Paweł Krulikowski: Wielki szok Pokolenia trybu incognito

A naprawdę... zero zdziwień

fot. pixabay.com, geralt

Afera Cambridge Analytica i idące za nią przesłuchanie właściciela Facebooka Marka Zuckerberga spowodowały wykładniczy wzrost osób zdziwionych, a nawet przerażonych informacjami, które gromadzą na nasz temat internetowe podmioty.

Niezwykle zabawna (choć gorzka to rozrywka) jest dziecięca naiwność, iż w czasach powszechnej inwigilacji, możliwości śledzenia każdego ruchu w internecie czy obserwowania naszego kliknięcia za kliknięciem pojawiają się wciąż jednostki i firmy, które nie potrafią powstrzymać się przed wykorzystaniem tych informacji w nie do końca moralnie słuszny sposób.

Dane wyciekały, wyciekają i będą wyciekać. Czas się z tym pogodzić, nie istnieje bowiem żaden skuteczny w stu procentach sposób na zabezpieczenie się w sieci przed działalnością drugiego człowieka. W skrócie – jeżeli ktoś skopiuje nasze dane i wyniesie je z siedziby Facebooka, Google czy Apple, to nic na to nie poradzimy. Jeżeli ktoś z odpowiednimi umiejętnościami zechce włamać się do naszego komputera, telefonu, tabletu – zrobi to. Po prostu.

Jeżeli naprawdę uważałeś, drogi czytelniku, choć przez chwilę, że twoje dane w internecie są bezpieczne, bo używasz trybu incognito w swojej przeglądarce, nadeszła kolejna pora refleksji. Przesłuchanie Marka Zuckerberga jest na to najlepszym dowodem. Poziom jego zaangażowania i wiarygodności w kwestii bezpieczeństwa gromadzonych przez Facebooka danych był porażający.

No właśnie. Efekt obecności właściciela fb na Kapitolu rozczarował. Z różnych przyczyn udało mu się uniknąć wielu niewygodnych pytań, choćby o procedury zachowania po wycieku danych, o pozycję monopolisty na rynku czy o właścicielstwo informacji, które gromadzi na nasz temat Facebook. Po pierwsze, kongresmeni mieli po 4 minuty na pytania i odpowiedzi, a po drugie, byli ewidentnie nieprzygotowani i technicznie nie nadążali za konstruktem, jakim jest społecznościowa platforma Zuckerberga. Najlepszym przykładem było kluczenie właściciela fb w kwestii szybkości procesu usuwania danych z archiwów serwisu. Wystawiona przez Zuckerberga piłka aż prosiła się, aby docisnąć go w tej sprawie. Bez rezultatu.

Problem jednak leży wciąż w tym samym miejscu. Możemy organizować publiczne palenie na stosie właściciela Facebooka, ale efekt sprowadza nas do tych samych kilku pytań. Czy należy sądzić kogoś, kto wykorzystuje ludzkie, bezgraniczne zaufanie (graniczące z naiwnością) do zarabiania legalnych pieniędzy? Czy to naprawdę wina Zuckerberga, że ludzie nie czytają, na co zgadzają się, dołączając do Facebooka, Instagrama etc.? Czy naprawdę dziwi fakt, że w którymś momencie te dane zainteresowały polityków? Złodziei? Oszustów? Seksoholików, wyciągających nagie zdjęcia celebrytek z ich urządzeń? Czy naprawdę można dzisiaj żyć ze świadomością, że każdy nasz klik, obejrzana strona internetowa, wrzucone selfie jest magicznie i skutecznie zabezpieczone przed złymi ludźmi?

No właśnie. Kto wiedział, ten wie. Zero zdziwienia.

PS Aby ten felieton był dla ciebie, czytelniku, użyteczny nie tylko intelektualnie, ale i praktycznie, polecam poświęcić 15 minut na sprawdzenie, jakie konkretnie dane przez lata zgromadził na twój temat Facebook. Znam osoby, dla których była to lektura porażająca. Życzę jak najmniej szoku. Procedura uzyskania danych do weryfikacji znajduje się TUTAJ.

Paweł Krulikowski
Politolog, komentator i analityk. Absolwent UW oraz SGH. Główny obszar zainteresowań: wizerunek polityczny. Jako konsultant brał czynny udział w trzech ostatnich kampaniach wyborczych. Po różnych stronach. Obecnie w sektorze prywatnym. Sceptyk. Symetrysta. Po godzinach basista zespołów Popkultura oraz Kapitan Nemo.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here