Tomasz Podgajniak: Świetni ludzie w złej pracy

W ubiegły weekend opublikowaliśmy dwa teksty na temat przyszłości węgla, czyli w dużej mierze całego Śląska. Napisali dla REO: Paweł Bogocz, reżyser z podejściem konserwatywnym i Damian Maliszewski, muzyk z rewolucyjnym podejściem do zmian.
Dziś publikujemy dwie replilki: walczących od lat o zmiany, działaczy Rybnickiego Alarmu Smogowego, oraz  b. Ministra Środowiska, wiceprezesa Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej PIGEOR, Tomasza Podgajniaka. 


Moje śląskie impresje i inspiracje

Moja – rdzennego mieszkańca centralnej Polski – przygoda ze Śląskiem, a w zasadzie z etosem zawodu górnika, zaczęła się dość boleśnie, we wczesnych latach 60-tych. Na mikołajkowej zabawie organizowanej przez Radę Narodową w moim rodzinnym Radomiu, jakiś czupurny rówieśnik chciał mi odebrać czapkę górnika, pracowicie sklejoną przez moją mamę. Tak, górnik to w tamtych czasach był naprawdę KTOŚ!

Górnicy, górnictwo, czarne złoto, słowa te odmieniane przez wszystkie przypadki były wtedy i jeszcze dziesiątki lat później obecne, tak w przestrzeni publicznej, jak i prywatnej. Bo prawie we wszystkich domach w sąsiedztwie paliło się węglem, który trzeba było zawczasu na zimę kupić i zgromadzić w piwnicy.

Dorastając w czasach wczesnego Gierka, wiedziałem, a może raczej wierzyłem, że gdzieś tam jest Śląsk i od niego zależy prosperity całego kraju. Tylko półgębkiem, trochę z zazdrością, mówiło się o specjalnych górniczych sklepach, czy innych przywilejach. Jednak była to taka kraina za siedmioma lasami, za siedmioma górami. Jakby trochę legendarna, a trochę straszna. Baśnie o Skarbniku, Łysek z pokładu Idy Morcinka, Tryptyk Śląski Kutza tworzyły jakiś obraz. Spójny, a zarazem wyidealizowany…

Prawdziwy Śląsk zacząłem poznawać dopiero na początku lat 80-tych, jako budujący swoją pozycję zawodową konsultant w raczkującej wówczas w Polsce ochronie środowiska. To był ten drugi, mało zbadany i raczej nie eksponowany przed opinią publiczną wymiar. Górnośląski Okręg Przemysłowy, filar naszej scentralizowanej gospodarki wraz z Rybnickim Okręgiem Węglowym zostały zaliczone do obszarów klęski ekologicznej! Obok funkcjonował jeszcze wałbrzyski obszar zagrożenia ekologicznego. Tylko, czy aż zagrożenia. Wszak to łagodniej brzmi niż klęska.

Weryfikacja

Po raz pierwszy od II wojny światowej ówczesne władze przyznały, że rozwijając ciężki przemysł i górnictwo, dewastujemy przyrodę i zagrażamy życiu ludzi. Powtarzam, nazwano region śląski obszarem klęski ekologicznej, a i tak termin ten nie oddawał skali zniszczeń i zasięgu szkodliwych oddziaływań! Chociażby takich, jak nadmiernie zasolona woda w Wiśle i Odrze, czego konsekwencje – zdrowotne i materialne – ponosili mieszkańcy odległych aglomeracji czerpiących wodę z tych rzek.

Do dziś mam przed oczami przerażające obrazki z Huty Szopienice, Huty Orzeł Biały, Huty Chorzów. Do dziś czuję w nozdrzach ten specyficzny zapach i wręcz smak powietrza, gdy wysiadałem z pociągu na stacji w Zabrzu czy Katowicach. Pamiętam bolesny upadek w łazience hotelowej w Bytomiu, gdy budynkiem wstrząsnęło tzw. tąpnięcie, podobno wcale nie największe. Do końca życia nie zapomnę wycieczki na przodek w Kopalni Knurów, gdzie węgiel z pokładu nie mającego więcej niż 1,5 m grubości wydobywano ręcznymi kombajnami, metodą na zawał. Gdy na moment zatrzymano maszyny, słychać było stękanie górotworu i uderzenia spadających na spąg wyrobiska kamieni. Pył, wilgotność, temperatura – to nie były warunki pracy dla ludzi, a jednak ci ludzie tam pracowali…

Ludzie!

No właśnie! Ludzie! Z opublikowanego w zeszły weekend na reo.pl bardzo emocjonalnego tekstu „Wszystko tu kręci się wokół węgla”,  autorstwa Pawła Bogocza, jak sam pisze, jastrzębskiego autochtona, tylko ten aspekt wydaje się w pełni spójny z moim ówczesnym i obecnym postrzeganiem Śląska. Dla przybysza z centralnej, ale jednak mocno zaściankowej, w wymiarze intelektualnym i duchowym, Polski, zetknięcie z mieszkańcami Śląska było niesamowitym doznaniem, niemalże tak samo silnym, jak moje pierwsze wyprawy na tzw. Zachód. Inny sposób myślenia, rzetelność, etos pracy! Chłonąłem to z ciekawością, zazdrością i z żalem, że wśród moich ziomków tak mało jest ludzi takich jak Ślązacy.

Poznawałem ich pracując z nimi w ważnych dla ich zakładów pracy i dla całego regionu sprawach. Ale trzeba było kilkunastu miesięcy budowy zaufania, żeby pojawiły się zaproszenia do prywatnych wizyt w ich domach. Nawet nie wiem, jak te domy opisać – nie mieszczańskie, ale przecież nie robotnicze. Nie takie jak widziałem w Radomiu czy później w Warszawie.

Porządne, zadbane, czyściutkie mieszkania, zawsze umyte, przezroczyste okna, choć zapylenie powietrza ograniczało widoczność do kilometra. I ta niesamowita wewnętrzna spójność. Wtedy to, mam wrażenie, dane mi było dotknąć jeszcze jednego, może wręcz metafizycznego wymiaru śląskości, stanowiącego o tej wyjątkowości i inności rdzennych mieszkańców regionu.

Wtedy też zacząłem poznawać inną niż oficjalna ich historię, poplątane losy rodzin,które żyły tu od stuleci, rozdarcie pomiędzy śląskością, polskością i niemieckością, protestantyzmem, a katolicyzmem, etosem pracy, a jej ideologizacją, upartyjnianiem działalności społecznej, a dosłownie pojmowaną obywatelskością. I okrutny sposób, w jaki potraktowały ich powojenne władze i przybysze z innych części kraju.

Spotkania te i te rozmowy silnie mnie kształtowały i pewnie byłbym inny, zapewne nie lepszy, gdyby nie było mi dane ich odbyć. Dlatego w pełni zgadzam się z twierdzeniem Autora wspomnianego wcześniej tekstu, iż: „największym bogactwem naszego regionu są – ludzie, tradycyjna śląska pracowitość, prostolinijność, zbudowana na konkretnych podstawach duchowość i międzyludzka tolerancja niespotykana w innych regionach Polski”.

No i oczywiście ich wiedza, kultura techniczna przekazywana z pokolenia na pokolenie, zdolność do współpracy, jakże obca przeważającej części naszego społeczeństwa, która chciałaby wierzyć, że pochodzi w prostej linii od szlachty, a daleko jej nawet do etosu prostego kmiecia.

Kalkulujący Czesi, Warszawa z węgla i i cadillaki

Niestety, wiele innych stwierdzeń Pawła Bogocza to w najlepszym wypadku bardzo subiektywne widzenie spraw, a część z nich można by zaklasyfikować do kategorii urbanlegend. W zasadzie mógłbym uznać, że polemika ze stereotypami nie ma sensu –każdy ma prawo do swojego widzenia świata. I to prawda, ale akceptowalna tak długo, jak długo stanowi to podstawę do podejmowania decyzji na własne ryzyko i własny rachunek. Jeżeli jednak miałyby być podstawą do podejmowania decyzji wspólnych, to należy się z nimi zmierzyć, wskazując także na fałszywe, zaciemniające obraz spraw aspekty.

Pisze Autor, że największe bogactwo Śląska to węgiel. I że dobrze robią Czesi, którzy: …naszych, doświadczonych górników tak sprawnie potrafią wykorzystać, zatrudniając ich w swoich kopalniach. Im węgiel, jakoś, się opłaca…

Czy aby na pewno? W sierpniu ubiegłego roku jedyny czeski producent węgla kamiennego, spółka OKD (Kopalnie Ostrawsko-Karwińskie), ogłosił, że do 2023 roku zakończy działalność wydobywczą. Stało się tak w obliczu ogłoszenia przez OKD niewypłacalności. Czeski rząd zgodził się na udzielenie tej firmie kredytu w wysokości 700 mln koron (110 mln zł), ale m.in. pod warunkiem uchwalenia przez jej wierzycieli planu restrukturyzacyjnego. Warto dodać, że w Czechach wydobywa się ok. 8 mln ton węgla rocznie, 10 razy mniej niż w Polsce. Sektor zatrudnia ok. 12 tys. ludzi, a pracownicy z Polski to około 15% tej puli (czyli około 1% stanu górniczego w Polsce). Wydajność na jednego zatrudnionego jest nawet niższa niż u nas i kilkakrotnie niższa niż w najgorszej pod tym względem kopalni głębinowej w USA. A więc im nie opłaca się tak samo jak nam!

Mity i legendy

Autor pisze: …mówię czasem, że w mieście JSW, gdzie kopie się najlepszy koksujący węgiel na świecie – pracownicy spółki powinni jeździć białymi cadillacami, jak szejkowie w Dubaju… W tym stwierdzeniu tylko jedno jest prawdziwe – tak, niektóre pokłady węgla wydobywanego w JSW spełniają wyśrubowane parametry tzw. klasy hard FOB Australia, ale to nie znaczy, że cały wydobywany tam węgiel jest tak samo dobrej jakości, a ponadto wskazuje, że inni kopią też całkiem niezłe złoża.Co więcej, JSW z trudem pokrywa zapotrzebowanie krajowe na węgiel koksowy, a niewielkie nadwyżki, rzędu maksymalnie kilku milionów ton rocznie, eksportuje po średnich cenach światowych, ponieważ nie jest żadnym liczącym się graczem, który mógłby kształtować rynek. Trudno też skomentować twierdzenie o arabskich szejkach – cadillac cadillacowi nie równy, a operator odwiertu w Emiratach Arabskich na pewno zarabia ułamek procenta tego, co inkasuje szejk, właściciel tegoż.

Właściwie można byłoby na tym zamknąć ten wątek, gdyby nie kolejne twierdzenie z gatunku legend: Nie dzieje się tak [chodzi ocadillaki dla każdego górnika], tylko dlatego, że JSW, czy też PGG wpłacają gigantyczne pieniądze ze swej działalności zasilając budżet całego kraju…

Tymczasem od początku do końca września 2017 roku polskie kopalnie na sprzedaży węgl a kamiennego zanotowały 1,38 mld zł strat, przy przychodach z tego tytułu  rzędu 12,3 mld zł i kosztach pozyskania węgla rzędu 13,7 mld zł. Oczywiście każdy, kto choć trochę zna się na ekonomii wie, że gdy spółka notuje straty, to nie ma mowy o dywidendzie dla właściciela.

Ale może kopalnie są dojone w innych sposób? Pewnie tak! Podobnie jak wszystkie polskie przedsiębiorstwa. Chodzi o VAT, podatki od wynagrodzeń, ZUS, opłaty ekologiczne itp. Załóżmy, tak samo demagogicznie, jak prezentuje to Autor, że to dojenie to 40% całości kosztów wydobycia (przedstawiciele sektora twierdzą, że podatki i inne daniny publiczne to obciążenie rzędu 100 zł na każdą tonę wydobytego węgla).

Oznaczałoby to, że budżety lokalne (tak, tak, samorządy lokalne partycypują w podatku VAT, PIT i CIT oraz w opłatach ekologicznych) i budżet całego kraju, w tym Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, z którego wypłacane są emerytury górnicze, otrzymują z tego tytułu rocznie ok. 7 mld zł. To jest nieco ponad 2% planowanych przychodów budżetowych, przy czym ok. 65% z tego to składki na ZUS i podatki od wynagrodzeń.

Warto dodać, że emerytury górnicze kosztują ZUS ponad 8 mld zł rocznie! Liczby mówią same za siebie – co wychodzi ze Śląska, na Śląsk powraca – a Autor chyba nie postuluje zwolnienia tej grupy zawodowej z opodatkowania i składek emerytalnych.

Czy niespełna 2,5 mld zł innych wpływów zasilających finanse publicznego różnego szczebla to naprawdę gigantyczne pieniądze? Czy naprawdę usprawiedliwia to tezę o okradaniu Śląska czy wykorzystywaniu go jako kolonii?

W tym duchu sformułowany jest następny zarzut: Kto w tej dzisiejszej Warszawie wie, że została ona im ufundowana przez Ślązaków? Że Warszawa cała jest z węgla??? Słyszałem to twierdzenie wielokrotnie i zawsze odpowiadam tak samo: przez całą radomską podstawówkę, nie pamiętam już z jaką częstotliwością, ale dość często, przynosiłem do szkoły złotówkę jako dobrowolną wpłatę na Fundusz Odbudowy Stolicy. A na odbudowę Starówki ściągano gotyckie cegły z burzonych kamienic Wrocławia, Świdnicy, czy Elbląga.

Cały Naród buduje swoją Stolicę! Takie to było hasło i nie pamiętam nikogo, kto by je jakoś specjalnie kontestował. Co więcej, w tej naszej zapyziałej kongresówce traktowaliśmy to jako coś oczywistego, nie mówiąc już o satysfakcji z możliwości zagrania Niemcom na nosie.

Czy Ślązacy partycypowali w tym więcej? Być może… Ale przyznawanie sobie wyłączności w tym względzie wydaje mi się nadużyciem, które niczego nie wyjaśnia, za to nastawia jednych przeciw drugim.

Wszystko to wpisuje się w narastające ostatnio, nie tylko w Polsce, a nawet nie tylko na kontynencie europejskim tendencje odśrodkowe. Decentralizacja – pisze Autor – to ogromna szansa dla Polski, nie powinna jednak – moim zdaniem – dotyczyć obronności, sądownictwa, polityki zagranicznej – no i – energetyki… I dalej: Węgiel to u nas kwestia cywilizacyjna i nic nie jest w stanie go zastąpić. Jestem z pokolenia smakoszy “płynu Lugola” i katastrofy w Czarnobylu… Dzisiejsze, alternatywne źródła energii to dodatkowa, cenna, ale mało tak naprawdę znacząca wartość.wszyscy tu na Śląsku zdajemy sobie sprawę jaka solą w oku jest polski przemysł górniczy. Jak bardzo nie pasują kwoty wpłacane przez polskie kopalnie do skarbu państwa, zysk JSW, zysk PGG, jak bardzo antywęglowi lobbyści atakują górnictwo.

Wróćmy do faktów

W ten sposób przeszliśmy płynnie od imponderabiliów do gospodarczych konkretów i kolejnych mitów. O rzekomych zyskach PGG już pisałem. Nie ma ich i długo nie będzie, ponieważ koszty wydobycia będą rosły, a ceny węgla nie. Jeżeli komuś coś jest solą w oku, to w pierwszej kolejności fakt, że wszyscy jesteśmy obciążani kosztami zrzutek budżetowych, czy parabudżetowych (wpłaty ze spółek energetycznych) na ratowanie bankrutującego sektora, które nie tworzą żadnej nowej wartości. A jeżeli nawet ceny węgla wzrosną, tak aby wyrównać straty kompanii węglowych, co oznacza także nieuchronny wzrost cen energii elektrycznej, to spowoduje to tylko jedno – dodatkowa, cenna ale mało tak naprawdę znacząca wartość w postaci alternatywnych źródeł energii, niemalże z dnia na dzień stanie się na tyle opłacalna, że być może nawet Paweł Bogocz zdecyduje się na zainstalowanie paneli fotowoltaicznych (oczywiście po zweryfikowaniu rzetelności instalatora).

Odpowiem więc kontr-twierdzeniem: węgiel to już nie jest kwestia cywilizacyjna! To był jedynie pomost, umożliwiający przejście do nowego poziomu zaspokajania potrzeb społecznych, ponieważ zapewnił względnie tanie źródło energii w ilościach niewyobrażalnych dla naszych przodków. Dziś to problem do rozwiązania – czym i jak szybko ten węgiel zastąpić, zanim rosnące koszty utrzymania tego sektora nie pociągną nas wszystkich na dno.

Jest też oczywiste, że węgiel kiedyś się skończy, a mówiąc precyzyjniej, nie będzie się opłacało tych resztek, które gdzieś głęboko jeszcze się ostaną, wydobywać. Warto też pamiętać, że węgiel kamienny to nieprawdopodobny zbiór cennych substancji chemicznych, których wartość rynkowa jest wielokrotnie większa niż wartość energii, jaką można z nich odzyskać. Czy zatem warto go w tak barbarzyński sposób spalać?

Wytarty, ale jakże obrazowy bon mott brzmi: epoka kamienia łupanego nie skończyła się dlatego, że zabrakło kamienia! Ci, którzy wówczas nie zaważyli symptomów zmian zginęli w mrokach historii.

Żyjemy właśnie w epoce kolejnego przełomu cywilizacyjnego, którego jednym z aspektów jest gwałtowny rozwój technologii energetyki rozproszonej, wykorzystującej ułamek zasobów z oceanu bezpłatnej, otaczającej nas energii wiatru, wody czy słońca. Tak jak telefonia komórkowa zniszczyła monopol wielkich państwowych telekomów, czego jeszcze 30 lat temu nikt sobie nie wyobrażał, tak alternatywna energetyka rozproszona doprowadzi do upadku państwowego monopolu energetycznego, który stanowi coraz bardziej obciążający nas wszystkich garb na drodze do zrównoważonego rozwoju cywilizacyjnego, uwzględniającego także prawa do godziwego życia przyszłych pokoleń.

Ten upadek nastąpi raczej wcześniej niż później i sęk w tym, abyśmy jeszcze wcześniej wyprowadzili górników na słońce i wykorzystali ich wiedzę i pracowitość ku lepszej sprawie.

Ale do tego potrzebna jest rzetelna, być może szczera aż do bólu, dyskusja oparta na faktach, a nie na mitach.

 



Paweł Bogocz: Tu pieniądz krąży dookoła węgla

 

Tomasz Podgajniak
Prezes firmy Enerco, członek zarządu Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej, minister środowiska w rządzie Marka Belki.