OBRAZ ŚWIATA: Taki piękny domek z kart sobie zbudowaliśmy

Artysta pędzla i pióra

 Dziś w naszym stałym cyklu MIRO BIAŁY, w którym artysta, posiadacz (nosiciel?) tych personaliów prezentuje swój obraz oraz miniaturę literacką, zrobiliśmy oddtępstwo od zwyczaju. Wybiliśmy reklamowo na tytuł dzisiejszego odcinka cyklu nie tytuł opowiadanka, lecz obrazu.

 

Po tym wyjaśnieniu przechodzimy już do tekstu, który – a jakże – tytuł ma.

 

POWRÓT DO DZIECIŃSTWA

Grupa starych znajomych z czasów szkolnych tradycyjnie urządzała spotkania co pięć lat. Jubileusze. Znużeni tradycyjnymi spotkaniami przy piwie, winie czy nalewce, postanowili zmienić radykalnie charakter kolejnych obchodów. Miał to być „Powrót do dzieciństwa”.

Wiedzieli, że taki powrót do zamierzchłych czasów nie będzie prosty: niektórzy z nich nosili aparaty słuchowe, niektórzy jeżdzili na wózkach, niektórzy musieli uważać na nadmierne wzruszenia i aktywności ze względu na nadciśnienie czy cukrzycę. Ot, takie typowe, wczesnostarcze dolegliwości.

Jednak idea spotkania w tej formie wszystkim się spodobała. Powrót do dzieciństwa…

Wynajęli plac zabaw dla dzieci: z piaskownicą, karuzelą, zjeżdżalnią i huśtawką. Każdy miał wziąć ze sobą łopatkę, wiaderko, foremki i tym podobne przedmioty do zabaw.

Był piękny, majowy dzień.

Nie wszyscy przybyli na umówione miejsce. Niektórzy zapomnieli. Niektórzy nie mogli dojechać. Niektórzy po prostu umarli. Większość jednak dotarła na miejsce. Dwunastu chłopców i trzynaście dziewczynek.

Był też wnuczek jednego z uczestników, który miał dokumentować „telefoniczną kamerą” przebieg wydarzenia.

Dość dziwna i drętwa na początku atmosfera z czasem przerodziła się w mocno zabawowy klimat.

Parę dziewczyn huśtało się niezdarnie, inne chłopcy kręcili na karuzeli, jeszcze inni wbiegali na zjeżdżalnię lub w piaskownicy odciskali formy w kształcie serduszek i kwiatków. Przypominali sobie zapomniane radości, ale też urazy, jakie żywili kiedyś wobec siebie, kłotnie, awanturki, pierwsze przedszkolne miłości. Ich rozmowy coraz bardziej przypominały dziecięce przekomarzania się. A oni coraz bardziej upodabniali się do kilkuletnich maluchów.

Po godzinie tej zabawy radosny nastrój prysł. Uczestnicy wypominali sobie jakieś nieistotne zaszłości. Powstałynielubiące się grupy. Chłopcy obrzucali się piaskowymi kulami: „Ukradłeś mi kanapkę! Była dobra, z szyneczką!”. Dziewczynki szarpały się za włosy: „Pamiętasz, jak mnie ugryzłaś mnie w rękę, bo Miecio niósł mój a nie twój tornister?!”.

Dochodziło do bijatyk o to, kto ma ładniejsze buciki i czyj tatajest ważniejszy a czyja mama jest ładniejsza.

Powody były różne. Konflikt narastał.

Wrzask kłócących sie dzieci roznosił się po całej okolicy. Ktoś musiał cos z tym zrobić.

Na miejscu pojawiła się policja, chciaż zupełnie nie rozumieli, co się dzieje.

Próbowali łagodzić i mediować zacietrzewionych staruszków.

„Niech Pan nie nagrywa, tylko niech Pan pomoże! Co tu się wyprawia? Dlaczego oni zachowują się tak infantylnie” – zwracał się policjant do filmującego wnuczka – „Czy oni jadą na jakichś dopalaczach?”

W tym momencie jedna ze staruszek rozpłakała się. Po chwili zaczęła płakać druga. Nie minał kwadrans, jak płakali wszyscy. Policjanci ze zdumieniem patrzyli, jak staruszkowie przez łzy zaczynają szczerzyć resztki uzębienia i mleczno-białe protezy.

A oni płakali ze szczęścia, bo dawno się tak nie bawili. Tak dawno nie byli razem. W piaskowni.