📻 Paweł Krulikowski: Zakładnicy skłóconych plemion

Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one.

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito.

 


 

  • Współczesne dziennikarstwo, a wraz z nim publicystyka, stały się niczym więcej niż narzędziem budowania tożsamości politycznej.
  • Można pisać i mówić absolutnie wszystko, byleby było to zgodne z linią i kierunkiem myślenia zbiorowego mózgu, który karmi opiniodawcę.


Paskudny Woś symetrysta

Lewica powinna dogadać się z PiS-em – prowokacyjnie rzucił znany publicysta Rafał Woś na łamach Gazety Wyborczej. Rysując wizję budowy demokratycznego socjalizmu w układzie z rządzącymi, autor książki To nie jest kraj dla pracowników włożył kij w mrowisko. Nie, to jednak zbyt lekko powiedziane.

Woś wywołał najzwyklejszy ból tylnej części ciała czytających go odbiorców Gazety. Po tym jak już zwyzywano go od najgorszych i odsądzono od czci i wiary w komentarzach, a także w polemikach drukowanych i publikowanych już przez redakcję z Czerskiej, właściwie odmówiono mu prawa do istnienia w środowisku opozycyjnym.

Tak oto jednym tekstem Woś został groźnym renegatem, a z pewnością paskudnym symetrystą oraz stuprocentowo podejrzanym elementem, który w razie czego może dogadać się Kaczorem Dyktatorem, prawicowymi dziennikarzami i z całą tą hałastrą, z którą nie zgadzamy się dla zasady. Najlepiej byłoby więc, gdyby Woś przeniósł się do Gazety Polskiej czy do Sieci i przestał zawracać gitarę.

Oburzony Horubała

Styczeń 2018. W obrzydliwej wrzutce na Twitterze Rafał Ziemkiewicz pisze o parchach, w reakcji na izraelski sprzeciw wobec ustawy o IPN. Jego redakcyjny kolega, wicenaczelny Do Rzeczy, Andrzej Horubała tego typu retoryką jest głęboko oburzony, uważając określenie za rasistowskie. Chce dać temu wyraz publicznie, jednak jego własna redakcja prosi go o powstrzymanie się od krytyki Ziemkiewicza.

Efekt? Horubała rezygnuje z pracy w tygodniku, który współtworzył niemalże od początku. Do Rzeczy żegna go bez żalu, w końcu walka polityczna trwa, a kto przejmowałby się bazgrzącymi o kulturze publicystami? Nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy.

Odszczepieniec Rokita

Albo taki, bardziej aktualny przykład. W TVN-owskich Faktach po faktach wystąpił sobie we własnej osobie Jan Maria Rokita, znany również jako niedoszły Premier z Krakowa. Prawnik z wykształcenia, z ogromnym doświadczeniem w administracji centralnej, jeden z bardziej docenianych za swoją propaństwość polityków.

Tym razem jednak, zupełnie nie po myśli mediów, w których przyszło mu wystąpić zaczął na wizji… popierać reformę sądownictwa prowadzoną przez obecny rząd. W dodatku zaczął powoływać się na rozmowy sprzed lat z Andrzejem Rzeplińskim. Tego było już zdecydowanie zbyt wiele. Z Rokitą oczywiście polemizowała prowadząca program Justyna Pochanke, ale właściwe szambo wybiło zaraz po publikacji.

publicysta Rafał Woś na łamach Gazety Wyborczej
fot. pixabay.com

W mediach społecznościowych zwolennicy jednego z dwóch głównych nurtów polskiej debaty publicznej odsądzili krakowskiego polityka od czci i wiary. Kategorycznie stwierdzono, że tego typu poglądy muszą być wyrazem jego wielkich niespełnionych ambicji. Obrzucanie Rokity błotem przeplatano oczywiście zasadniczym pytaniem: po co w ogóle zapraszać kogoś takiego?

Na czarnej liście

Ten schemat powtarza się nie tylko w przypadku publicystów. Narażeni na tego typu zdarzenia są również eksperci: politolodzy, socjolodzy czy ekonomiści. Zbiorczo podam trzy nazwiska: Jadwiga Staniszkis, Rafał Matyja, Ryszard Bugaj. Gdy przed wielkim zwycięstwem życzliwie komentowali poczynania Prawa i Sprawiedliwości, nie wychodzili praktycznie z Telewizji Republika. Nie dało się znaleźć dnia, w którym przynajmniej jedna z wyżej wymienionych osób nie była w Gazecie Polskiej czy na portalu wPolityce.

Dzisiaj, gdy nabrali krytycyzmu wobec poczynań jedynej słusznej partii, są wariatami, świrami, zdemenciałymi babciami (Staniszkis) albo im starsi, tym głupsi (Bugaj). Określenia zaczerpnąłem z komentarzy użytkowników podpisanych własnym imieniem i nazwiskiem.

Polemika w zapaści

Nie ma w tym mechanizmie nic nowego. Najwygodniej jest bowiem czytać opinie, z którymi bezkrytycznie się zgadzamy. Znajdować potwierdzenie, że mieliśmy rację, zwłaszcza w ustach elokwentnego publicysty. Takie teksty czyta się z przyjemnością. Te zaś, które boleśnie uwierają intelektualnie, należy potępić, skrytykować, zarzucić herezję.

Po pierwsze znieważając autora anonimowo, w komentarzach. Po drugie publikując polemiki i paszkwile, odmawiające mu istnienia w przestrzeni publicznej. Wywoływanie intelektualnych wyrzutów sumienia stało się bowiem dla publicystów, ekspertów czy komentatorów grzechem niewybaczalnym. Skazującym na infamię w swoim plemieniu (to konsekwencja podniosła), a czasami i na najzwyklejszą utratę pracy (bardziej bolesny, bo przyziemny skutek).

W dobie totalnej emocjonalnej wojny intelektualiści stali się zakładnikami. Zasady znamy z filmów o porwaniach. Zakładnikom nie wolno próbować żadnych sztuczek.



Paweł Krulikowski: Patrz trochę szerzej!

Paweł Krulikowski
Politolog, komentator i analityk. Absolwent UW oraz SGH. Główny obszar zainteresowań: wizerunek polityczny. Jako konsultant brał czynny udział w trzech ostatnich kampaniach wyborczych. Po różnych stronach. Obecnie w sektorze prywatnym. Sceptyk. Symetrysta. Po godzinach basista zespołów Popkultura oraz Kapitan Nemo.