Tomek Lipiński: Nie taki dzień święty

Ego kontra reszta świata.

Na początku był tylko jeden koncept, koncept »ja«. Potem przybył Apollion, Diabeł. Powiedział, że jest »ty« i »ja«. Od tamtej pory na świecie jest zamęt, a świat zszedł na manowce.

Tak przed laty śpiewał jamajski poeta Ijahman, starając się przywrócić rastafariańską jedność ja, Jah i Człowieka, wielką uniwersalną jedność bytu. Dwadzieścia pięć stuleci wcześniej Siddhartha Siakjamuni, książę z północnych Indii, ku zdumieniu wszystkich porzucił komfortowe życie i wyruszył w świat, szukając przyczyn cierpienia. Odkrył, że nawet ja jest konceptem. Wyszedł poza początek. Wyszedł poza koniec. Poza wszelkie podziały. Tam, dokąd wirują tańczący derwisze Sufi. Tam, dokąd kierował swoich uczniów zbuntowany wobec skorumpowanych autorytetów religijnych młody żydowski cieśla, gdy opowiadał im o Królestwie Niebieskim, które jest w nas. Tam czyli tu.

Odkrył, że nawet “ja” jest konceptem.

Jakim diabelskim cudem dzieje się tak, że nauki Tych, Którzy Wiedzieli, zostają po ich odejściu użyte do celów zgoła odwrotnych od zamierzonych? Jak słowa Gott Mit Uns trafiają na sprzączki pasów w spodniach żołnierzy pacyfikujących wsie? Dlaczego buddyści de nomine, bo przecież nie de facto, są w stanie tak traktować muzułmańskich sąsiadów Rohingya? Jak w imię Allaha odpala się pas samobójcy? Jak to jest, gdy wychodzi się po mszy z kościoła i pluje na bliźniego? Jak to się dzieje, że w imię religii tak skutecznie szerzy się nienawiść? Właśnie tam, gdzie można by się spodziewać postaw światłych, mądrych i pełnych miłosierdzia, widzimy obrzydliwość w dostojnym przebraniu. Tak, wiem, zawsze i wszędzie nakładają się na to ludzkie sprawy – etniczne, ekonomiczne, historyczne, polityczne. Ludzie mają swoje interesy, sfery wpływów. Pomyślmy jednak – zewnętrzna religijna tożsamość ma niby wyrażać coś o fundamentalnym znaczeniu, co kultywujemy w sobie i staramy się stosować w codziennym życiu; tymczasem funkcjonuje jako znak plemienny. My i oni, zmultiplikowane ego kontra reszta świata, zgromadzone pod religijnym symbolem, który staje się symbolem nienawiści. Na tym jesteśmy etapie.

Jak to jest, gdy wychodzi się po mszy z kościoła i pluje na bliźniego?

Jako gatunek nie wyzwoliliśmy się z obsesyjnej potrzeby dominacji, nie patrzymy nawet w kierunku wskazanym przez tych, których symbole nosimy, wieszamy na ścianach, stawiamy na dachach: ku wspólnej, ludzkiej tożsamości, z której wypływa wszelka mądrość, rozumienie, empatia, miłość, które znamy jako życie. Obwiniamy innych o własne niepowodzenia, jednocześnie budując wspólną tożsamość na wspólnej nienawiści do wspólnego wroga. Desygnaty są oczywiste, nakładają się i przenikają przez siebie: kolor skóry, język i narodowość, wyznanie. Wyznaczają granicę między swoim a obcym. Kiedy obcy staje się wrogiem, Apollion triumfuje.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here