Piotr Wójcik: Patriotyzm gospodarczy w państwie peryferyjnym

Jednak warto.

Działające w Polsce firmy z kapitałem zagranicznym więcej płacą swoim pracownikom i częściej oferują im szkolenia oraz etaty na czas nieokreślony, niż firmy rodzime. Zagraniczne produkty są też zwykle dużo lepsze. Wspieranie polskich przedsiębiorstw wygląda w takiej sytuacji niczym objaw syndromu sztokholmskiego. Mimo to warto to robić.

Patriotyzm gospodarczy to wyrażenie niezwykle modne w ostatnim czasie. A samo zjawisko przeżywa niemały boom. Jeszcze na początku XXI wieku oznaczenie produkt polski nie kojarzyło się dobrze, a obecnie jest jednym z najczęściej stosowanych zabiegów, mających przyciągnąć klientów. Stosują go nawet zagraniczne hipermarkety, często reklamując w ten sposób produkty, które z Polską oprócz nazwy mają już niewiele wspólnego. Powstają nawet aplikacje mobilne, pozwalające rozeznać się w gąszczu produktów, które są naprawdę polskie, a które jedynie takie imitują lub jeszcze niedawno należały do czołowych polskich marek, lecz zostały wykupione. Chyba najsłynniejszą taką aplikacją jest Pola, którą promuje Klub Jagielloński, a stworzyła spółka Polidea założona przez Kubę Lipińskiego. Pozwala ona na sprawdzenie, w jakim stopniu dany produkt jest polski, przez zeskanowanie jego kodu kreskowego. Nic dziwnego, że moda na patriotyzm gospodarczy dotarła do Polski, w końcu jest on popularny w wielu krajach świata, także Polsce bardzo bliskich.

Od Niemiec po Koreę
Patriotyzm gospodarczy opiera się o kluczowe stwierdzenie, że kapitał ma narodowość. Stwierdzenie to jest zresztą sprzeczne z dominującą w debacie ekonomicznej ekonomią neoklasyczną. Mimo to, w zasadzie żadne zamożne państwo świata nigdy nie zrezygnowało ze wspierania rodzimego kapitału w jakiś sposób. Po pierwsze dlatego, że większe zyski firm krajowych, to większa część PKB zatrzymywana w kraju, a więc większy popyt wewnętrzny, zarówno konsumpcyjny, jak i inwestycyjny. Czyli finalnie więcej miejsc pracy. Po drugie, firmy nigdy nie zapominają skąd pochodzą – nawet w korporacjach międzynarodowych większość kadry menedżerskiej pochodzi z kraju macierzystego dla danego koncernu. A najbardziej dochodową część działalności – badania i rozwój, marketing, produkcja kluczowych półproduktów – lokują zwykle właśnie w kraju macierzystym. A więc wzrost dochodów firm krajowych sprawi, że na miejscu powstanie więcej inwestycji wysokiej jakości – w działania B+R czy w najbardziej dochodowe etapy produkcji.

większe zyski firm krajowych, to większa część PKB zatrzymywana w kraju. Po drugie, firmy nigdy nie zapominają skąd pochodzą

Ze stosowania patriotyzmu gospodarczego znane są przede wszystkim Niemcy, Francja, Korea Południowa i Japonia. Żeby się pobieżnie przekonać, na czym to polega, wystarczy obejrzeć dowolny serial lub film koreański na Netfliksie. Niemal wszyscy jeżdżą tam Hyundaiami, a używane telefony to praktycznie same Samsungi. W 2015 roku, w pierwszej piątce najchętniej kupowanych marek samochodów w Niemczech, wszystkie marki były niemieckie, a poza Oplem każda z nich była produkowana przez koncern z niemieckim kapitałem. W pierwszej trójce samochodów ciężarowych widniały same marki w stu procentach niemieckie. Handel detaliczny w Niemczech jest zupełnie zdominowany przez kapitał niemiecki – w pierwszej piątce największych sieci marketów nie ma żadnej sieci spoza Niemiec. Można by tak dalej wymieniać, jednak patriotyzm gospodarczy nie przejawia się jedynie w zachowaniach konsumentów. Państwa stosują lub stosowały także formalne oraz nieformalne rozwiązania na szczeblu administracyjnym, chroniące swoje rynki. W Japonii jeszcze wiele lat po II Wojnie Światowej zabroniona była sprzedaż samochodów zagranicznych. Obecnie, w czasach UE i WTO, takie bezpośrednie chronienie swoich rynków jest już niedozwolone, jednak kraje robią to nieformalnie. Zwycięstwo firmy zagranicznej w przetargu na zamówienie publiczne w Niemczech czy Francji graniczy niemal z cudem, szczególnie w strategicznych obszarach, np. takich jak obsługa telekomunikacyjna rządu.

Odwieczny dylemat peryferii
Problem w tym, że w kraju peryferyjnym, lub pół-peryferyjnym, takim jak Polska, te zdroworozsądkowe argumenty wyglądają nieco blado – i to jest delikatnie powiedziane. No bo jak tu twierdzić, że dzięki wspieraniu polskich firm powstanie nad Wisłą więcej miejsc pracy wysokiej jakości, skoro według najnowszych danych GUS płace w Polsce w firmach z kapitałem zagranicznym są średnio o 66% wyższe od płac firm z kapitałem polskim? Jak tu liczyć na to, że wspierane przez konsumentów i państwo polskie firmy będą tworzyć ośrodki badawczo-rozwojowe, skoro ledwie osiem procent polskich firm wprowadziło w 2014 roku innowację produktową, co jest trzecim najniższym wskaźnikiem w UE (przed Łotwą i Rumunią). We Francji ten wskaźnik wynosi 27%, a w Niemczech nawet 34%. Jak tu faworyzować polskie firmy w przetargach, skoro mamy potem do czynienia z takimi sytuacjami, jak notorycznie psujące się pociągi Dart, będące częścią modernizowanego taboru PKP, wyprodukowane przez polską Pesę?

Czy wspieranie polskich firm podczas dokonywania wyborów konsumpcyjnych nie jest przypadkiem nieracjonalne?

Każdy, kto na co dzień próbuje stosować patriotyzm gospodarczy, zna zapewne te dylematy bardzo dobrze. Sam niedawno kupując pralkę zdecydowałem się na nieco droższą – polską, choć konkurencja w tym segmencie cenowym miała produkty nieco lepsze i nieco tańsze. Czy było to zachowanie nieracjonalne? Czy wspieranie polskich firm podczas dokonywania wyborów konsumpcyjnych, w sytuacji gdy płacą one gorzej niż działające w Polsce firmy z kapitałem zagranicznym, nie jest przypadkiem objawem syndromu sztokholmskiego? Płaca nam mniej, sprzedają nam towar gorszej jakości, a my je mimo to mamy pieścić? Na pierwszy rzut oka nie ma to najmniejszego sensu.

Na peryferiach też się opłaca
Z pomocą przychodzi Ha-Joon Chang, który by odpowiedzieć na to pytanie w książce Źli Samarytanie posłużył się historią z Japonii. Jak zostało wyżej powiedziane, Japonia przez długi czas chroniła swój rynek przed samochodami z zagranicy. Japończycy musieli więc męczyć się, jeżdżąc samochodami japońskimi, które w latach 50. naprawdę nie były tym samym, co teraz. Po kolejnym nieudanym wejściu Toyoty na amerykański rynek, na którym wszystkie wady jej pojazdów zostały bezlitośnie obnażone, społeczeństwo powiedziało dość. Japończycy mieli już dosyć trzymania Toyoty w warunkach cieplarnianych za cenę jeżdżenia pojazdami, które wstyd było nazwać samochodem. Mimo to, rząd postanowił utrzymać jeszcze przez pewien czas ten kaftan bezpieczeństwa. I okazało się to strzałem w dziesiątkę. Po niedługim czasie Toyota zaczęła wreszcie produkować samochody w pełnym tego słowa znaczeniu. Obecnie jej marka Lexus jest jedną z najbardziej ekskluzywnych na świecie. A inne japońskie marki samochodów można wymieniać jednym tchem. Jak widać Japończycy dobrze wyszli na swoim gospodarczym patriotyzmie, choć przez lata musieli zaciskać zęby. Dziś jednak nie wyobrażają sobie dróg bez pojazdów swoich marek.

To dowód na to, że patriotyzm gospodarczy przynosi efekty także w krajach peryferyjnych. Trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość. Oczywiście nie oznacza to, że mamy nie stawiać wymagań przed polskimi przedsiębiorstwami, gdy mało płacą lub produkują towary godne trafienia do kosza. Przypadki jawnego wyzysku lub tandetnej produkcji należy głośno piętnować. Jednak mimo wszystko warto uzbroić się w nieco cierpliwości i dać im szansę nieco dłużej. W końcu Honda nie od razu była dzisiejszą Hondą, a Kia jeszcze niedawno wzbudzała uśmiech politowania. Zakup gorszego polskiego produktu w porównywalnej cenie nie musi być więc nieracjonalny. Jest racjonalny z szerszej perspektywy.