📻 O FEMINISTKACH. Jednych – skutecznych, innych – godnych pożałowania

Ludzie są różni, podobnie jak metody i efekty

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Danuta Stachyra
Zawsze wydawało mnie się, że to feministki powinny być wzorem dla innych kobiet, jeżeli chodzi o samostanowienie, stopień wyzwolenia i poczucie własnej, kobiecej wartości. Okazuje się niestety, że z niektórymi z nich jest dokładnie odwrotnie, są pod tym względem za zwykłymi kobietami daleko w tyle i robią kontrskuteczną robotę dla bardzo gorąco popieranej przeze mnie idei równouprawnienia.


Jednak powróćmy do tytułowego zagadnienia… Jakie są różnice pomiędzy złą a dobrą feministką? Otóż moim zdaniem, podstawowa jest taka, że dobra naprawdę walczy o równouprawnienie, a ta zła o matriarchat, czyli patriarchat à rebours (dobry facet to uległy facet).

Samiec to mój wróg

Otóż te nienawidzące mężczyzn i własnej kobiecości feministki z prawackich stereotypów, niestety, ale naprawdę istnieją. Oczywiście nie nawołują do kobiecej dominacji wprost. Ale mężczyzna w ich wypowiedziach nadzwyczaj często jawi się jako gwałciciel, molestator, prymitywny maczo, itd. To właśnie tak wygląda typowy przedstawiciel płci przeciwnej według owych pań. Słowem mężczyzna jest wrogiem, a największym wrogiem są wszelkie objawy jego seksualności/lubieżności.

Jest to wyjątkowo siermiężny rodzaj feminizmu, gdzie nie liczy się piękno, nie liczy wolność, liczy się jedynie prymitywna relacja dominacji i uległości. Jawi się to tak, jakby niektóre – takie właśnie – feministki, niczym w Seksmisji, zamieniły własną seksualność na pęd do władzy i dominacji.

Stwierdziły, że same muszą upodobnić się do tak znienawidzonych przez nich prostackich samców alfa, bo liczy się tylko siła. Oczywiście one mogą potencjalnie uprawiać swobodny seks, ale jest to dla nich sprawa polityczna, mogą wykorzystywać partnerów, to objaw wyzwolenia, mogą jechać po mężczyznach w tę i nazad bez hamulców, całkowicie kłamliwie lub tylko z wykorzystaniem manipulacji, by wykazać słuszność sprawy.

A pan? Nie ma wg nich prawa nie tylko do krytycznego poruszania dokładnie tych samych zagadnień, ale nawet do skomplementowania (sic!) kobiecej urody. To trochę tak – i znów to przydatne francuskie określenie à rebours (oznaczające opaczne przeciwieństwo, odbicie w krzywym zwierciadle) – jak w wiktoriańskiej Anglii, gdzie mężczyznom pozwalano na wszystko, jeżeli chodzi o seks, kobiety natomiast nie tylko nie mogły go uprawiać, ale nawet gdy były w małżeństwie, nie wypadało im z seksu czerpać przyjemności. Tutaj role zostały odwrócone.

Skrajnym przypadkiem takiego myślenia jest pewna na tyle zaangażowana działaczka, że zmniejszyła swoje piersi, twierdząc, że nie będzie obiektem seksualnym dla żadnego samca.

Tak jakby męskie pożądanie było zawsze czymś uprzedmiotawiającym, a dla wszystkich panów akurat na cyckach miałby się koncentrować akt miłosny, czy choćby i samo, pozbawione uczuć myślenie o seksie. Auć! Aż boli pomyśleć o tych ideologicznie napędzanych, całkowicie fizycznych cierpieniach owej niewiasty.

Ale są i inne. Nie chcę uogólniać, ale często pokrywa się to z dłuższym doświadczeniem w działalności a nie maskowaniu braków jakichkolwiek osiągnięć i szumnym zaczynaniu kariery za pomocą epatowania radykalizmem, jakby to miało gwarantować uzyskanie przywództwa w namierzonej przez nie społecznej bańce.

Mężczyzna jest moim partnerem

Jak widzę te drugie? Przede wszystkim jako skuteczne. Ich pozbawione agresji i kompleksów zachowania, narracja, nie odrzucają od nich samych, a co za tym idzie od głoszonych haseł, jak to zdarza się w przypadku radykałek. Wręcz przeciwnie: stymulują do myślenia, debaty, która często kończy się rewizją dotychczasowych poglądów. Znam niejeden taki przypadek nie tylko mężczyzn, ale i bardziej konserwatywnego typu kobiet.

Dobra feministka jest za równością płci, bo to dla niej sprawiedliwe i zgodne z naturą, szuka równorzędnego partnera, a nie tatusia, który poprowadzi ją przez życie za rękę i będzie lepiej wiedział, czego ona chce. Z drugiej strony nie uważa również, niczym wcześniej wspomniane damy, że bycie samcem gatunku homo sapiens to grzech pierworodny, za który mężczyzna ma kajać się przez całe życie, przepraszając jednocześnie, że zdarza mu się pomyśleć o kobiecie w kontekście jej urody czy seksualności.

Płciowość tych kobiet i dziewczyn jest faktycznie wyzwolona, co oczywiście nie oznacza uprawiania seksu codziennie z kimś innym. Polega to na akceptacji tej sfery, akceptacji swoich potrzeb i czerpania z aktów miłosnych przyjemności oraz radości. Do seksu trzeba zwykle dwojga, więc taka kobieta akceptuje też seksualność swojego partnera. Taka kobieta wie, że molestowanie, gwałt czy przemoc w seksie są dewiacją, a nie częścią męskiej natury.

Oczywiście różne charaktery i zachowania spotykane są wśród obydwu płci, więc to co piszę nie jest żadnym oczyszczaniem mężczyzn. Starałem się nie uogólniać, jeśli chodzi o kobiety, nie uogólniam i tu. Są, niestety i to jak wiadomo całkiem często, zakały męskiego rodu: leśne dziadki, prymitywy, chamy czy wręcz mniej i bardziej perwersyjni zboczeńcy, fatalny margines. Nie piszę tu o ich relacjach z kobietami.

Zwolenniczkom feminizmu typu otwartego nie tylko nie przeszkadzają jeśli chodzi o normalnych gości komplementy, podrywanie czy męskie pożądanie, ale wręcz na ogół jest to dla nich miłe. A nie raz – nie ma co dyskutować z biologią – podniecające. Taka kobieta dba o swój wygląd, bo nie uważa chęci podobania się mężczyznom za zdradę płci, gdyż męskie osobniki, w znacznej większości, nie są dla niej wrogami. Wyswobodzone feministki interesuje miłość, wolność i równość, a nie prymitywna walka o dominację.

Inną różnicą jest to, że dobra feministka już teraz zna swoje prawa, już teraz żyje według nich, a nie walczy o to, żeby zmienić świat, który z kolei ma zmienić ją. To brzmi absurdalnie, ale wielu lewicowców twierdzi, że nie ma absolutnie żadnego wpływu na to, jakimi są ludźmi, twierdzą, że człowiek jest w całości produktem społeczeństwa i to społeczeństwo odpowiada za wszystkie jego wady, nie on sam.

Prowadzi to do kuriozalnych sytuacji, gdy wojująca feministka jest wielokrotnie mniej wyzwolona niż przeciętna kobieta dzisiejszych czasów, nie umie egzekwować swoich praw ani nie widzi swojej wartości.

Czyja to wina?

Według nich oczywiście patriarchatu (czyli facetów). Uważają, że za to, jakie są i co robią odpowiadają panowie, same robią z kobiet słabszą płeć. Otóż pewna feministka w artykule dla Krytyki Politycznej opowiadała, jaką to miała tremę przed publicznym występem. Nic w tym dziwnego, to często spotykana rzecz, jednak ona winą za to obarczyła… mężczyzn. Konkretnie patriarchalny sposób socjalizacji dziewczynek, który prowadzi do braku wiary we własne kompetencje. Czy to jest poważne?

Czy gdyby mężczyzna, np. Donald Tusk powiedział, że wstydzi się wystąpić publicznie, bo się z niego śmieje Pawłowicz, zostałby poważnie potraktowany? No raczej naraziłby się na śmieszność, także w oczach owej feministki. Czyli wychodzi na to, że ona sama przedstawia mężczyzn jako wszechmogących półbogów, silnych i sprawczych, natomiast kobiety za w całości zależne, niezdolne do samodzielności, żeby nie powiedzieć brzydko: upośledzone społecznie. I oczywiście winny jest patriarchat. Bo jak inaczej opisać twierdzenie, że za to co (złego) robią mężczyźni odpowiadają mężczyźni, a za to co (złego) robią kobiety… też mężczyźni?

Przykłady takiego myślenia widzimy, gdy dochodzi np. do morderstw własnych dzieci przez matki. Akurat też byłem osobą, która bardzo stresowała się publicznymi wystąpieniami, jednak nie wpadłem na pomysł, aby zrzucać z siebie odpowiedzialność za ten stan rzeczy na aktualny system społeczno-polityczny, starałem się raczej zmienić coś w sobie.

Tak koleżanko droga, to nie mężczyźni odpowiadają za to, że ty się stresujesz przed publicznymi wystąpieniami, nie system, lecz ty. A za twój proces socjalizacji, który mógł ten stan rzeczy spowodować nie odpowiada nikt inny, tylko twoi rodzice. Jak rozumiem pani z panem. Jest taka piosenka Sztywnego Pala Azji, ze słowami:

Nie zmienię świata, nie zmienię.
Nie mam żadnych złudzeń.
To nie uda się nikomu.
Choć rewolucje są dla ludzi.
Nie zacznę nowej wojny.
I nie zakończę starych.
To wszystko jest utopią.
I śmieszne są zamiary.
Ale mogę zmienić się sam 
I mogę zmienić Ciebie.
Możemy zmienić nasz dom.
By było nam jak w niebie.

Radzę przed zmianą świata zmienić siebie, wtedy jest się dużo bardziej wiarygodnym. Jeżeli nie mam racji, to dlaczego tyle kobiet jednak już teraz zna swoją wartość, wierzy w siebie i swoje kompetencje i nie ma żadnego problemu aby występować publicznie? I nie czekały z tym do rewolucji kulturowej. Czy Katarzyna Lubnauer albo Barbara Nowacka żalą się, że odchodzą z polityki, bo Jarosław Kaczyński powiedział, że ich miejsce jest w kuchni? No raczej nie. Wręcz przeciwnie, rzekłbym.

Dlaczego zatem niektóre wyzwolicielki kobiet są sto lat za resztą kobiet jeżeli chodzi o realny stopień emancypacji? Wydawać by się mogło, że to właśnie one powinny być bardziej wolne i niezależne.

Otóż według mojej oceny z feminizmem jest trochę jak z bluesem. Blues jest muzyką o wolności, ale nie wolności. To nie jest muzyka wolnych ludzi, to jest muzyka niewolników, którzy bardzo chcieliby być wolni.

Mam nieodparte wrażenie, że to patriarchalne więzienie, z którym tak zajadle walczycie znajduje się nigdzie indziej, ale w waszych głowach.

I nie mówcie mi, że to są powszechnie uznane wartości, bo nie ma dzisiaj czegoś takiego jak powszechnie uznane wartości, o czym świadczą rzesze już teraz wyzwolonych kobiet, a nie tylko o tym piszących.

PS: Owe 100 lat za… jest frazą nieprzypadkową. Obchodzimy obok stulecia niepodległości Polski, również 100 lat wielkich sukcesów sufrażystek. Ich skuteczności zawdzięczamy realne równouprawnienie kobiet zapisane w dekrecie o prawach wyborczych wydanym jeszcze w tym samy listopadzie 1918 roku! Ale i wówczas, jak to zawsze bywa, istniała nazwijmy ją frakcja rewolucyjna,której koncepcje działalności były zgoła inne niż otwartość na porozumienie. I ten typ pozostał przy swoim przez 10 dekad.

Tak się składa, że w tym momencie jest bardziej nagłośniony, a jednym z jego przekazów jest odcinanie się od nie będących po ich stronie działaczek kobiecych jako nie posiadających certyfikatu autentycznego feminizmu. Więcej wiary w siebie, dziewczyny!



REO POLECA

📻 NIEPODLEGŁOŚĆ (l. poj. rodz. żeński)