Obawy mieszają się z nadzieją i żądzą nowości

Jakub Dymek krytycznie o unijnym budżecie na lata 2021-2027.

fot. pixabay.com, Alexas Fotos

Za zmianą pokoleniową nie zawsze idzie zmiana jakościowa. Ale zawsze jakaś to zmiana.

Na początek coś dla złośliwych. Slogan, za pomocą którego Komisja Europejska pochwaliła się właśnie uchwalonymi planami nowego budżetu na lata 2021-2027, brzmi po polsku… budżet dla Unii, która chroni, wspiera i broni. Doprawdy, urocze.

Jednak unijny budżet, jak to się ładnie mówi, to no laughing matter, żaden powód do zgrywy. Dużo pewniejszy zakład idzie o to, że po jego uchwaleniu – niezależnie w jakim ostatecznym kształcie – wielu będzie miało powody nie do żartów, ale gorzkich żali.

A teraz garść faktów. Pierwsze i kluczowe zagadnienia, jakie wymienia Komisja, nowe i pilne priorytety to: badania naukowe i innowacje, młodzież, gospodarka cyfrowa, zarządzanie granicami, bezpieczeństwo i obrona. Już takie ustawienie priorytetów pokazuje, dlaczego akurat w Polsce możemy mieć z nowym budżetem problem. Ze wszystkich tych obszarów nasz rząd chciałby widzieć Polskę w czołówce integracji wyłącznie w tym ostatnim obszarze: nie tylko chcemy wielopoziomowego parasola bezpieczeństwa i zwiększonej współpracy wojskowej wewnątrz UE, ale także w Warszawie mieści się siedziba agencji ochrony granic, FRONTEX-u, a Polska jest jednym z państw granicznych UE. Sam FRONTEX zresztą, według niektórych kalkulacji, ma zdobyć środki na 6 tysięcy nowych etatów w najbliższych latach – choć wiadomo, że tylko część z nich w Polsce.

Jednocześnie Komisja proponuje po raz pierwszy zmniejszenie (względem poprzedniego budżetu, rzecz jasna) finansowania w obszarach polityki spójności i polityki rolnej. Z tych zaś Polska czerpała chętnie i skutecznie, a na funduszach spójności osadzona była nasza polityka rozwojowa w ostatniej dekadzie.

Jako że budżet jest na razie w fazie projektu – nie ma sensu rozmawiać ani o szczegółach wydatków, ani tym bardziej o praktycznych mechanizmach (policies), które mają przełożyć budżetowe tabelki na osiągnięcie realnych celów w badaniach czy wsparciu młodych. To zaś, o czym można rozmawiać, to pewien duch czy atmosfera, która się nad budżetem unosi. A jest ona ambiwalentna i wyraża dwie sprzeczne emocje: pewną nadzieję i żądzę nowości, a zarazem jednak zachowawczość i obawę.

Jak to możliwe? Można zacząć od uwagi najbardziej ogólnej, wulgarnie całą rzecz upraszczając: wygląda na to, że mamy liberalno-lewicowy z ducha budżet w czasach politycznego przechyłu Europy na prawo. Wybory narodowe w coraz większej liczbie krajów UE wygrywa się wokół kwestii suwerenności, obawy przed globalizacją i migrantami, za pomocą retoryki XX-wiecznego narodowego państwa dobrobytu. Tymczasem unijne priorytety wychodzą z samego jądra liberalnego i lewicowego myślenia o tych samych wyzwaniach, i to w najnowszym wydaniu: wspólny rynek cyfrowy, nakłady na innowacje, dynamizacja i uelastycznienie rynku pracy, gospodarka 4.0 i nowe podatki od technologicznych gigantów. To może wyglądać na paradoks, ale niekoniecznie musi nim być (o czym jeszcze za chwilę).

Optymizm w tym projekcie czy założeniach wyrażają oczywiście priorytety takie jak: badania i rozwój, innowacje i zielone inwestycje, wsparcie dla młodych i szeroko pojęte unowocześnienie różnych aspektów finansowania. Sama Komisja Europejska reklamuje zresztą swój projekt hasłem budżet dla przyszłości, a słowo nowoczesność pada w krótkiej zapowiedzi nowej perspektywy budżetowej dziewięciokrotnie. Do tego dochodzi slogan europejskiej wartości dodanej, który znaczy tyle, że czasem środki europejskie z samej racji ich umiędzynarodowienia przynoszą lepsze rezultaty niż krajowe wydatki budżetowe. Przykłady obejmują przełomowe projekty badawcze skupiające najlepszych naukowców z całej Europy, duże obiekty infrastrukturalne lub projekty promujące transformację cyfrową, czy też projekty wyposażające Unię w narzędzia, których potrzebuje, aby chronić i bronić swoich obywateli – czytamy w komunikacie.

Ducha pesymizmu sygnalizują inne rzeczy. Pakiet czy koszyk migracyjny, zakładający zwiększenie wydatków na ochronę granic i pomoc międzynarodową jest zarówno gorzkim uznaniem krytyki dotychczasowej polityki migracyjnej, jak i daniną dla populistów, którym chce się odebrać w przyszłości narzędzia do mówienia o polityce otwartych granic. Poparcie dla koszyka migracyjnego w przypadku niektórych krajów może zarazem oznaczać jednoznaczny sprzeciw wobec polityki relokacji czy przyjmowania uchodźców i migrantów w ogóle. Drugim punktem, który wskazuje na atmosferę (uzasadnionego w niektórych aspektach) strachu, jest mocny akcent postawiony na bezpieczeństwo – choć tu motywacje poszczególnych aktorów debaty są różne. Jedni boją się Rosji, inni przestali po prostu wierzyć w sojusz z Trumpem, jeszcze inni zaś popierają zbrojenia i integrację militarną z powodów gospodarczych (przemysł zbrojeniowy) czy ideologicznych. Trzecim sygnałem zachowawczości czy ograniczonego entuzjazmu jest wpisanie w projekt budżetowy (być może zresztą całkiem obiecującej) polityki antykryzysowej – nazwanej tu w biurokratycznym języku Europejskim Instrumentem Stabilizacji Inwestycji.

Ale jest coś jeszcze. To projekt w pewnym sensie młodszej Unii – nie w sensie nowych państw członkowskich, ale postępującej zmiany generacyjnej. Owszem, tę zmianę symbolizują politycy tak różni jak Emmanuel Macron, Sebastian Kurz i Mateusz Morawiecki, ale ta zmiana się dzieje i w końcu dociera także do Brukseli. Po niemieckich wyborach wyraźnie zmalała pozycja jeszcze niedawno kandydata na kanclerza, Martina Schulza, weterana europejskiej polityki. Jean Claude-Juncker, szef Komisji Europejskiej, jest już domyślnym emerytem, nawet jeśli formalnie dalej nosi kapitańską czapkę statku UE27. Aby jednak w przyszłości ominąć rafy i on prędzej czy później zostanie zmuszony oddać stery młodszym. Angela Merkel, zanim opuści kanclerski urząd, także weźmie na barki zadanie znalezienia nowej, młodszej twarzy niemieckiego konserwatyzmu.

Owszem, za zmianą pokoleniową nie zawsze idzie zmiana jakościowa. Ale priorytety zmieniają się nieuchronnie. To, że na razie nie widzimy jeszcze nic więcej niż ich zarysu na horyzoncie, nie oznacza, że się zza niego nie wyłonią. I to całkiem niedługo.

Czas do następnego artykułu z tego cyklu

Dni
Godzin
Minut
Sekund

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here