Ryszard Schnepf: Ogień i furia. Biały Dom Trumpa

Amerykański hit wydawniczy tego roku właśnie ukazał się w Polsce.

commons.wikimedia.org

Publikacja fragmentów książki Michaela Wolffa pt. Ogień i furia. Biały Dom Trumpa przez The Guardian oraz przez The New York Times, tuż przed pojawieniem się jej w księgarniach, wywołała głośny skandal i gwałtowną reakcję głównego bohatera. I można by było z rozbawieniem śledzić kolejne odcinki tej mydlanej opery, gdyby nie świadomość, że przywódca potężnego państwa ma dostęp do atomowego przycisku.

Dawno nie zdarzyło się, aby cała Ameryka czekała na nową książkę z taką intensywnością, niemal odliczając godziny do jej ukazania się na półkach. I nie jest to książka z gatunku science fiction lub poradnik dla porzuconych kochanków. Wręcz przeciwnie. Rzecz dotyczy naszych czasów, amerykańskiej rzeczywistości, a dokładnie prezydenta USA, Donalda Trumpa i jego otoczenia.

Zapowiedzi z amerykańskiej prasy
Przed dwoma miesiącami dwa dzienniki, The Guardian i The New York Times, opublikowały skromne fragmenty książki amerykańskiego publicysty Michaela Wolffa pt. Ogień i furia. Biały Dom Trumpa, czyli popartą licznymi cytatami opowieść o najbliższych ludziach prezydenta, a pośrednio o nim samym i jego rodzinie.

Okładka książki

Publikacja wywołała skandal, ale przede wszystkim gwałtowną reakcję (jak zwykle głównie na Twitterze) samego lokatora Białego Domu. Poszło głównie o sztandarową postać Ognia i Furii, Steve’a Bannona, do niedawna doradcę strategicznego Donalda Trumpa i człowieka, który de facto zbudował zwycięska kampanię wyborczą prezydenta, m.in. poprzez rozniecenie nacjonalistycznych i skrajnie konserwatywnych nastrojów w sporej części amerykańskich wyborców.

Bannon, wyróżniający się intelektem, ale też niemal wzorcowym niechlujstwem, odkrył mianowicie, że ukryte na amerykańskiej prowincji pokłady frustracji i wrogości wobec wszelkich innych (tu wpisać można dowolną nację lub rasę), mogą przechylić szalę wyborczą na rzecz mało popularnego, ale niekonwencjonalnego kandydata, który pomimo zarobionych miliardów, może wciąż pozostać bohaterem ludu.

Powala i przeraża
Obraz prezydenta i jego rodziny, jaki wyłania się z książki Wolffa, a właściwie spisanych, miejmy nadzieję, że rzetelnie, opowieści jego byłych i obecnych współpracowników, dosłownie powala i przeraża. Jedna z doradczyń porównuje swoją współpracę z Donaldem Trumpem do ćwiczenia rodziców, którzy codziennie muszą zgadywać, jakie są zachcianki rozkapryszonego dziecka. Inny pracownik Zachodniego Skrzydła Białego Domu, jak określa się najbliższych ludzi prezydenta, wspomina, że próby wyjaśnienia prezydentowi istoty amerykańskiej konstytucji zakończyły się na czwartej poprawce, czyli dość wczesnym etapie, co sugeruje, że przez resztę pan prezydent nie przebrnął.

Najbardziej obciążające okazały się wyznania samego Steve’a Bannona, który inteligencję córki swego szefa, Ivanki przyrównał do cegły, co w naszym języku odpowiada butowi (jednemu!), a kontakty syna i zięcia Donalda Trumpa z Rosjanami określił mianem niepatriotycznych, a nawet zdradzieckich.

Badanie funkcji poznawczych
I co w takiej sytuacji powinien zrobić prezydent? Może przede wszystkim zignorować plotki i komentarze pokazując, że stoi ponad bazarową debatą, która jako fake news nie zasługuje na komentarz osobistości pewnej siebie i powagi swojego urzędu. Donald Trump jednak wybiera inną drogę. Przede wszystkim odgraża się autorowi książki, wydawnictwu i samemu Bannonowi, którego nazywa nic nieznaczącym niechlujem. Ale jakby tego było mało usiłuje też przekonać opinię publiczną, że – wbrew płynącym z książki sugestiom – jest inteligentny, stabilny i – jak to sam ujął – genialny.

Prezydent nie zatrzymał się tylko na słowach. Wiadomo, wyborcy lubią twarde fakty, a te są dla Trumpa jednoznacznie przychylne. Oto przy okazji corocznych, rutynowych badań lekarskich, wystąpił o zbadanie swoich funkcji poznawczych. Test polegał m.in. – i to nie jest żart – na wskazaniu właściwej godziny na zegarze, zapamiętaniu kolejności pięciu podanych słów oraz znalezieniu wspólnych cech lwa, nosorożca i wielbłąda. Pan prezydent przeszedł test jak burza, zadając w ten sposób kłam wszelkim insynuacjom nt. swojego zdrowia psychicznego i zdolności szybkiego kojarzenia.

Gejzer pochwał i zachwytów pod własnym adresem The Washington Post bodajże skomentował krótko: skoro Trump tłumaczy, że nie jest głupkiem, to znaczy, że nim jest!

Przeraźliwie czarny humor
Chciałoby się powiedzieć: magiel, opera mydlana w najgorszym stylu, komediowy talk-show. Ale nie jest mi do śmiechu. Mówimy bowiem o przywódcy najpotężniejszego państwa świata, od którego w znacznym stopniu zależy stabilność i przewidywalność naszego życia. Mojego, moich najbliższych, ale też waszego.

Kiedy słuchałem przekomarzania się liderów Ameryki i Korei Północnej, co samo w sobie jest kuriozum, kto ma większy przycisk atomowy i który lepiej działa, ciarki przechodziły mi po plecach, bo zaczynałem sobie wyobrażać, że któryś z tych światowych liderów może jednak zechcieć potwierdzić, że jest szybszy w tej grze i odpali…

Wielu powie: przesada, histeria. Są przecież zabezpieczenia, systemy kontroli etc. Może i są, ale wolałbym tego jednak nie sprawdzać. Oto błędne użycie przycisku alarmu nuklearnego na Hawajach sprawiło, że tysiące ludzi na tych rajskich wyspach odliczało godziny pozostałe do rozstania się z życiem. Co najmniej drugie tyle umierało z przerażenia, że już nigdy nie zobaczą swoich bliskich. System zapowiedział, że uderzenie nuklearne na Hawaje nastąpi 36 godzin po ogłoszeniu ataku i zalecił wszystkim podjąć kroki zabezpieczające. Niektórzy schronili się w piwnicach, inni położyli się w wannach. Czarny dowcip sugerował czołganie się w kierunku cmentarza. Potem alarm odwołano i wszystko wróciło do normy.

Pozostały tylko dramatyczne, przejmujące maile, esemesy i tweety wysyłane do najbliższych przez ludzi rozstających się z doczesnym światem. Może uda się wydać to swoiste memento, dla nas, na przyszłość.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here