📻 NO, NIEŹLE! Historia fałszerstw w nauce

Fundamenty ideologii proepidemików oparte są na pseudo-naukowym fejku

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito

 

Antyszczep to bynajmniej nie polska specyfika

Jeden z najważniejszych i coraz bardziej wpływowych ruchów antynaukowych opiera się na wielkim oszustwie. Chodzi o proepidemistów, dla zmyłki zwanych antyszczepionkowcami. Badania, na które powołują się przeciwnicy szczepień, wykazując związek szczepionki MMR przeciwko odrze, śwince i różyczce z zaburzeniami rozwojowymi, w tym z autyzmem, są oszustwem. Ich autor, Andrew Wakefield, który na publikacjach antyszczepionkowych zarobił krocie, sfałszował wyniki, co wykazało drobiazgowe śledztwo. To nie pierwszy przykład fałszowania danych naukowych w celu osiągnięcia osobistych korzyści w postaci sławy, czy pieniędzy. Bywało, że badania fałszowano w zbrodniczych celach.

Plakat do filmu Mirandy Bailey

Pomyłki naukowców nie są niczym nadzwyczajnym. Błędy w odczytywaniu lub interpretacji wyników zdarzają się odkąd istnieje nauka. Różnica jednak pomiędzy naukowcami a pseudonaukowcami jest taka, że wyniki rzetelnych badań naukowych da się zweryfikować. W przypadku negatywnej weryfikacji naukowiec wycofuje się z błędnych twierdzeń i uznaje swój błąd. Szarlatan natomiast uparcie trwa przy swoim twierdząc, że kwestionowanie jego „wyników” to spisek kliki naukowców, którzy nie chcą uznać „prawdziwej wiedzy”. Zapewne na skutek knowań światowych koncernów, rządów, czy jeszcze kogoś innego.

Pół biedy, kiedy naukowe oszustwo okazuje się zwykłym żartem, jak w przypadku skamieniałości, które miały dowodzić prawdziwości biblijnego mitu o potopie. W 1725 profesor Johann Bartholomeus Adam Beringer, dziekan medycyny Uniwersytetu w Würzburgu, ogłosił publicznie, iż odkrył wraz ze studentami dużą ilość skamielin zwierząt. Ciekawe było, że skamieliny opatrzone były hebrajskimi inskrypcjami.  Profesor był przekonany, że skamieliny pochodzą sprzed potopu i stanowią dowód na prawdziwość biblijnych historii. Co ciekawe, Beringer był tak zaślepiony, że nawet fakt, iż wśród skamieniałości była płytka z boskim imieniem po hebrajsku, łacinie i arabsku, nie wzbudził jego podejrzeń. Oszustwwo wykryto już po opublikowaniu przez Beringera dzieła Lithographiæ Wirceburgensis (wydanego w 1726 roku). I co tu dużo mówić, szacowny profesor stał się pośmiewiskiem. Okazało się, że koledzy zrobili mu dowcip. Wytoczył im sprawę sadową, ale niewiele poprawiło to jego zdruzgotana reputację naukową.

W październiku 1999 roku na łamach szacownego National Geographic ukazał się artykuł Christophera Sloana, prezentujący znalezione w Chinach skamieliny archeoraptora – brakującego ogniwa ewolucji między drapieżnymi dinozaurami, a ptakami. Artykuł od razu został skrytykowany, między innymi przez Storrsa L. Olsona – kustosza wydziału ptaków w Narodowym Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie, który określił go jako „koszmarny”. Redakcja National Geographic początkowo broniła swoich tez, szybko jednak okazało się, że rzekome odkrycie jest fałszerstwem, dokonanym przez Stephena A. Czerkasa, który wspólnie z zoną Sylvią Czerkas prowadził prywatne muzeum paleontologiczne w stanie Utah. Czerkas wiedział, że skamielina jest sfałszowana, ale nie przekazał tej informacji do redakcji miesięcznika, która opublikowała artykuł bez poddania go weryfikacji. W kwietniu 2000 roku Czerkas przyznał się do sfałszowania wyników.

Autorem jednego z najsłynniejszych fałszerstw w dziejach nauki był brytyjski adwokat i archeolog-amator Charles Dawson. W 1912 roku ogłosił on odkrycie czaszki hominida, nazwanego od miejsca znalezienia „człowiekiem z Piltdown”, będącego brakującym ogniwem w ewolucji człowieka. Według Dawsona czaszka została odnaleziona w żwirowni w 1908 roku i poddana przez niego gruntownym badaniom. Wielu naukowców miało wątpliwości, ale rozwiać je miało odkrycie w 1915 roku drugiej czaszki tego gatunku. W miarę upływu czasu i odkrywania nowych gatunków hominidów, coraz szerzej krytykowano prawdziwość człowieka z Piltdown, jednak fałszerstwo udało się zdemaskowano dopiero w 1953 roku. Przeprowadzone wówczas badania wykazały, że „człowiek z Piltdown” rzeczywiście był pół-człowiekiem, pół-małpą: fragment czaszki pochodził od człowieka z okresu średniowiecza, żuchwa, mająca około 500 lat, należała doorangutana, a ząb do szympansa. Wykazano również, że żeby postarzyć „znalezisko” zamoczono je w roztworze żelaza i kwasu chromowego. Dodatkowo badania mikroskopowe dowiodły, że kły zostały spiłowane, żeby dopasować je do pozostałych fragmentów kości.

23 marca 1989 r. Stanley Pons z Uniwersytetu Utah i Martin Fleischman z Uniwersytetu Sothampton, ogłosili, że wynaleźli prostą metodę wykonania zimnej fuzji atomów deuteru poprzez elektrolizę ciężkiej wody z użyciem porowatej elektrody palladowej. Chodzi o pozyskanie energii z łączenia jąder atomowych, w wyniku czego część masy zamienia się w energie zgodnie ze słynnym równaniem Einsteina E=mc2. Dotychczas udaje się uzyskać energie jedynie w wyniku „goracej” fuzji, podczas eksplozji termonuklearnych, jednak ta metoda raczej nie nadaje się do pokojowego wykorzystania. Ich publikacja stała się sensacją. Gdyby „odkryta” przez nich metoda okazała się prawdziwa, otwierałaby drogę do szybkiego i taniego pozyskiwania czystej energii i w zasadzie doprowadziłaby do wyeliminowania paliw kopalnych i związanego z nim zanieczyszczenia środowiska. Mało tego, pierwsze próby powtórzenia ich eksperymentów w innych laboratoriach dawały całkiem obiecujące wyniki. Niestety, dokładne badania wykazały, że w opisanych eksperymentach nie dochodzi do zimnej fuzji. Co ciekawe, do dzisiaj jest grupa wyznawców teorii spiskowej, że badania nad metodą Ponsa i Fleischmana zostały zablokowane przez koncerny energetyczne, a wyniki obalające ich eksperyment są sfałszowane. Cóż, wyznawcy teorii spiskowych są z natury odporni na naukowe argumenty.

Guru proepidemistów Andrew Wakefield jest kolejnym z pocztu naukowców-oszustów. Przypomnijmy – w 1993 roku Wakefield opublikował artykuł, w którym łączył szczepienia przeciwko odrze z chorobą Leśniowskiego-Crohna. Zapadalność na tę chorobę miała jakoby mieć związek z kontaktem z wirusem odry, zawartym w szczepionkach. Wkrótce potem skontaktował się z rodzicami autystycznego dziecka, którzy szukali pomocy dla syna. To wówczas Winkefield zaczął łączyć szczepienia przeciw odrze z autyzmem i innymi zaburzeniami rozwojowymi. Było to jeszcze zanim przeprowadził swoje słynne badania.

W krótkim czasie przeprowadził badania na dwanaściorgu dzieci. Z uzyskanych wyników wyprowadził wniosek o korelacji szczepionki MMR (przeciwko odrze, różyczce i śwince) a zachorowalnością na autyzm i „autystyczne zapalenie jelit”. Jego wnioski opublikowane w prestiżowym czasopiśmie Lancet początkowo przeszły prawie bez echa. Jednak po pewnym czasie zostały „odkryte” przez międzynarodówkę antyszczepionkowców, stając się głównym „dowodem” na poparcie tezy o szkodliwości szczepień. Kiedy sprawa nabrała rozgłosu dyrekcja Royal Free Hospital chciała sprawdzić wyniki badań, ale Winkefield… odmówił i odszedł ze szpitala. Cóż, jak pisał Ignacy Krasicki „Prawdziwa cnota krytyk się nie boi”. Postawa Winkefielda stoi w rażącej sprzeczności z postawą naukowca, gotowego poddać swoje wyniki weryfikacji. Odejście ze szpitala jednak nie załatwiło sprawy, bo za śledztwo zabrał się brytyjski dziennikarz Brian Deer . Odkrył on, że publikacja Winkefielda pełna jest fałszerstw i zwykłych kłamstw. Eksperyment zawierał błędy metodologiczne i łamał zasady etyki naukowej i lekarskiej. W 2010 roku brytyjski odpowiednik Naczelnej Izby Lekarskiej  orzekł, że Andrew Winkefield złamał zasady etyki zawodowej.

Okazało się, że badania zostały w znacznej mierze sfinansowane przez firmy prawnicze, zamierzające wytaczać procesy koncernom farmaceutycznym, produkującym szczepionki. Dzieci do badań rekrutowali prawnicy tych firm wśród rodzin przeciwników szczepień. Co więcej, okazało się, że wbrew twierdzeniom Winkefielda, spośród 12 dzieci, biorących udział w badaniach, autyzm zdiagnozowano tylko u jednego, u kolejnych ośmiorga wyniki były niejednoznaczne. U 9 badanych nie stwierdzono zapalenia jelit. Nie ulega wątpliwości, że „badania” Winkfielda zostały przeprowadzone tak, żeby udowodnić z góry założoną tezę, za którą autor badan dostał niezła kasę od zainteresowanych firm.  

Przypomina to jako żywo sprawę z drugiej połowy lat 90-tych ubiegłego wieku, a związaną z licznymi wówczas w USA procesami, wytaczanymi firmom tytoniowym przez palaczy, którzy zachorowali na nowotwory płuc i inne choroby, będące skutkiem palenia. Znalazła się wówczas grupa „naukowców”, która w badaniach sfinansowanych przez producentów papierosów wykazała, że palenie ZMNIEJSZA ryzyko zachorowania na niektóre nowotwory. Fakt, kiedy ktoś umrze na raka płuc, to na raka jelita grubego już nie zachoruje.

Gdyby wszystkie podane wyżej sprawy kończyły się tylko kompromitacją „naukowców”, można by je przytaczać jako anegdotki. Niestety, działalność szarlatana, jakim jest Wienkfield stała się nie tylko potężnym wzmocnieniem proepidemistów, ale zaowocowała również wieloma wyrokami sądowymi w USA, Włoszech, Niemczech i innych krajach, gdzie medyczni laicy – sędziowie, bądź przysięgli – orzekali o szkodliwości szczepień właśnie na podstawie sfałszowanych wyników badań. To niby niewiele w porównaniu z milionami ofiar najbardziej zbrodniczego oszustwa w dziejach pseudonauki, czyli rasowych teorii nazizmu. One również miały swoje „naukowe” podstawy, a na ich poparcie liczne prace publikowali antropolodzy, paleontolodzy i etnografowie. Nie tylko niemieccy zresztą.

Tytuł bzdury tygodnia zdobywa sejmowy pomysł wprowadzenia klauzuli sumienia dla laborantów i analityków medycznych.


REO POLECA

📻 ADAM BŁAŻOWSKI: A co z GMO? Zło to, czy złoto?

Krzysztof Garwatowski
Rocznik 1967. Eksharcerz, eksnauczyciel, obecnie dyrektor programowy w wydawnictwie Pink Press. Aktywnie działa w społeczności lokalnej na warszawskiej Białołęce. Wyznawca nauki i wielbiciel science-fiction.