📻 Patent wyborczy “na uchodźców” także w USA! Jak miał, choć nie pomógł, wygrać konserwatystom wybory do Kongresu?

Uchodźcy jako karta przetargowa w kampanii wyborczej. Mówi to Pani/Panu coś?

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Danuta Stachyra.

 


 

Partia Demokratyczna wygrała wtorkowe wybory do Izby Reprezentantów USA. Pozwoli jej to przejąć od Republikanów kontrolę nad izbą niższą amerykańskiego Kongresu. W wyborach w trakcie kadencji partia sprawująca władzę zwykle ponosi straty.

 

Wyborcze wyniki wciąż spływają, ale media podkreślają, że większość Demokratów w niższej izbie parlamentu USA jest pewna. Portal ABC News informuje, że kandydaci tej partii wygrali już w 19 okręgach, w których reprezentantami do tej pory byli Republikanie. Przedstawiciele Demokratów zapowiadają, że będą wykorzystywać większość w Izbie Reprezentantów do przeciwstawiania się niektórym politycznym inicjatywom prezydenta USA Donalda Trumpa.

 

Od czasu wielkiej bitwy o wybór konserwatywnego sędziego Sądu Najwyższego Bretta Kavanaugh, stało się jasne, że Demokraci mogą wygrać tyle miejsc w Izbie Reprezentantów Kongresu, iż wydrą większość z rąk republikańskich. Nawet większość republikańska w Senacie mogła wydawać się zagrożona. Trzeba było wywołać coś, co odwróciłoby to zagrożenie. Wybór padł na najnowszą kolumnę imigrantów zmierzających do USA z Ameryki Środkowej. 

Nie jest to pierwsza taka kolumna. Poprzednie zostały zatrzymane bez większego wysiłku na granicy USA, a jej uczestników poddano legalnej procedurze granicznej. Ale ta najnowsza kolumna uzyskała uwagę mediów społecznościowych i mediów mainstreamu w sposób, w jaki były opisywane podobne kolumny imigrantów w Europie zmierzających z południa Europy do Niemiec.

Na moim facebookowym koncie wypowiadają się ludzie z różnych krajów, z tym, że większość jest z Polski i USA. Czytam wszelkie wpisy z różnych opcji politycznych, aby zapoznać się z trendami i zwykle nic nie wpisuję. Zwykle, bo w sprawach prawa imigracyjnego w USA nie udaje mi się trzymać języka za zębami. Szczególnie gdy głos zabierają moi przyjaciele z wydziału prawa na University of Detroit.

Wpisy o zagrożeniu imigracyjnym w USA najpierw mnie rozbawiały jako niedorzeczne, ale potem zaczęły denerwować. Niestworzone rzeczy podawane przez różnych znajomych niemających pojęcia, jak działa prawo imigracyjne w Stanach, dotykają mnie w sposób szczególny, bo sam jestem imigrantem i beneficjentem tejże procedury. A do tego praktykowałem prawo imigracyjne przez wiele lat w Michigan, pomagając wielu przybyszom do USA w uzyskaniu legalnego pobytu i ewentualnie obywatelstwa. Oczywiście mam wiele uwag do tej procedury, bo jest przestarzała i nie odzwierciedla potrzeb tego kraju.

Wszelkie zmiany w niej zostały zahamowane wskutek rozszerzającej się nienawiści do imigrantów, szczególnie w południowych stanach USA. Pomimo że azylantów z Europy nie są przedmiotem tej nienawiści, która jest raczej rasistowska i antymuzułmańska, wszyscy imigranci muszą się czuć nieswojo z tym, co mówi się o migrantach, bo prawo nie może traktować przybyszy z różnych stron świata w różny sposób. Prawo nie może dyskryminować, mimo że prezydent Trump powiedział, że wolałby przyjmować do USA Norwegów niż mieszkańców gównianych krajów (shithole countries – z książki Boba Woodwarda, Fear).

Więc kiedy moi friends na Facebooku bezpardonowo atakują materię imigracji do USA, protestuję i staram się wyjaśniać. Wiele wpisów jest tak nieprawdziwych i podburzających, że mam poważne obawy, czy nie zostały stworzone w słynnej fabryce trolli w Moskwie, aby siać niezgodę wśród amerykańskich wyborców. Ostatnio wydawało mi się, że porównanie marszu imigrantów, prawdopodobnie mających nadzieję na azyl polityczny w USA, do próby wejścia siedmiu tysięcy chętnych do Disneylandu bez biletów musiało być stworzone przez rosyjskiego trolla. Otóż nie. Zamieściła ten wpis zdeklarowana patriotka i córka legalnych imigrantów. Za moją sugestię zostałem obrzucony niewybrednymi wyzwiskami, z przyzwoleniem moich kolegów. W końcu sam zacząłem przezywanie się – napisali koledzy…

Wygląda na to, że sprawa imigracji do USA została wylansowana jako główna kwestia kampanii wyborczej, wskazując Demokratów jako tych, którzy wpuszczą do Ameryki hordy dzikich uchodźców, a Republikanów jako tych, którzy się temu przeciwstawiają, a najchętniej wybudowaliby mur na południowej granicy USA. Tylko południowej, proszę zauważyć. Najnowszy pomysł Donalda Trumpa to odmówienie obywatelstwa osobom urodzonym w Stanach Zjednoczonych, jeżeli ich rodzice nie byli legalnie w USA. Drogą tweetu (jak zwykle) prezydent zapowiedział, że wyda odpowiednie rozporządzenie.  Problem jest w tym, że prawo do obywatelstwa z tytułu urodzenia się na ziemi amerykańskiej wynika wprost z konstytucji, a dokładnie z 14. poprawki do niej.

Zagadnienie, czy można modyfikować prawa chronione przez konstytucję rozporządzeniem prezydenckim, z pewnością wywoła solidną kontrowersję i szybką reakcję sądów federalnych. Sąd najwyższy USA już się wypowiadał w sprawie 14. poprawki do konstytucji w 1898 roku w decyzji co do prawa do obywatelstwa Amerykanina chińskiego pochodzenia (USA vs. Wong Kim, art. 169 U.S. 649, 1898), a także w sprawie prawa do edukacji dzieci nielegalnych imigrantów (Plyler v. Doe, 457 U.S. 202, 1982).

Kwestia skutków urodzenia w USA dla statusu osoby urodzonej uderza w podstawową zasadę urządzenia Nowego Świata, znaną od czasu, gdy europejskie kolonie wybiły się na niezależność od Europy, i odnosi się do USA, Kanady, Australii, Nowej Zelandii i innych krajach, z natury budowanych przez świeżych imigrantów. Nazywana jest ona po łacinie ius soli, czyli prawo ziemi. Nowe kraje chciały, aby ludzie urodzeni na ich terytoriach uzyskiwali wszelkie prawa, oddzielając ich od krajów, z których przybyli ich rodzice.

Kraje emigracyjne wszak hołdują zasadzie ius sanguinisi, czyli prawa krwi, gdzie obywatelstwo rodziców przechodzi na ich potomków, niezależnie gdzie się urodzą.

Zasada ta, leżąca u podstaw formułowania się państwowości krajów Nowego Świata, pozwoliła na zintegrowanie każdej nowej fali imigracyjnej, uznając jej dzieci za obywateli USA.

A zatem zamiar odejścia od ius soli przez prezydenta stanowi istotną zmianę dla państwowości USA. Naruszenie tej formuły może spowodować, iż otworzą się wrota do kwestionowania obywatelstwa wielu Amerykanów, jeżeli będzie można poddać badaniu sposób, w jaki ich przodkowie uzyskali pobyt w USA. Konsekwencje zbyt szerokiego podejścia do likwidacji prawa ziemi mogą być wręcz niewyobrażalne. Dokąd należałoby deportować tych wszystkich obywateli amerykańskich, którzy potraciliby obywatelstwo na skutek błędów w statusie imigracyjnym ich przodków? Może shithole countries będą musiały zbudować mury chroniące je przed inwazją deportowanych byłych Amerykanów?  Gdzie są granice absurdu?

I tak właśnie można opisywać zakończone właśnie wybory federalne i stanowe – jako walkę dwóch światów. Jej sedno ciekawie przedstawia zespół socjologów pod kierunkiem polskiej uczonej Marty Marchlewskiej z Polskiej Akademii Nauk. Układ, który większość rozumie jako klasyfikację na konserwatystów i liberałów, socjologowie nazywają podziałem na populistów i resztę świata. Populizm definiują jako narcyzm uprzywilejowanych grup w paru krajach, którym się wydaje, że ich dominacja jest zagrożona przez inne grupy, takie jak imigranci, innowiercy i podobni.

W gruncie rzeczy biali chrześcijanie stanowią taką grupę społeczną, której się wydaje, że jest atakowana przez inne grupy i która musi dać tym atakom odpór.

Stąd się bierze populizm cechujący się wywyższaniem własnych cech narodowych (narcyzm) i odmawianiem wszystkim przeciwnikom podmiotowości narodowej. Jeżeli populiści uzyskują mandat od wyborców, zwykle dążą do demontażu instrumentów demokracji liberalnej właściwej dla formy republikańskiej państwa. Populiści twierdzą, że upominają się o prawa zwykłych ludzi i zwalczają skorumpowaną władzę. Czyniąc to, jednakowoż, gotowi są chronić prawa tylko swojej grupy, odmawiając tego samego pozostałym obywatelom republiki.

To może jednak należy zredefiniować przedmiot walki w tych wyborach w USA?  Może nie była  to kolejna bitwa konserwatyzmu z liberalizmem, ale raczej inwazja populizmu w życie republiki, jaką są Stany Zjednoczone? A w każdym razie widoczna tendencja…



REO POLECA

REO OPINIE: Antyimigrancka partia przyjmuje imigrantów – takie rzeczy tylko w Polsce