Paweł Krulikowski: Słupkiem po głowie

Na karuzeli sondaży

Za każdym razem, gdy jestem proszony o skomentowanie wyniku kolejnego sondażu, zastanawiam się, jak to się stało, że współczesna demokracja kieruje się tak wątpliwymi drogowskazami.

Zadzwonił telefon. W słuchawce głos dziennikarki: Czy mógłby Pan skomentować sondaż, w którym 49% Polaków uważa, że dla Donalda Tuska nie ma miejsca w polskiej polityce? Mógłbym. Ale zanim zacząłem swoje magiczne 10 sekund, w których powiem wszystko, co interesuje szanowną dziennikarkę, nadeszła refleksja. Czy nie dalej jak tydzień temu ten sam Tusk nie był liderem sondażu na polityka, któremu Polacy najbardziej ufają? Czy nie dalej jak dwa tygodnie temu realnie walczył o prezydenturę z poparciem 33% rodaków w pierwszej turze? Tydzień później nie ma dla niego miejsca? Cóż to za magia?!

Po rzeczonej rozmowie pogłębiłem jeszcze wiedzę. Okazało się, że w kwietniu opublikowano jeszcze dwa sondaże. W pierwszym, też o zaufaniu do polityków, Tusk miał tylko 14% zaufania, a 43% nie wiedziało w ogóle, komu ufać. W drugim uznano, że powinien ponownie stanąć na czele Platformy Obywatelskiej.

Tydzień później zbiorową amnezję wywoła kolejne głośne badanie. Do którego dosztukuje się odpowiednie wydarzenia.

I co ma teraz zrobić politolog, socjolog, analityk? Które z tych danych są prawdziwe? Co dyżurni eksperci mają powiedzieć w telewizjach, napisać w felietonach? Cóż takiego wydarzyło się w kwietniu w związku z Donaldem Tuskiem, co uprawnia tak rozbieżne opinie i tak zasadnicze wahania w zdaniu opinii publicznej? Nic? Zatem trzeba pozostałą część historii doszyć i zbudować narrację. W oparciu o dowolny, wybrany przez siebie sondaż. Ludzie i tak nie będą pamiętać długo. Tydzień później zbiorową amnezję wywoła kolejne głośne badanie. Do którego dosztukuje się odpowiednie wydarzenia.

Kiedy, nie tylko w Polsce (np. kampania wyborcza 2016 w USA), sondażownie kompromitowały się, publikując kolejne badania, niemające nic wspólnego z rzeczywistością, wydawało się, że sondażokracja wreszcie się skończy. Że opamiętanie nadejdzie, a media, zanim nagłośnią wyniki tego czy innego badania, zwrócą uwagę na metodologię, grupę badawczą, ot, poddadzą je wstępnej, krytycznej analizie. Nic z tych rzeczy. Niedawno zakończone wybory na Węgrzech pokazały, że sondaże to nadal element gry. I nie mają nic wspólnego z pogłębionym namysłem nad stanem społeczeństwa i jego opinii.

Chcę być dobrze zrozumiany. Na rynku wciąż funkcjonują firmy wykonujące profesjonalne badania. Pomagające naukowcom, politykom, dziennikarzom. Problem jednak w tym, że ich przeprowadzenie kosztuje. Przygotowanie metodologicznie uzasadnionych pytań to wyzwanie intelektualne. Dobranie i zwrócenie się do odpowiedniej grupy ankietowanych wymaga sprawności organizacyjnej. Wyklucza to więc możliwość publikowania w kilkudniowych odstępach kolejnych skandalizujących sondaży. Tym samym odcina paliwo mediom. Efekt? Media płacą niewiele, zamawiają byle jakie badania, robione ad hoc. Te są następnie komentowane przez technopolitologów (bo ci z kolei nie mają wyjścia). Błędne koło.

Prowadzi to do wypaczenia obrazu procesów politycznych i degradacji znaczenia namysłu w polityce.

Toksyczna synergia rynku mediów, ośrodków badań i przedstawicieli elit politycznych stała się jednym z problemów współczesnej demokracji. Wszystkie te trzy elementy nakręcają się wzajemnie, tworząc wrażenie, iż sondażokracja jest nam niezbędna do życia, a bez drogowskazu w postaci słupka z poparciem tego czy innego polityka w ostatnim tygodniu nie jesteśmy w stanie prawidłowo funkcjonować. Forsowany jest pogląd, że sondaże mówią, jak jest i że nie da się dyskutować z opinią publiczną. W efekcie fetyszyzuje się często robione na kolanach badania. Prowadzi to do wypaczenia obrazu procesów politycznych i degradacji znaczenia namysłu w polityce. Rujnuje szansę na uczciwą deliberację. Dlatego gdy powszechnie dyskutuje się o kryzysie współczesnej demokracji, biorąc pod uwagę znaczenie w niej sondaży, samo nasuwa się powiedzonko niezapomnianego Kisiela: To nie kryzys. To rezultat.

Paweł Krulikowski
Politolog, komentator i analityk. Absolwent UW oraz SGH. Główny obszar zainteresowań: wizerunek polityczny. Jako konsultant brał czynny udział w trzech ostatnich kampaniach wyborczych. Po różnych stronach. Obecnie w sektorze prywatnym. Sceptyk. Symetrysta. Po godzinach basista zespołów Popkultura oraz Kapitan Nemo.