NOWY SEZON. Zwolnij – nadciąga slow fashion

Nowe wzorce konsumpcji odzieży

Produkcja ubrań uległa podwojeniu w ciągu raptem 15 lat. Odzież stała się niewiarygodnie tania, ale i gorsza jakościowo. To wykształciło zgubny dla planety model konsumpcji. Co powinno się zmienić w kontekście przejścia na gospodarkę o obiegu zamkniętym?

Anna K. – jak wiele nastolatek – lubi regularnie odświeżać swoją szafę, uzupełniając ją o modną odzież wyjściową i mające do niej pasować dodatki. Jako dysponująca skromnym budżetem licealistka preferuje przystępne cenowo marki, w dużej mierze korzystając z wyprzedaży. Nie przeszkadza jej to w dokonywaniu spontanicznych zakupów ciuchów, których często nie założy więcej niż jeden raz.

fot. mat.prom.

Trzeba przyznać, że do twarzy jej w koszulce z brokatem, podkreślających figurę spodniach czy sandałach-gladiatorkach na wysokim obcasie. Cena, jaką za tę urokliwą kreację płaci dziś planeta powoli staje się jednak nie do udźwignięcia przez ekosystem.

Naszą analizę zacznijmy od bawełnianej koszulki, która – nim jeszcze trafiła do pralki – pochłonęła niemal trzy tysiące litrów wody. Cały sektor odzieżowy szacunkowo zużywa każdego roku około 79 miliardów metrów sześciennych życiodajnego płynu na nawadnianie pól bawełny oraz jej przetwórstwo przemysłowe.

Tyle wody starczyłoby na zaspokojenie rocznych potrzeb aż 110 milionów ludzi.

Wspomniana koszulka zostawia za sobą również inny – toksyczny – ślad. Choć bawełna zajmuje tylko 3% pól uprawnych na świecie, to odpowiada za zużycie około 16% środków owadobójczych i 7% herbicydów. [->] Bawełna z upraw organicznych, chociaż również wymaga sporo wody, stanowi lepszą dla środowiska alternatywę. Zajmuje dziś jednak mniej niż 1% pól, na których uprawianych jest ta roślina.

Nie wszystko złoto, co się świeci

Metaliczny nadruk na koszulce Anny przykuwa wzrok co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze – dodaje jej uroku. Po drugie – znajdziemy w nim toksyczne ftalany. Szkodliwe dla zdrowia substancje odnajdziemy również w barwniku, takim jak indygo. Jaskrawe kolory oraz atrakcyjne dla oka nadruki na sporej części ubrań możliwe są dzięki wykorzystaniu substancji takich jak miedź, arszenik czy ołów, a także takich szkodliwych chemikaliów, jak etoksylaty nonylofenolu.

Spożywany nonylofenol indukuje uszkodzenia materiału genetycznego limfocytów szpiku kostnego oraz komórek śledziony i płuc – pzh.gov.pl

Pomimo inicjatyw, jak niedawna kampania GreenpeaceDetox, naciskająca na gigantów świata mody na zobowiązanie się do ograniczenia do zera uwalniania do środowiska szkodliwych chemikaliów, brak ścisłych regulacji na poziomie globalnym wciąż umożliwia używanie toksycznych substancji.

Zerkniemy teraz na metkę Made in Bangladesh, którą znajdziemy na dżinsach Anny. Wiele firm odzieżowych przenosi produkcję do krajów rozwijających się, gdzie nierzadko dochodzi do łamania regulacji ekologicznych. Przykład? Uwalnianie (bez uprzedniej obróbki) niebezpiecznych chemikaliów do cieków wodnych, co przyczynia się do skażenia wód gruntowych akumulującymi się w organizmie substancjami, zaburzający jego gospodarkę hormonalną czy wręcz powodującymi raka.

Przemysł odzieżowy jest jednym z największych trucicieli wody – barwienie i obróbka materiałów odpowiada za 20% ogółu zanieczyszczeń przemysłowych, trafiających do rzek i jezior. [->]

Kraje tzw. globalnego południa, poza problemami z kwestiami ekologicznymi, często słyną również z łamania praw pracowniczych. Około 40 milionów ludzi co roku szyje w 250 tysiącach fabryk 1,5 miliarda najróżniejszego rodzaju odzież. Sporej części z nich odmawia się podstawowych praw, takich jak godne płace czy bezpieczne warunki pracy. Łamanie zasad BHP jest tam powszechne – pomimo tragicznych wydarzeń, takich jak katastrofa Rana Plaża w stolicy Bangladeszu, Dhace, w roku 2013, kiedy zapadnięcie się budynku pochłonęło życie przeszło tysiąca robotników.

Nawet jeśli metka Made in Europe sugerować może lepsze warunki pracy, to jednak wielu zatrudnionych w fabrykach w Europie wschodniej i południowo-wschodniej również doświadcza biedy, niebezpiecznych warunków pracy oraz różnego rodzaju form wyzysku, takich jak wymuszane nadgodziny. [->]

Jako że wytwórnie ubrań są z reguły zlokalizowane z dala od najważniejszych rynków konsumenckich spora część odzieży wędruje tysiące kilometrów, wożona paliwożernymi statkami, samolotami czy ciężarówkami. Dżinsy Anny przebyły pół świata – od Bangladeszu do Finlandii, a więc przeszło 6 tysięcy kilometrów. Koszt tej podróży jest śmiesznie niski i wynosi raptem… 20 centów.

Wiele ubrań projektowanych jest w jednym kraju, powstaje z przędzy z innego, szyte i wykańczane są w jeszcze kolejnym, po czym następuje ich transport do punktów sprzedaży. Co gorsza, koniec podróży nie oznacza automatycznie, że każdy produkt zostanie sprzedany – zamiast tego może zostać pocięty albo spalony.

Ocean brudnego prania

Ze spodniami Anny jest jeszcze jeden problem – są zrobione poliestru, a więc produktu wytwarzanego z ropy naftowej. Sztuczne materiały tego typu wymagają częstszego prania niż naturalne. Generujące przykre zapachy bakterie uwielbiają poliestrową odzież. Kiedy materiał trafia do domowej pralki zaczyna pogarszać jeszcze jeden, globalny problem, a mianowicie zanieczyszczenie oceanu plastikiem.

fot. mat.prom.

Poliester, nylon czy akryle – to wszystko różnego rodzaju tworzywa sztuczne. Za każdym razem, gdy zawierająca je odzież trafia do prania, do środowiska przedostają się setki tysięcy włókien. Za pośrednictwem kanalizacji oraz oczyszczalni trafiają one do rzek i oceanów, a następnie do układów pokarmowych tamtejszych organizmów na kolejnych etapach łańcucha pokarmowego.

Mikroplastiki z dżinsów Anny mogą skończyć na czyimś talerzu jako ukryty składnik następnego posiłku z owocami morza.

Również sandały-gladiatorki, które odsłaniają kostkę naszej bohaterki, zostawiają za sobą negatywny ślad środowiskowy. Produkcja pojedynczego buta skutkuje emisją 14 kilogramów dwutlenku węgla. [->] Jako że co roku powstaje aż 15 miliardów butów nie da się ukryć, że sektor ten w znaczący sposób przyczynia się do pogłębienia największego problemu naszych czasów – zmiany klimatu.

Produkcja odzieży odpowiada za emisję 1,2 miliarda ton CO2 rocznie, więcej niż loty międzynarodowe i transport morski razem wzięte.

Kleje i barwniki, używane w produkcji obuwia, zawierają szkodliwe substancje, takie jak chlorowane fenole, tribromofenol czy sześciowartościowy chrom. Zużyte buty są raczej wyrzucane niż poddawane recyklingowi, kończąc na wysypiskach, gdzie zanieczyszczają tak glebę, jak i wodę.

fot. wiewiorka.pl

Góry odpadów odzieżowych rosną z roku na rok. Już po pięciu praniach tania koszulka Anny zaczęła tracić swój kształt i kolor. Wyrzuca ją więc do kosza, po czym rusza na łowy kolejnych okazji – 75% produktów odzieżowych sprzedawanych jest po cenach okazyjnych. Konsumenci – mając mniej czasu i więcej dochodu rozporządzalnego w porównaniu do poprzednich pokoleń – uznają, że taniej i wygodniej jest kupić coś nowego niż próbować naprawiać stare.

Model kup-załóż-wyrzuć

Ubrania, które Anna założyła dziś na siebie kosztowały ją mniej niż 40 euro – ich koszt ekologiczny i etyczny jest jednak znacznie wyższy. Jak duża część winy za zanieczyszczenia i marnotrawstwo tkwi po stronie milionów podobnych jej konsumentów?

– Największą przeszkodą dla powstania zrównoważonego świata mody jest dominujący w nim model biznesowy. Działające w branży firmy znają tylko jeden sposób na zarabianie pieniędzy – skupić się na szybkiej, masowej produkcji tanich ubrań. W praktyce oznacza to dominację kultury używania i wyrzucania – mówi Kirsi Niinimäki, adiunktka zajmująca się badaniem mody oraz liderka grupy badawczej Textiles Futures na Uniwersytecie Aalto w Helsinkach.

Model kup-załóż-wyrzuć prowadzi do karygodnego marnotrawstwa – coraz więcej ludzi kupuje coraz więcej ubrań i coraz większą część z nich wyrzuca. – Rynek jest przesycony. Szacunki mówią o tym, że 30% wyrobów odzieżowych nigdy nie zostaje nawet sprzedanych. Aby powiększyć sprzedaż detaliści przekonują konsumentów, że należące do nich ubrania wyszły już z mody – tłumaczy Niinimäki.

– Nadszedł czas na strategiczną, systemową zmianę. Musimy spowolnić cały proces i w kreatywny sposób podejść do tego, jak przekształcić wzorce produkcji, sprzedaży i konsumpcji odzieży. Przemysł tekstylny przyszłości opierać się musi na zasadach gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ) – tłumaczy.

– Większość konsumentów nie wie nawet dokładnie, co kupują i jak dany produkt powstaje. Kiedy mówię im, że 2/3 tego, co noszą powstało z wykorzystaniem ropy zawsze są w szoku – mówi Kirsi Niinimäki. fot. flickr.com
1
2