📻 NOWI BARBARZYŃCY: Jakub Dymek czyta w AUDIO REO fascynujące fragmenty swojej książki

Jakub Dymek uprzedza nas, co nieprawdopodobnego może jeszcze zdarzyć się w POLSKIEJ polityce

OD REDAKCJI REO: Publikujemy fragment nowej książki Jakuba Dymka (autora REO-cyklu Depesze z XXI wieku) pt. Nowi barbarzyńcy, która ukazała się nakładem wydawnictwa Arbitror. Poświęcona jest nowym trendom, postaciom, metodom zdobywania i sprawowania rządów (nie tylko politycznych, ale i dusz) w epoce częstych zwycięstw kłamstwa nad rzeczywistością, nienawiści nad umiarem. Autor pokazuje odchodzenie od liberalnej formy demokracji w tak różnych krajach, jak m.in. Rosja, Polska i USA. Publikowany, dziś w REO, fragment dotyczy środowisk przeprowadzających nową kulturową rewolucję 2016/2018, czyli tzw. alternatywnej prawicy.

(Śródtytuły i numeracja akapitów pochodzą od redakcji REO)

AUDIO REO. POSŁUCHAJ ARTYKUŁU NA PODCAŚCIE. CZYTA JAKUB DYMEK.

 


A. Gra graczami. W jaki sposób szara eminencja alt-right wprowadziła siermiężne, arcykonserwatywne środowiska, głównie z prowincji, w realny nurt kultury politycznej, z poparciem najmłodszych wyborców włącznie?

1Alt-right, czyli „alternatywna prawica”, nigdy nie oznaczała spójnego nurtu: było to raczej określenie na odmienne i rozproszone mikronurty w debacie politycznej, które łączyła jedynie niechęć do „mainstreamu” czy „establishmentu” – tak jak one go definiowały. Szyld ten gromadził więc nacjonalistów i białych suprematystów, libertarian, konserwatywnych gejów i sympatyków „ruchów maskulinistycznych”, czyli kiełkującej właśnie wrogiej odpowiedzi na feminizm. Alt-prawica była ucieleśnieniem chaotycznej, niespójnej, krzykliwej debaty z internetowego forum dla nerdów – w rodzaju 4chan.org czy Reddit.com – czymś niemożliwym w dawnych czasach przewidywalnej partyjnej polityki i dominacji starych mediów.

Steve Bannon, fot. flickr.com, Gage Skidmore

2Podobnie jak „nowa lewica” w latach 60., „alternatywna prawica” nigdy nie stworzyła swojej partii ani ostatecznie nie rozbiła odwiecznych podziałów politycznych w Waszyngtonie – ale i jedna, i druga były synonimami kulturowej rewolucji, która pomogła przedefiniować standardy amerykańskiej polityki. Genialna intuicja [Steve’a] Bannona polegała na tym, by do arcykonserwatywnej i tradycjonalistycznej krucjaty, jaką prowadził przeciwko establishmentowi, wciągnąć współczesną kontrkulturę: graczy, fanatyków internetu, celebrytów sieci i nałogowych twórców memów. Bannon wiernie podążał tu za doktryną Andrew Breitbarta: chciał skompromitować liberalną, „politycznie poprawną” kulturę i ukazać jej rzekomo opresyjną i totalitarną twarz. A zrobił to siłami nie tradycyjnych konserwatystów, tylko młodych i zbuntowanych aktywistów, którzy byli co najmniej tak samo bystrzy i oswojeni z nowymi mediami jak ich liberalni i lewicowi przeciwnicy.


B. Lincz w XXI wieku. Ze spiralą nienawiści, samosądem i rzuceniem się internautów na obiekt ataku niczym na łowną zwierzynę. A wszystko to „w dobrej wierze”.

3Zaczęło się w 2014 r. od tzw. „afery GamerGate”. Poszło o rolę kobiet w przemyśle gier wideo i branży technologicznej. Początkiem całej afery stał się incydent: były partner twórczyni gier Zoë Quinn obsmarował ją na blogu. Zarzucił jej liczne zdrady, w tym z dziennikarzem z branży, który rzekomo w zamian miał publikować pozytywne recenzje jej najnowszej gry. Jak się okazało, atak trafił na żyzną glebę – ośmielona część graczy dosłownie rzuciła się na Quinn i inne kobiety z tego środowiska. Quinn zaczęła otrzymywać pogróżki; część użytkowników aktywnych w poświęconym jej wątku na forum 4chan z krwawymi detalami dyskutowała o tym, co należałoby jej zrobić. „Jak się pokaże następnym razem na konferencji, […] powinniśmy ją tak uszkodzić, żeby nigdy zupełnie nie wyzdrowiała. […] Sugerowałbym uraz mózgu, ale nie chcemy, żeby skończyła tak upośledzona, żeby się nas więcej nie bać”. Potem ujawniono też osobiste informacje o Quinn i ta na jakiś czas musiała się wyprowadzić ze swojego mieszkania. Dziennikarce brytyjskiego „The Daily Telegraph” powiedziała, że w okolicy, gdzie mieszkała, zaczęły się pojawiać ulotki z groźbami pod jej adresem, a do jej ojca dzwonili anonimowi stalkerzy, wykrzykując, że jego córka jest „szmatą”.

Nie inaczej było z feministyczną krytyczką i dziennikarką Anitą Sarkeesian, która wystartowała w 2013 r. na kanale YouTube o nazwie FeministFrequency z serią miniwykładów poświęconych „antykobiecym motywom” w grach wideo – kolejne odcinki opisywały topos „damulki w tarapatach” albo „kobiety będącej nagrodę dla herosa”. Sarkeesian nie odkryła niczego nowego, raczej w atrakcyjnej formie przedstawiała młodszym odbiorczyniom i odbiorcom metody analizy, które stosuje się w literaturoznawstwie czy wiedzy o filmie. Omawiane przez nią motywy nie były też wyjątkowe dla gier, przeciwnie – z łatwością znajdziemy je w Pieśni o Nibelungach czy w sadze o Wiedźminie, co kto lubi.

4Osoby zaangażowane w GamerGate uznały jednak jej wystąpienia za atak „autorytarnej lewicy” na ostatnią przestrzeń, w której „chłopcy mogą być chłopcami”: gdzie mogą bez obaw żartować i fantazjować, bez agresywnych „feminazistek” pouczających ich, co o kobietach można mówić. Choć Sarkeesian bynajmniej nie była w swoich filmikach natarczywa, to poruszane przez nią tematy i krytycyzm wobec branży szybko sprawiły, że przyklejono jej stereotypowe etykiety „przemądrzałej”, „samotnej”, „brzydkiej” i „niedojebanej”. Zarzucano, że chce „zakazać seksownych kobiet w grach”.

5Tak więc chociaż kobiety stanowią blisko połowę – a według niektórych badań nawet więcej – graczy, to na bohaterki GamerGate oraz wiele dziennikarek i krytyczek została zrzucona wina za wszystkie realne i wydumane problemy tej branży. Za część tego fenomenu odpowiadała oczywiście po prostu szczera niechęć do kobiet i antyfeminizm uczestników afery.

GamerGate upolityczniła to środowisko. Dzięki aferze zwyczajne pretensje, narzekactwo, mizantropia i podszyty seksizmem strach przed kobietami zostały uwznioślone: od teraz miała to być amunicja w walce o wolność od „terroru politycznej poprawności”. Najwięksi trolle i najbardziej zapiekli w swojej wojnie z kobietami aktywiści odkryli zarazem, że są bezkarni i skuteczni, a rezygnacja z wszelkich hamulców może dawać rodzaj perwersyjnej przyjemności. Dla porządku należy też zauważyć, że kampania hejtu nie była wymierzona wyłącznie w kobiety, ale we wszystkich, których posądzano o lewicowo-liberalną zmowę przeciwko środowisku graczy.

6Część osób skłonnych do dziś bronić GamerGate podkreśla, że choć rzeczywiście wylała się wówczas fala wulgarnego hejtu, afera zahaczała o realne problemy z komercjalizacją sektora gier wideo i korupcją czy nepotyzmem w branżowych mediach. Uczestnicy GamerGate domagali się napiętnowania kobiet i mężczyzn, którzy promowali się nawzajem, ukrywając przed odbiorcami, że żyją w związku. Konserwatywnie usposobieni krytycy i publicyści przekonywali, że gry wideo to dziedzina kultury, która posługuje się swoim autonomicznym językiem i konwencjami, więc mechaniczne stosowanie wobec nich narzędzi krytycznych feminizmu czy teorii gender prowadzi do absurdalnych rezultatów i każe traktować rozrywkę jako deklarację polityczną. Obserwatorzy byli zaś zgodni w jednym: wojna kulturowa dotarła już do świata gier i rozrywki online, przynosząc podobnie destrukcyjne skutki jak wszędzie indziej.

7W marcu 2014 r., podczas obchodzonego w USA corocznie Women’s history month (miesiąca historii kobiet), do GamerGate odniósł się sam prezydent Barack Obama: „Wiemy, że grające kobiety muszą się mierzyć z napaściami, stalkingiem i groźbami przemocy ze strony innych graczy […], są atakowane na Twitterze i w innych mediach społecznościowych, a nawet grozi się im w ich własnych domach”. To z pewnością utwierdziło w przekonaniach wszystkich tych, którzy postrzegali GamerGate jako atak lewaków na dotychczas rzekomo niewinny i wolny świat gier. Choć osób najbardziej zaangażowanych w aferę nie było aż tak wiele, to ujawniły destrukcyjny potencjał, który nie umknął uwadze największych mediów. Pierwszy swoje łamy otworzył dla nich Breitbart.com. I przy okazji stworzył potwora.