📻 REO CRIME: Krokomierz, który rozwiązuje zagadki kryminalne

Od stałej korespondentki REO w Dolinie Krzemowej

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Magda Gacyk.

 



Na początku września w Kalifornii panowały jeszcze rozleniwiające, letnie upały. Było gorąco, sucho i część pracowników Doliny Krzemowej wybierała w te dni pracę z domu. Jednego z rozżarzonych, wrześniowych poniedziałków Karen Navarro nie pojawiła się w biurze. Nie zaniepokojono się. – Coś jej wypadło – pomyślano i wrócono do obowiązków.

Dolina Krzemowa (Silicon Valley) ma elastyczne podejście do godzin pracy. Nieważne, kiedy i ile, ważne, żeby na czas i efektywnie. Minął poniedziałek, a potem wtorek i środa. W czwartek jeden z zaniepokojonych kolegów zajrzał do domu Karen. Znalazł ją martwą na krześle w salonie, z głębokimi ranami ciętymi szyi i głowy. W ręku zaciskała nóż. Zaschnięte plamy krwi widoczne były na podłodze, zasłonach i blacie stołu kuchennego, przy resztkach niedojedzonej pizzy.

Policja San Jose zaczęła poszukiwania sprawcy zabójstwa. Ostatnią osobą, która widziała denatkę, okazał się jej ojczym. Rozdygotany opowiadał śledczym, że feralnej soboty odwiedził pasierbicę. Taka rodzinna wizyta. Nawet zamówił pizzę. Jej ulubioną. Aaa! Zapomniał też wspomnieć, że jeszcze przyniósł biscotti, oryginalne włoskie, nie żadna amerykańska podróba, tylko prawdziwe, migdałowe sucharki, takie, jakie macza się w Vin Santo. Niewiele zostało w jego 90-letnim życiu przyjemności. Spotkania z 67-letnią córką jego nieżyjącej już żony należały więc do wyjątkowych momentów. Wydaje mu się, że i ona ceniła sobie te spotkania, bo na odchodne wręczyła mu dwie róże. Taki chyba dowód wdzięczności, że on jest i że pamięta.

Ze zdjęcia policyjnego z aresztu Santa Clara lekko uśmiecha się pucułowaty staruszek. Łagodne, błękitne oczy patrzą prosto w kamerę.

Co sprawiło, że policjanci nie dali wiary jego opowieści? Czemu zaczęto podejrzewać budzącego zaufanie Anthony’ego Aiello? Starca o wyglądzie gładko wygolonego Świętego Mikołaja?

Na trop mordercy naprowadził policję krokomierz.

W chwili śmierci Karen Navarro miała na sobie opaskę biometryczną Fitbit – sprytną bransoletkę do mierzenia kroków, kalorii i pulsu. Taką, która sprawdzi, czy wspięło się podczas dnia na wystarczającą liczbę stopni, by spalić kaloryczny batonik, który wcześniej połknęło się w pośpiechu. Taką, która oblicza, czy nasze serce bije miarowo, nie dokazując zanadto nadmiernymi zmianami w częstotliwości uderzeń. Taką, która zarejestruje każdy ruch i upomni, jeśli nie osiągnęło się dziennego limitu 10 tysięcy kroków. Taki popularny gadżet.

opaska biometryczna
fot. pixabay.com, FitHishMedia

Opaski fitness tak naprawdę jednak nie działają i jedna trzecia użytkowników porzuca je niespełna po pół roku.

Nie mają także żadnego wpływu na wzrost sprawności. Lancet: Diabetology and Endocrinology opublikował wyniki badań, z których wynika, że przydatność bransoletek jest nieznaczna. Zwrócono jednocześnie uwagę na interesujący fakt, że opaska biometryczna nie tylko nie motywowała do budowania formy, ale też nieustannie stresowała większość posiadaczy. Użytkownicy widzieli, że nie są w stanie sprostać założonym celom, i zaczynali mieć poczucie winy. Ich samoocena szybowała w dół.

Z kolei Journal of American Medical Association opisał eksperyment, w którym badani zostali podzieleni na dwie grupy: jedną wyposażoną w tzw. fitness trackery, drugą nie. Wszyscy starali się zrzucić wagę z pomocą treningu i diety.

Użytkownicy biometrycznych opasek chudli jednak opornie.

Wypadali blado – w porównaniu z mniej stechnicyzowanymi kolegami stracili – średnio – o 5 kilogramów mniej. Pozbycie się urządzenia, które nieustannie monitorowało im życie, uczestnicy badań przyjmowali ostatecznie z ulgą.

Wszyscy, ale nie Karen. Navarro nosiła swoją opaskę konsekwentnie i z oddaniem. Zdaniem znajomych miała obsesję na punkcie figury i wyglądu. Zawsze zadbana, z nienaganną fryzurą i perfekcyjnym manikiurem. – Nawet po całonocnej imprezie, kiedy wszyscy rano wyczołgiwali się z legowisk na niedzielny brunch, ona pojawiała się świeża i w pełnym makijażu – wspomina koleżankę Patricia Antogiovanni. – Niezależnie od okoliczności wyglądała jak milion dolarów.

Fitbit był jednym z narzędzi, używanych przez Karen do utrzymywania dobrej kondycji i aparycji. I właśnie to on wskazał zabójcę.

Dane, które policja uzyskała z biometrycznej opaski, wyraźnie wskazują, że w czasie, który został podany przez podejrzanego jako czas wizyty w domu ofiary, jej puls najpierw gwałtownie wzrósł, by potem zacząć słabnąć. Aż zanikł zupełnie.

Fitbit niedawno zmienił politykę oraz przepisy wewnętrzne i obecnie udostępnia – w niektórych przypadkach – zapis konkretnego urządzenia na prośbę wymiaru sprawiedliwości.

Zabójstwo Karen Navarro nie jest też pierwszym, w którym Fitbit pomógł w ujawnieniu sprawcy. Trzy lata temu sennym miasteczkiem Ellington w stanie Connecticut wstrząsnęła wiadomość o śmierci Connie Debate. Miała zostać zastrzelona we własnym domu przez zamaskowanego napastnika, który wcześniej zaatakował także jej męża. O dramatycznych wydarzeniach opowiedział policji łamiącym się głosem świeży wdowiec. Według Richarda Dabate tragedia rozegrała się na jego oczach. Jego małżonka miała zostać brutalnie napadnięta tuż przy wejściu do domu. Wracała właśnie z treningu w lokalnym klubie sportowym. Tak, miała na nadgarstku opaskę biometryczną. Ot, taki fitnessowy bzik… Nie wiadomo, po co ją nosiła, ale teraz ludzie dają się zwariować różnym trendom. Takim, jak Quantified Self, kiedy – z pomocą różnych elektronicznych dupereli – mogą wszystko zważyć i zmierzyć. Podliczyć i rozłożyć na numeryczne części pierwsze całego siebie.

Connie, kiedy została zastrzelona, miała na sobie właśnie takie ustrojstwo. Fakt, została zabita z broni należącej do jej męża, ale to tylko dlatego, że Richard wyciągnął rewolwer, żeby się bronić. Wtedy mężczyzna w masce go obezwładnił. Jakiś taki zmyślny był w tym obezwładnianiu, że siły za dużo nie użył i śladów nie zostawił. Użył nacisku na punkty witalne. Coś takiego, co widać na filmach hollywoodzkich o mistrzach wschodnich sztuk walki. Richard jednak nie poddał się do końca. Co to to nie! Kiedy trochę doszedł do siebie, chwycił stojącą w pomieszczeniu ozdobną pochodnię i przepędził mordercę. Gdzie pieprz rośnie!

Dlaczego zatem policja zupełnie mu nie wierzy? Dlaczego został zaaresztowany i czeka na rozprawę?

Dlatego że owa elektroniczna duperela, którą miała na ręku jego żona, okazała się świadkiem w sprawie. I świadczyła przeciwko niemu. Dane, ściągnięte z Fitbita, pokazywały niezbicie, że Connie Dabate nie zmarła przy drzwiach do garażu. Z liczby kroków wynika, że weszła do domu, gdzie jeszcze kilkukrotnie przemieszczała się między pokojami. I nagle kroki ustały. Ta informacja, podważająca dotychczasowe alibi Richarda Dabate, wystarczyła, by w oczach policji zmienił się z pogrążonego w żałobie męża w brutalnego zabójcę.

Opaski biometryczne mogą nie motywować należycie do ćwiczeń, ale… może warto je nosić?



REO POLECA

📻 REO SCIENCE: Nikola Tesla w XIX wieku wymyślił smartfon. Co jeszcze jest do odkrycia?