Piotr Wójcik: Narracja ma znaczenie

Zmieniający się rynek, zmienia jednocześnie pracowników i oczekiwania wobec nich. Czy kiedyś było lepiej?

fot. unsplash.com, Mike Kononov

Zmagając się z problemami i wyzwaniami XXI wieku najpierw musimy opisać punkt wyjścia. W nowe stulecie weszliśmy w towarzystwie jednego dominującego modelu gospodarczego, który stał się przyczyną wielu obecnych kłopotów. Wolnorynkowy kapitalizm zdobył swą dominującą pozycję dzięki wypracowaniu własnego, zrozumiałego języka. Jego odrzucenie będzie wymagało stworzenia równie skutecznej kontrnarracji.

Zmiany przyszły nagle
Do końca lat 70. w gospodarkach Zachodu dominował kapitalizm fordowski, oparty o duże zakłady produkcyjne, dające stabilną i nieźle płatną pracę, w których robotnicy często pracowali do końca swojej aktywności zawodowej. W modelu tym bardzo dużą rolę odgrywało państwo, które zapewniało wiele świadczeń i usług oraz ściśle regulowało życie gospodarcze. Następnie jednak nadeszła seria zwycięstw wyborczych polityków o arcyliberalnych poglądach na gospodarkę, którzy przestawili tryby kapitalizmu. Kapitalizm postfordowski opierał się już o zupełnie inne przesłanki niż jego poprzednik. Deregulacja, prywatyzacja oraz cięcia podatków i zabezpieczeń socjalnych to wielka trójca postfordowskiego zestawu działań zalecanych rządom. Zwycięstwo wolnorynkowego kapitalizmu było imponujące. Nie tylko zdobył on dominującą rolę w dawnym bloku komunistycznym, ale jego elementy przeniknęły także do Skandynawii oraz Dalekiego Wschodu, które opierały mu się stosunkowo najmocniej. Powrót gospodarczego liberalizmu nie miałby tak spektakularnej skali i nie odbyłby się tak łatwo, gdyby nie specyficzny język, którym posługiwali się jego zwolennicy – akademicy, politycy i publicyści. Tomasz Markiewka w swojej książce Język neoliberalizmu dekonstruuje ten język i narzucone przez nowych liberałów rozumienie znaczeń. Według Markiewki wolnorynkowa narracja opiera się o trzy pojęcia (wolność, jednostka ludzka i rynek) oraz ich specyficzne definicje. Te trzy pojęcia same w sobie nie niosą jeszcze idei wolnorynkowej – dopiero nadanie im odpowiedniego znaczenia napełnia je liberalną treścią.

Wolność dla niektórych
Zwolennicy wolnorynkowego kapitalizmu niemal nieustannie prawią o wolności. Sprowadzają ją jednak do bardzo wąskiego zakresu. Przede wszystkim liczy się dla nich wolność gospodarcza, a inne obszary aktywności człowieka są dla nowych liberałów zupełnie drugorzędne. Dlatego też często łaskawym okiem spoglądali i spoglądają oni na wolnorynkowe reżimy autorytarne. W wyniku tego właśnie Milton Friedman z sympatią podchodził do chilijskiego dyktatora Pinocheta, a Korwin-Mikke ciepło wypowiada się o Chinach. Po drugie, zagrożenie wolności gospodarczej widzą oni tylko i wyłącznie w działalności państwa. Kompletnie nie dostrzegają, że także inni dysponujący siłą i wpływami gracze ograniczają wolność ludzką. Korporacje narzucające swoim pracownikom konieczność pracy po godzinach, według nowych liberałów nie ograniczają ich wolności, bo zawsze przecież można się zwolnić. Nawet jeśli nie ma się zaoszczędzonych środków do przeżycia, to przecież formalnie nikt nie zabrania złożenia wypowiedzenia. Po trzecie wreszcie, wolność w tej narracji ograniczona jest jedynie do przedsiębiorców oraz konsumentów. Jeśli przedsiębiorcy chcą zatrudniać za stawki uniemożliwiające pracownikowi utrzymanie, powinni mieć taką możliwość. Jeśli konsument chce zrobić zakupy w niedzielę, nie powinno mu się tego uniemożliwiać. Oczywiście pracownik także jest konsumentem, jednak trudno mówić w jego przypadku o wolności. Zarabiając grosze nie dokonuje się wyborów, tylko kupuje się to, co tanie, a niedzieli nie spędza się zgodnie ze swą wolą, tylko na kasie, zgodnie z wolą pracodawcy (i konsumenta).

Radź sobie sam
Wolnorynkowy kapitalizm ukształtował także własną koncepcję człowieka. Według niej człowiek jest tylko i wyłącznie bytem autonomicznym. Nie jest więc częścią wspólnoty, jak w koncepcjach komunitarnych. Nie jest też osobą, jak w personalizmie, który łączy wymiar osobisty ze społecznym. Jest jednostką, która sama odpowiada za własne czyny, czyli także za swoje sukcesy i klęski. Z tej perspektywy drugorzędne stają się obiektywne czynniki ekonomiczne, społeczne czy psychofizyczne – jeśli nie dałeś rady, to pretensje możesz mieć tylko do siebie. Co z tego, że od małego miałeś pod górę, jako potomek niezamożnej rodziny. Dzięki takiej definicji jednym ruchem ucina się wszelkie dyskusje o poziomie bogactwa i ubóstwa. Jest bogaty, bo zasłużył, po co drążyć temat? Jednostka ludzka według postfordowskiego ideału powinna też charakteryzować się trzema atrybutami – elastycznością, przedsiębiorczością oraz kreatywnością. Także te trzy atrybuty muszą być odpowiednio rozumiane. Elastyczność na przykład, to wcale nie sprawne wykonywanie swych zakładowych obowiązków przy zmieniających się warunkach (np. awariach maszyn czy brakach materiałów), tylko gotowość zmiany zawodu czy przeskakiwania od jednego pracodawcy do drugiego. Kreatywność zaś, to poszukiwanie tylko takich rozwiązań, które dadzą dochód – innymi szkoda zawracać sobie głowy. W ten sposób kreatywnym nie byłby ani Norwid, ani Van Gogh, obaj klepiący biedę i docenieni dopiero po śmierci.

Sąd bez sprawiedliwości
Centralną pozycję w narracji nowych liberałów zajmuje oczywiście rynek. Jednak jest to rynek w rozumieniu naturalistycznym, a nie konstruktywistycznym. Rynek nie jest więc tworem ludzkim, rządzącym się stworzonymi przez człowieka prawami. Według tej narracji rynek jest samoistniejącym bytem, na którym rządzą prawa natury. Z wyrokami rynku nie można więc dyskutować, bo one po prostu są takie, jakie są. Czy ktoś ma pretensje do deszczu o to, że pada, albo do wiatru o to, że wieje? Dzięki naturalistycznemu podejściu, ubija się w zarodku wszelkie pytania o sprawiedliwość zasad rządzących rynkiem. Czy to fair, że prezes banku zarabia tyle, co 60 pielęgniarek? Czy na pewno jego praca jest 60 razy bardziej użyteczna społecznie lub chociaż produktywna? Cóż poradzić, rynek tak wycenił. Wykorzystywanie swych strategicznych pozycji oraz siły przetargowej przez niektóre grupy zawodowe, do kształtowania swych zarobków lub przynajmniej ich zwiększania, według narracji wolnorynkowej nie istnieje. Co więcej, narracja nowych liberałów stara się uzasadniać konieczność wprowadzania rynkowych mechanizmów do obszarów, które tradycyjnie z rynkiem nie miały nic wspólnego. Służba zdrowia źle działa? Wprowadźmy konkurencję. Administracja jest nieskuteczna? Urzędnik powinien zacząć traktować obywatela jak klienta. Wyniki uniwersytetów pozostawiają wiele do życzenia? Kierunki kształcenia powinny odpowiadać zapotrzebowaniom rynku.

Narracja nowych liberałów, którą pieczołowicie naszkicował w swej książce Tomasz Markiewka, przez długi czas była niezwykle skuteczna. Bardzo krótkowzroczny obraz wolności, człowieka i rynku, jaki proponuje narracja wolnorynkowego kapitalizmu, nie jest jej słabością. Wręcz przeciwnie, właśnie dlatego tak łatwo wpada ona w ucho. Jest zrozumiała i na pierwszy rzut oka bardzo przekonująca. Żeby znaleźć dla niej kontrargumenty, trzeba znać mechanizmy ekonomiczne i dłużej pomyśleć. Nie jest łatwo wyjaśnić, że regulacja państwa tak na prawdę może zwiększyć zakres wolności, a nie zmniejszyć – poszerzając ją grupom słabszym, które dzięki niej zyskają. Jednak nawet wolnorynkowy kapitalizm to koncepcja, którą czeka kres. Od 2008 roku, który symbolicznie datuje się, jako rozpoczęcie kryzysu gospodarczego, świat powoli się od niej odwraca. Towarzyszy temu wprowadzanie do debaty publicznej pojęć nierówności, patriotyzmu gospodarczego czy państwowej interwencji. Wraz z tym powoli powstaje nowa narracja, oparta o inne definicje. Pytanie, czy nowy, solidarystyczny kapitalizm zwycięży, jest otwarte. Zrobi to jednak dopiero wtedy, gdy również wypracuje własną, zrozumiałą i łatwo wpadającą w ucho narrację.

Comments are closed.