fot. unsplash.com, Annie Spratt

Zimowy poranek w naszym domu w górach, jak każdy inny rozpoczęty został rytualnym wręcz rozpalaniem pieca, kubkiem gorącej kawy i wyprawianiem dzieci do szkoły. Czas odsunąć grubą zasłonę zatrzymującą powiew mroźnego powietrza przez piękne, choć stare i wobec tego nieszczelne dwuskrzydłowe drzwi, odryglować równie zabytkowy zamek przesuwny i… na dzień dobry, na wysokości twarzy, widzisz nos Maćka – buchający parą z pokrytych lekkim szronem nozdrzy i firanki rzęs nad migdałowymi błyszczącymi oczami. Bajka zimowa, prawie baśń Andersena.

Król Maciuś Pierwszy to jedna z największych prawdziwych miłości zwierzęcych, która przytrafiła nam się w życiu za sprawą sąsiedztwa na tyle prostego i nieuczuciowego, że… ale to może po kolei.

Maciek to koń rasy zimnokrwistej, kawał konia – pół tony żywej wagi, mocny, charakterny, ale łagodny jak baranek. Koń, który całe życie przepracował na roli i wcześniej, zanim trafił na naszą wieś, na zrywce w lesie. Piękne i mądre stworzenie, barwy kasztanowej z jasnym ogonem i grzywą oraz białą pręgą kończącą się po jednej stronie różowego nosa. Po jesiennych zbiorach puszczany luzem przez sąsiadów włóczył się pasąc po łąkach i przychodził często na nasze podwórko. Rano, musowo po prostu, był w progu naszego domu czekając na powitanie, głaskanie po nosie i pysku oraz codzienne jabłko czy marchewkę. Lubiliśmy go i nie przeganialiśmy spod domu, choć nawet nie przypuszczaliśmy, że pewnego dnia z nami zamieszka. Historia była dość smutna, ale typowa dla ludzi używających zwierząt do pracy… Maciek zachorował pewnego lata na zapalenie płuc, które było paskudne i ze względu na jego podeszły wiek żaden weterynarz nie dawał mu szans na całkowite wyleczenie. Czekała go sprzedaż na rzeź. Koń stary, zużyty w gospodarstwie nie ma przywileju na pozostanie do końca swoich dni – jest nieopłacalny i tyle, musi zwolnić miejsce w stajni na inny, nowszy model. Nie mogłam się z tym pogodzić, więc zaczęłam szukać dla niego zastępczego domu, miejsca w Tarze – znanym schronisku dla koni. Bez powodzenia – schronisko akurat tamtego roku czekała zmiana miejsca i w związku z tym problemy z przezimowaniem ich własnych koni (ponad setki!). Maciek stał na łące każdego dnia coraz bardziej zrezygnowany, kaszlący, załamany… Chodziliśmy do niego – przytulić, pogłaskać, pobyć z nim. Ostatecznie z braku innego rozwiązania podjęłam decyzję odkupienia go od sąsiadów wbrew wszelkiej logice – nie mieliśmy stajni, czasu ani środków do postawienia czegokolwiek przed zimą, ale mieliśmy innego sąsiada, który posiadał klacz Dagę i na tyle dużą stajnię, że zgodził się na zaparkowanie naszego konia na zimę… I tak 27 letni Kasztan (bo tak przy umowie kupna – sprzedaży okazało się, że koń miał na imię) stał się w naszej rodzinie Królem Maciusiem Pierwszym! Niewiązany do tej pory w stajni musiał, a przynajmniej próbował dostosować się do nowych reguł obowiązujących u sąsiada – wiązany na noc do żłobu nie wytrzymał tego ograniczania wolności i… rozwalił cały żłób, a potem boks, który oddzielał go od nowej towarzyszki. W magicznym też tempie wydobrzał – wypijał wiadra parzonego siemienia lnianego i ziół, które mu na chore płuca przyrządzałam, przestał po miesiącu kaszleć i odżył, a nawet można rzec, że zakochał się w Dadze.

fot. Monika Kilian

Na wiosnę biegał kłusem po łąkach i rżeniem spod domu witał z wzajemnością swoją lubą. Nikt nie wierzył, że dożyje do wiosny, a on przeżył jeszcze kolejne trzy zimy – pełen wigoru jak na swoje lata, dobrej energii i miłości. Odszedł pewnego marcowego dnia… Położył się przed stajnią zbudowaną dla niego, głową w kierunku łąki, na której stała Daga… Nie powstał już, nie jadł, nie pił sam, pojony łyżeczką i głaskany następnego dnia słabo wydał rżenie na, które Daga odpowiedziała, westchnął i pognał na niebiańskie łąki… A w domu zapadła żałoba. Bardzo go kochaliśmy, bo miał cudowny charakter i piękną duszę – tak właśnie myślę i czuję, że zwierzęta, z którymi mamy wyjątkowe związki emocjonalne, nie pojawiają się w naszym życiu przypadkiem. Oraz, że wszystkie stworzenia posiadają ducha. Być może to życie blisko natury i dzikiej przyrody otworzyło mnie na jakiś głębszy z nią kontakt i po prostu czucie każdego bytu. Zawsze miałam też pewnego rodzaju przypadłość do ratowania zwierząt, przygarniania tych najsłabszych, potrzebujących pomocy, jak i wielką miłość do drzew, którą pamiętam od wczesnych dziecięcych lat. Zwracałam uwagę na kształty, konary, liście, korę, zapach. Pogłębiło się to z biegiem lat, a życie na wsi to był pod tym względem raj. Po przeprowadzce do miasta życie uratowało mi właśnie drzewo – piękny, rozłożysty klon na moim podwórku na, który patrzyłam siedząc na kanapie każdego dnia z pytaniem: Co ja TUTAJ robię?! i bólem w sercu. Głowę rozjeżdżały mi tramwaje za oknem i karetki pogotowia – to niesamowite, ale słyszałam je ciągle – przyzwyczajona do odgłosu wiatru, ptaków i szumu liści, szczekania psów i gadających ze sobą koni na łąkach. Król Maciuś Pierwszy – mój pierwszy i ostatni koń… na razie – tak mnie na wspomnienia o nim wzięło… A miałam napisać o sarnach, bo też ich kilka było w naszym domu i życiu.