Lidia Piechota: O idiotach nie wspomnę!

Praca nad zmianą,

Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że jestem niezniszczalna… Potem urodziłam dziecko. A później okazało sie, że świat jest niebezpieczny, okrutny i do tego sami go mniej lub bardziej świadomie niszczymy. Zostając matką zrozumiałam i poczułam strach: o dziecko, o siebie, o inne istoty wokół nas, o przyrodę i wszystko to, czego ja nie zobaczę, ale może zobaczyć mój syn – Zachariasz.

A gdybyśmy tak wszyscy postępowali słusznie…
Nie jestem eko-wariatką, ani opętaną aktywistką. Kocham zwierzęta, nieco mniej ludzi, bo są… czepialscy i hipokrytyczni. O idiotach nie wspomnę. Dlatego pewnie tak bardzo nie obchodzi mnie showbiznes, kto z kim sypia i dlaczego jakaś gwiazda ma nowy, bardzo drogi samochód. Z drugiej strony od lat w pewnym stopniu chodzę do tego cyrku, w którym wciąż linoskoczkami są słonie. Konsekwentnie także wychodzę po angielsku z różnych toksycznych redakcji, wielkich eventów czy bardzo intratnych projektów. Interesuje mnie moje kameralne podwórko – mój osobisty spektakl, w którym akrobatką jestem przede wszystkim ja, chcąc dogodzić gustom wszystkich, z których zdaniem się liczę. Jednocześnie dostrzegam (lepiej późno, niż wcale), że mogę znacznie poprawić komfort życia mojego i mojego dziecka żyjąc w zgodzie z tym, co nas otacza. Brzmi to trywialnie? Trudno. To jest moja motywacja do interakcji z otoczeniem.  Nie wiem jak inaczej to nazwać, żeby nie zabrzmiało nudno i pouczająco. Nigdy nie chciałam nikomu mówić, co ma robić. Dzięki temu, okazuje się, że działam motywująco otwierając się na tych, którzy na mnie patrzą. Byłoby cudnie, gdybyśmy wszyscy postępowali słusznie, żeby wspomnianych aktywistów i obrońców przyrody w ogóle nie uaktywniać. Na to już za późno, więc nie czas na gdybanie.

mogę znacznie poprawić komfort życia mojego i mojego dziecka żyjąc w zgodzie z tym, co nas otacza.

Ogólnoświatowa wtopa
Boję się rzeczy, na które nie mam wpływu. Dlatego często się wyłączam. Wiecie jak to jest, gdy zdarza się tak zwany fakap, kompletna wtopa czyli po prostu porażka? Robię wtedy wszystko, co w danej chwili mogę, żeby było lepiej i daną trudną myśl lub sytuację wyrzucam z nastroju tego dnia. Wykonałam pracę, więcej nic nie mogę zrobić, jestem dobra, a dobro wraca. Oj tak! Bardzo w to wierzę i dlatego nie przestaję obdarzać umiarkowanie życzliwych ludzi uśmiechami, życzeniami powodzenia, a gdy już się wygadam mamie lub przyjaciółce, odpuszczam. I nie czuję, że przegrywam. Przecież nie wszystko jest zależne ode mnie. Trenuję wtedy cierpliwość i czekam na rozwój wydarzeń. Choć nie zamieniłabym swojej wiecznie rozkminiającej głowy na inną, czasem odrobinę zazdroszczę głupcom lub egoistom. Ci to mają wolne umysły! 😉 Najgorsze są natomiast sytuacje, kiedy zdaję sobie sprawę z tego, że dana wtopa ma zasięg globalny – że umierają zwierzęta, płoną lasy, trzęsie się ziemia czy oddychamy węglem. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak zająć się sobą, nie pogarszać sytuacji i liczyć na to, że inni zrobią podobnie. Albo przynajmniej spróbują.

Nie uleczę świata – mawiamy. A czy na pewno? Czy to nie jest tak samo jak z byciem dobrym dla innych? Najpierw trzeba być dobrym dla siebie i polubić siebie. Potem nabywa się zdolności obdarzania dobrem innych. I właściwie dzieje się to bezwiednie. Absolutnie nie chodzi o to, żeby biernie czekać na korzyści. Można jednak zrozumieć fakt, że ktoś –ktokolwiek – dba o siebie i swoje sprawy, a jak już ogarnie się sam, dopiero wtedy będzie miał czas i energię dla rodziny, innych ludzi, dla świata, dla przyrody… W tak zwanym parentingu zwykło się mawiać szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Ci, którzy tę sentencję słyszeli albo wyznają tę filozofię albo się jej ekstremalnie sprzeciwiają. Nie ma półśrodków. Ja, choć frazesów nie lubię i mam się za oryginał łamiący zasady, wcale nie dla zasady, a z potrzeby wolności (i dzikości) serca, z tym zdaniem się zgadzam. Z wychowaniem dzieci jest jak z każdą inną sferą w życiu – zaczynam od siebie. Najpierw uleczam własną duszę (zakładając, że pozwoliłam na drodze egzystencji na jej zepsucie), po czym zajmuję się ze spokojem duszą lub ciałem dziecka. Jeśli nie mam spokojnej głowy, dobrych, ugruntowanych nawyków, wychowanie smyka w zgodzie z jakąkolwiek filozofią będzie niemożliwe. Nieważne czy chodzi o ekologię, rodzicielstwo bliskości czy po prostu szacunek do drugiego człowieka. Świetnie sprawdza się po prostu opracowanie jasnej listy rzeczy ważnych, z jednym jedynym priorytetem na czele. Taki kręgosłup w głowie (o! jaka zacna wizualizacja) sporo ułatwia, choć pewnie gdybym chciała, żeby w życiu było łatwo, nigdy nie miałabym dzieci.

Byłoby bajecznie przejść taką przemianę i z dnia na dzień po prostu umieć nie szkodzić. Tymczasem, żeby progres był słuszny, potrzebny jest regres.

Uleczanie świata
Wracając więc do leczenia świata i ludzkości – jeżeli z dbaniem o planetę jest jak z wychowaniem dziecka, najpierw należy poukładać sobie w głowie i w życiu dobre nawyki. Zastanowić się co mogę zrobić bez najmniejszego wysiłku, a co wymaga nieco ingerencji w lajfstajl. Wcale nie chodzi o to, żeby robić wszystko jednocześnie, nagle i natychmiast. Byłoby bajecznie przejść taką przemianę i z dnia na dzień po prostu umieć nie szkodzić. Tymczasem, żeby progres był słuszny, potrzebny jest regres. Wiara w to pozwala mi nie zwariować i nie zapłakać się ze smutku, kiedy choć już tak dobrze szło, to nagle zdechło. Gorsze momenty i chwile zwątpienia zdarzają się wszędzie tam, gdzie są świadomość i działanie. Wszędzie tam, gdzie nie ma iluzji, tylko faktyczna akcja. To dokładnie tak samo jak ze skokami rozwojowymi w życiu dzieci. Naprawdę dopiero przyjście na świat Zachariasza pomogło mi zrozumieć, że pewne sytuacje po prostu trzeba wytrzymać, a potem jest tylko lepiej.

Gdy coś zmieniamy, przez chwilę jest dziwnie, niekomfortowo, inaczej. Nie jest gorzej, po prostu odmiennie. Liczy się świadomość słuszności działania, ta pewność, że inaczej nie będzie lepiej. Taka świadomość, ten mentalny kręgosłup nie tworzy się w jeden dzień, nie powstaje jak intratny projekt z dobrym finansowaniem, gdzie liczy się wykonanie dzieła, a nie liczba przepracowanych dni. To jest raczej jak zapisywanie białej kartki od nowa. Wielu białych kartek. Wielu pokoleń, które mają szansę na mniejsze obciążenie i odrodzony szacunek do naturalnych warunków, które daje istnienie. Każda kolejna biała kartka będzie mniej pobazgrana, z mniejszą liczbą skreśleń i śladów po korektorze. Potem wystarczy już tylko gumka myszka do wprowadzenia kosmetycznych poprawek, bo delikatny szkic ołówkiem nie będzie wgryzał się w papier dewastując jego strukturę. Jakaś weryfikacja będzie prawdopodobnie potrzebna zawsze, bo dynamika zmian, chaotyczne ruchy, to w przód, to chwilę jednak do tyłu – sprawiają, że w zależności od punktu widzenia i odpowiedzi zaangażowanej materii, efekt bywa zaskakujący. Jak zwykle, najtrudniej jest zacząć. Od siebie.

Lidia Piechota
Znak firmowy EXTREMAMA. Kobieta, która rodzicielstwo traktuje z należytą starannością i uważnością. Blogerka. Zwierze społecznościowe. Spotkasz ją na Instagramie i na FB. A jak spotkasz, będziesz czytać regularnie i niecierpliwie czekać na kolejny wpis.