Piotr Wójcik: Pełzający kryzys

Nowa wspaniała stabilizacja

fot. pixabay.com, Gellinger

W strefie euro mamy ożywienie gospodarcze. Tyle że wskaźniki ekonomiczno-społeczne są zdecydowanie niższe niż przed gorszymi czasami. Czy tak będzie wyglądać kapitalizm?

Permanentne zaciskanie pasa
Jedną z cech sekularnej stagnacji kapitalizmu, o której pisałem niedawno dla REO, są powtarzające się kryzysy przerywane fazami coraz słabszego ożywienia gospodarczego. Podczas kryzysu wszystkie wskaźniki ekonomiczno-społeczne wyraźnie się pogarszają, a wraz z nimi oczywiście standard życia zwykłych obywateli, szczególnie tych utrzymujących się z pracy.
Bezrobocie idzie w górę, w dół za to płace. Spadek PKB sprawia, że dług publiczny staje się trudniejszy do obsługi, więc państwa obcinają wydatki socjalne, które najłatwiej ograniczyć z wszystkich wydatków publicznych. Eksperci twierdzą zaś, że społeczeństwo musi na jakiś czas zacisnąć pasa, by przetrwać ten trudny okres. Dzięki temu szybciej nadejdzie ożywienie i sytuacja wróci do normy.

Standardy socjalne trwale spadają – rynki pracy stają się bardziej zderegulowane, a świadczenia społeczne dużo bardziej ograniczone. I wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego.

I rzeczywiście wraca – tylko że ta norma to już inny stan niż wcześniej. Wzrost, owszem, jest, jednak już dużo niższy. Bezrobocie stabilizuje się na poziomie znacznie wyższym niż przed kryzysem, a długu publicznego zaciągniętego, by nieco złagodzić skutki kryzysu, nie udaje się już spłacić. Standardy socjalne trwale spadają – rynki pracy stają się bardziej zderegulowane, a świadczenia społeczne dużo bardziej ograniczone. I wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego, jakby nowego status quo nikt nie zauważał. Jakby wszyscy byli święcie przekonani, że jest tak, jak przedtem.

Lepiej, ale gorzej
Ostatni kryzys strefy euro jest doskonałym przykładem wyżej zarysowanej sytuacji. Dowodzi, że kapitalizm zmierza w kierunku sekularnej stagnacji (czyli trwałego obniżenia tempa rozwoju gospodarczego), szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych. Coraz częściej słyszymy, że na świecie i w Europie powróciła koniunktura. Strefa euro solidnie się rozwija, dzięki czemu wysokie wzrosty notują także kraje naszego regionu, z Rumunią i Polską na czele. Najwyraźniej gospodarka Zachodu wyszła już z kryzysu, a więc gospodarka strefy euro też.

gdyby ktoś powiedział południowoeuropejskim społeczeństwom, jak ta nowa stabilizacja będzie wyglądać, to zapewne tak łatwo na zaciskanie pasa by się nie zgodziły.

I rzeczywiście, wskaźniki wzrostu gospodarczego wróciły już do krajów strefy euro . Nawet do tych z południa Europy, które niezwykle ciężko przechodziły ostatni kryzys: do Hiszpanii, Portugalii, Włoch czy nawet Grecji. Często uzasadnia się tym skuteczność kuracji odchudzających, które zaserwowały wymienionym krajom instytucje finansowe – Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny wspólnie z Komisją Europejską. Mówi się: Popatrzcie, wzrost powrócił nawet do takiej Portugalii, czyli zaciskanie pasa działa!
Żeby uznać to za satysfakcjonujące, trzeba by mieć wyjątkowo krótką pamięć – wymazać z niej to, jak wyglądała sytuacja przed kryzysem. Bo gdyby ktoś powiedział południowoeuropejskim społeczeństwom, jak ta nowa stabilizacja będzie wyglądać, to zapewne tak łatwo na zaciskanie pasa by się nie zgodziły.

Pozorne ożywienie
W Grecji ożywienie gospodarcze wygląda tak, że wzrost PKB w 2017 roku wyniósł 1,4%. Przed kryzysem było to regularnie ponad 5%, a w 2004 i 2006 – niemal 6%. Jeszcze w 2008 roku, a więc zaraz przed kryzysem, wyniósł 3,3%. W Hiszpanii, w której ożywienie jest zdecydowanie najmocniejsze, wzrost od dwóch lat jest na poziomie 3% PKB. Problem w tym, że przed kryzysem regularnie był w okolicach 4%, a czasem nawet przekraczał 5%. Wzrost PKB Portugalii w 2017 roku wyniósł 2,7%, co na tle ostatnich osiągnięć tego kraju wydaje się gigantycznym sukcesem. Tyle że zaraz po utworzeniu strefy euro Portugalczycy rozwijali się w tempie niemal 4%. Jednak wskaźniki wzrostu to i tak nic w porównaniu z poziomami, na jakich ustabilizowały się bezrobocie oraz dług publiczny.

niskie wskaźniki wzrostu, które rzekomo oznaczają ożywienie, nie pozwalają na rozładowanie nawarstwiających się napięć i problemów społecznych.

Faza ożywienia, czy wręcz świetnej koniunktury w strefie euro, jak twierdzą niektórzy komentatorzy, w Hiszpanii upływa pod znakiem… 17-procentowego bezrobocia. Dla porównania w Polsce według Eurostatu jest trzy i pół razy niższe. Gdyby przed kryzysem ktoś Hiszpanom powiedział, że w trakcie koniunktury będą mieli bezrobocie na poziomie 17%… Jeszcze w 2007 roku wynosiło ono tam 8%. We Włoszech w 2016 osiągnęło zaś niemal 12%, czyli było dwa razy wyższe niż zaraz przed kryzysem. To i tak nic w porównaniu z Grecją – w ubiegłym roku bezrobocie wynosiło tam 21,5%, tymczasem zaraz przed kryzysem oscylowało wokół 8%.

Życie na kredycie
Jednak szczególnie szokujące są poziomy dług publicznego. Przed kryzysem Hiszpania i Portugalia miały całkiem stabilne finanse publiczne. Pierwszy kraj, z długiem publicznym na poziomie 35%, był wręcz uważany za prymusa. Portugalia miała dług dwa razy wyższy (68%), czyli i tak równy dzisiejszemu w Niemczech – państwa powszechnie uchodzącego za wzór.
W czasie kryzysu dług drastycznie wzrósł. Już od dwóch lat jesteśmy w fazie ożywienia, dług jednak ustabilizował się na zdecydowanie wyższych poziomach – w Hiszpanii wynosi 99% PKB, a w Portugalii aż 130%. W 2007 roku w Grecji i we Włoszech był wyraźnie wyższy na Półwyspie Iberyjskim – sięgał 100% PKB. Jak wygląda sytuacja po kryzysie? W Grecji 181% PKB, a we Włoszech 132%.

Bez wątpienia w strefie euro, a zwłaszcza na południu Europy, mamy do czynienia nie z ożywieniem, tylko z pełzającym kryzysem.

Tak wysokie poziomy długu publicznego w zasadzie uniemożliwiają krajom południa Europy prowadzenie bardziej aktywnej polityki społecznej. Nie mówiąc już o tym, że są zupełnie bezbronne w razie kolejnego kryzysu. Tak wysokie bezrobocie sprawia, że dla wielu młodych z południa Europy nie ma przyszłości w ojczystym kraju. Założenie rodziny, gdy na rynku pracy panuje tak fatalna sytuacja, dla wielu osób staje się mission impossible. A tak niskie wskaźniki wzrostu, które rzekomo oznaczają ożywienie, nie pozwalają na rozładowanie nawarstwiających się napięć i problemów społecznych.

Bez wątpienia w strefie euro, a zwłaszcza na południu Europy, mamy do czynienia nie z ożywieniem, tylko z pełzającym kryzysem. Moglibyśmy na to machnąć ręką – niech się martwią mieszkańcy południa Europy. Niestety całkiem możliwe, że tak właśnie będzie wyglądać przyszłość kapitalizmu także w pozostałych krajach Zachodu.
Najpierw kryzys, potem ożywienie, kiedy to wskaźniki ekonomiczno-społeczne stabilizują się na poziomach, które nikomu wcześniej nawet nie przychodziły do głowy. Potem kolejny kryzys, następne pogorszenie standardów społecznych i znów faza pozornego ożywienia. Czyli de facto ciągły pełzający kryzys o różnych stopniach nasilenia. To nie czarnowidztwo – po prostu stworzona w latach 30. XX wieku przez Alvina Hansena teoria sekularnej stagnacji dzieje się na naszych oczach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here