mózgu dziecka.

Jedna z mam powiedziała mi, że zapisała córkę na zajęcia, gdy mała była przed piątymi urodzinami. W tym wieku są najmłodsi kursanci uczący się obsługi liczydła. Podobno jeszcze nie najlepiej radziła sobie z liczeniem do 20. Dziś jej mama zauważa, że dziecko w sposób naturalny postrzega liczby inaczej. Jej wyobraźnia w szybko opanowała system dziesiętny, setny oraz kolejne, co dla dzieci w jej wieku jest bardzo nietypowe. Kiedy zapytałam drugą mamę, jak ona ocenia korzyści wynikające z uczęszczania na zajęcia z arytmetyki mentalnej, ta zaobserwowała, że jej dzieci szybciej się uczą, poprawiła się przyswajalność przez nie wiedzy. Wspomniała również, że podczas ćwiczeń z sorobanem kładzie się nacisk na aktywizację obu półkul mózgowych. Oznacza to, że w tym samym czasie ćwiczy się część odpowiedzialna i za konkret, np. analizę, wyciąganie wniosków, i kreatywność. Jak przyznają nauczyciele z Rosji, głównym celem arytmetyki mentalnej nie jest nauka liczenia, tylko harmonijny rozwój mózgu dziecka. Już po 2-3 miesiącach można zauważyć sukcesy w matematyce, nauce języków obcych i innych przedmiotów. Równie istotna jest nauka logicznego myślenia, która pomaga szybciej analizować informacje przed podjęciem decyzji.

Soroban zintegrowany z kalkulatorem fot. Wiki

I to właśnie potwierdzają obie moje rozmówczynie. Dostrzegły, że czas poświęcony na naukę skrócił się i stał się wydajniejszy. Staś, mimo że regularnie opuszczał zajęcia przygotowujące do Kangurka – konkursu matematycznego, zajął w nim III miejsce w szkole. Natomiast jego młodsza siostra, borykająca się dysleksją, stała się znacznie uważniejsza i popełnia mniej błędów, co zaciekawiło jej nauczycielkę. Ważną kwestią, którą twórcy nauczania arytmetyki mentalnej wzięli pod uwagę, to system motywowania dzieci do regularnego odrabiania prac domowych. Bez tego trudno byłoby liczyć na znaczący progres. Zatem program komputerowy wymaga od dzieci, by logowały się cztery razy w tygodniu na minimum 10 minut. W tym czasie rozwiązują zadania. Dodają i odejmują ciągi cyfr. Czasem recytują przy tym wiersze i robią przysiady. Czwartego dnia, gdy wszystkie zadania domowe są uczciwie rozwiązane, dzieci dostają nagrodę – film, który zawsze budzi dużo emocji i młodzi matematycy bardzo na niego czekają. Tym sposobem wszyscy są zadowoleni: dzieci ćwiczyły cały tydzień, więc rodzic nie będzie się wstydził za niesubordynację, a intelektualnie pobudzony młody człowiek dostaje interesujący film. Jednak to nie wszystko. Podczas zajęć nauczycielka przyznaje punkty, co plasuje ucznia w e-rankingu. To może dodatkowo pobudzać motywację do działania.

Jak się okazuje, praca z sorobanem znakomicie kształtuje sposób myślenia oraz dyscyplinuje dzieciaki do systematycznej pracy poza salą lekcyjną. Wprawdzie lekcje z arytmetyki mentalnej są przeznaczone głównie dla dzieci, mogą z nich skorzystać również dorośli, a nawet osoby w podeszłym wieku, odwykłe od intensywnego i regularnego gimnastykowania szarych komódek.

Kiedy zobaczyłam, jak te dzieciaki znakomicie radzą sobie z obliczeniami, wróciłam do czasów mojej podstawówki. Nikt wtedy nie słyszał o dysleksji utrudniającej naukę. Dzieci przestawiające litery czy cyfry uważne były za nieuważne i niestaranne. Sztywne usadzenie w ławkach zamykało wysokoreaktywne dzieci z ADHD w nieruchomym pancerzu, co negatywnie wpływało na  przyswajanie przez nie wiedzy. Tylko ci uczniowie, których rodzice z determinacją czuwali nad ich specyficznym, nieraz mozolnym procesem nauki, mieli szansę wyjść z oślej ławki czy wybić się z marginesu, gdzie nieświadomi nauczyciele umiejscawiali tych, którzy po latach okazali się indywidualistami, kolorowymi ptakami lub świetnym specjalistami w swoim zawodzie.

Idąc do szkoły, dziecko ma być spełnieniem marzeń rodziców, chlubą  kolekcjonującą bardzo dobre oceny. Naprawdę mało pedagogów mówi uczniom: uczcie się dla siebie i bądźcie szczęśliwi. Mało który nauczyciel pamięta o naturalnym pędzie do wiedzy, który gna młodego człowieka przez świat, póki mu kłód pod nogi nie rzucą krytyką, kpiną i upokorzeniem, niestety wciąż tak często pojawiającymi się w szkolnych murach. I nawet jeśli matematyka jest królową wszystkich nauk, a w ręce trzyma soroban, to warto zadbać, by jej potęgą był szacunek do tych, którzy nie z własnej winy zostali matematycznymi analfabetami. Dziś jest szansa, że zamiast pozostawać przy technologicznych dobrodziejstwach XX wieku, sięgną po stare liczydło i nie dla aprobaty nauczyciela, ale dla siebie odrobią lekcję razem z dziećmi, a może i wnukami.