TABLICZKA DZIELENIA

Styl walki. Czy gdy opadnie kurz bitewny nie będzie trzeba się wstydzić?

– Potrzebna jest wojna na górze, by na dole był spokój – powiedział w początku lat 90. Lech Wałęsa, uzasadniając zupełnie niezrozumiałą dla społeczeństwa naparzankę na solidarnościowych szczytach. Dzisiaj – razem, choć osobno – Jarosław Kaczyński i Grzegorz Schetyna starają się jak mogą, aby ten slogan odwrócić. Wojna potrzebna jest im na dole. Aby na górze trwał status quo.

Znacie pewnie Państwo to zdanie, którym posługują się nagminnie nasi polityczni macherzy. To złote stwierdzenie to oczywiście: społeczeństwo nigdy nie było jeszcze tak podzielone. Jest ono nieprawdopodobnie głupie. Albowiem społeczeństwo ZAWSZE jest podzielone. Jedność jest fikcją rodem z mrzonek o państwach totalitarnych, a różnica zdań i poglądów jest wpisana w istotę i naturę demokracji. Ale czym innym jest różnorodność pojmowania politycznej i społecznej rzeczywistości, a czym innym instrumentalna gra, wymierzona w skłócenie ze sobą wybranych grup społecznych. W celu wyższych politycznych korzyści.

Skąd to spostrzeżenie? Otóż zjawisko, które najbardziej ruszyło mnie w strajku nauczycieli, to podawane dalej z dziką satysfakcją w mediach społecznościowych sformułowanie: rząd mniej ceni nauczycieli od krów i tuczników. Na te pierwsze bowiem daje po odpowiednio 500 i 100 złotych dopłaty rolnikom, a belfrom daje figę z makiem. Pomijając już fakt, że za rogaciznę i świnie zapłaci Unia Europejska (czyli nie tylko polski rząd), to zadziwiający jest poziom braku solidarności społecznej, do którego dobrnęliśmy u schyłku drugiej dekady XXI wieku.

Nauczyciele szczujący przeciwko dopłatom dla rolników, opozycja twierdząca, że zamiast dawać emerytom można było dać uczącym w szkołach i tak dalej, i tak dalej.
Szaleństwo dobrnęło na tyle daleko, że wcześniej u mnie na fejsbukowej ścianie, a w weekend już na okładce ogólnopolskiego dziennika znalazłem bardzo młode małżeństwo, które przekazało 108 tysięcy złotych na nauczycielski fundusz strajkowy. Nie widziałbym w tym nic złego, gdyby nie uzasadnienie. Otóż owo młode małżeństwo spodziewa się drugiej córki, na którą dostanie od rządu 500 złotych miesięcznie. Czyli do jej osiemnastego roku dokładnie 108 tysięcy złotych. A że małżeństwo taką pomocą gardzi, bo bardziej zasługują na nią nauczyciele… Logiczne? Ani trochę. Wszystko to bowiem mieści się w logice wojny na dole, wyścigu grup społecznych do budżetowego skarbca. 500 plus be, nauczyciele cacy. Bez głębszego namysłu nad powodem rozdawnictwa, bez strategii budowania egalitarnego państwa.

A smutna konstatacja jest niestety taka, że ze strajku nauczycieli korzysta w tym momencie duopol PiS – PO (z przyległościami). Usztywnione stanowiska: krzywdzicie nasze dzieci versus opluwacie elitę intelektualną, nie dając im podwyżek to tak naprawdę kolejna z milionów osi politycznego sporu. Najlepszym dowodem na moje słowa są wcześniejsze protesty pielęgniarek za czasów pierwszego rządu PiS-u, wspierane gorąco przez ówczesną opozycję. Po przejęciu władzy (na osiem lat!) PO nie było już skłonne podwyższać pielęgniarskich świadczeń. Z nauczycielami jest oczywiście podobnie.

Nie jest bowiem tak, że przez ostatnie lata przed PiS-em belfrom diametralnie rosło z roku na rok, a po przejęciu Ministerstwa przez Annę Zalewską złoty sen skończył się w mgnieniu oka. To humbug.

O funkcjonalnej korzyści odbywającego się protestu nauczycieli świadczy najlepiej sondaż, wykonany na zlecenie Gazety Wyborczej. 52% za strajkiem, 43% przeciw. Za – elektorat Platformy i lewicowy, przeciw – głównie elektorat PiS. Nieznośny jest również chocholi taniec, odbywający się w mediach społecznościowych popierających koalicję albo opozycję. Z jednej strony opluwanie nauczycielskich związków zawodowych i rysowanie stanu wyjątkowego, w którym nauczyciele odchodzą od tablic w czasach egzaminów. Z drugiej apokaliptyczna wizja biednych, pokrzywdzonych i prześladowanych przez rząd nauczycieli, którym rzuca się ochłapy i skazuje na pieniądze z 500+ (powtarzając niefortunną wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego, prezydenckiego doradcy, który rzeczywiście namawiał nauczycieli na… robienie dzieci).

Dla postronnego obserwatora cały ten cyrk jest co najmniej obrzydliwy. Pomijając już absurdy, jakie niesie za sobą ten podział. Takie jak neoliberalna (w każdym razie jakiś czas temu, jak określa się ideowo teraz, mimo, że wybory za miesiąc z okładem, nie wiadomo) Platforma Obywatelska, idąca ramię w ramię ze związkami zawodowymi.

Trudno się oczywiście dziwić nauczycielom, szukającym wsparcia w opozycji (zwłaszcza, że jako grupa zawodowa związana z tak zwaną inteligencją, przez PiS uważana jest raczej za barbarzyńców w ogrodzie). Ale skoro są już grupą zawodową związaną z tak zwaną inteligencją, to właśnie oni powinni zdać sobie sprawę, że sympatię dla swojego protestu i solidarność dookoła swoich postulatów zbudują tylko wtedy, kiedy wyraźnie odetną się od szczucia na dodatkowe pięćset złotych na każde dziecko. Od pogardzania emerytami czy zazdroszczenia rolnikom.

Egalitarne państwo nie oznacza albo oni, albo my. Nauczyciele – powiedzcie NIE wojnie na dole. Pieniądze Wam się należą. Należy Wam się reforma systemu edukacji. Ale nie kosztem pogłębiania irracjonalnych podziałów.


REO POLECA

📻 NOWI BARBARZYŃCY: Jakub Dymek czyta w AUDIO REO fascynujące fragmenty swojej książki

Paweł Krulikowski
Politolog, komentator i analityk. Absolwent UW oraz SGH. Główny obszar zainteresowań: wizerunek polityczny. Jako konsultant brał czynny udział w trzech ostatnich kampaniach wyborczych. Po różnych stronach. Obecnie w sektorze prywatnym. Sceptyk. Symetrysta. Po godzinach basista zespołów Popkultura oraz Kapitan Nemo.