REO FAMILY: Mówić dziecku prawdę?

Lidia Piechota o zaletach szczerości

Prawda jest tylko jedna. Tylko gdzie ona jest? Skoro wyznaję zasadę, że każdy ma prawo do swojej racji, bo ma oczy w innym miejscu, to jakim cudem wszyscy możemy znać jedną i tę samą prawdę? Spokojnie, to nie ma być nadmiernie filozoficzny tekst. Za każdym razem, gdy zadaję sobie pytanie, co zostawię mojemu dziecku, moje serce kładzie nacisk na coś innego. Dziś jest to prawda.

I naprawdę chciałabym, żeby to było dla nas wszystkich oczywiste i intuicyjne. Bo kłamstwo naprawdę ma krótkie nogi. Bo naprawdę dużo wygodniej jest od razu powiedzieć prawdę, niż potem pamiętać, kiedy się skłamało lub sprytnie zataiło jakąś informację. No więc tak – jestem uczciwa z wygody. Niech tak będzie.

Jednocześnie łapię się na tym, że często pierwsza odpowiedź, która przychodzi mi do głowy, to mała ściema. Na szczęście trening czyni mistrza, a ja trenuję już sześć lat opowiadanie Zachariaszowi prawdy o świecie. Proszę mnie tu tylko nie wypytywać o Świętego Mikołaja. To zupełnie odrębny temat, ale gdy zaczną się kłopotliwe pytania, coś mądrego wymyślę. Tymczasem: jestem prawdomówna w sprawach codziennych.

Prawda daje ogromną ulgę. Uwalnia z więzów kombinowania i labiryntów wymijających odpowiedzi. Im dłużej tego doświadczam, tym lepiej czuję, jakie to wspaniałe uczucie.

Jest jeden rodzaj prawdy. Są za to różne obszary, w których prawda ma kluczowe znaczenie. Jedne są całkiem błahe i w sumie przyjemne. Inne to trudne tematy i odpowiedź należy umiejętnie sformułować.

I tak, mówię mojemu synowi prawdę, gdy:

  • tłumaczę, dlaczego nie możemy dłużej bawić się na placu zabaw – nawet jeśli przyczyną jest po prostu to, że jestem już zmęczona;
  • kolega mojego syna wykazuje się zwyczajnym chamstwem i mu dokucza – tu zwykle następuje moja analiza stanu rzeczy i informuję moje dziecko o tym, że prawdopodobnie czegoś temu chłopcu brakuje i najpewniej jest to zainteresowanie jego rodziców albo (nie)stosowny sposób wychowania;
  • pyta: Dlaczego ten pan leży na ziemi?, wskazując palcem na pijanego człowieka na chodniku;
  • przygląda się z zaciekawieniem siniakom na twarzy pobitej kobiety (tak, czasem i takie sytuacje mają miejsce);
  • oczy wychodzą mu z orbit przy kasie w sklepie, gdy stoi za nami rodzic z niepełnosprawnym krzyczącym dzieckiem na wózku inwalidzkim;
  • pokazuje mi w sklepie gigantyczny komplet klocków, który kosztuje tyle, że moglibyśmy zapłacić nim dwa miesiące czynszu;

Za każdym razem, gdy mówię prawdę, czuję, że to najlepsze rozwiązanie. Nawet jeśli wiąże się to z chwilowym smutkiem na twarzy Zachariasza lub dokładne zrozumienie wymaga dłuższej rozmowy. Każda taka chwila to szkoła życia. To możliwość poznania jakiegoś zjawiska, postawienia się w czyjejś sytuacji dokładnie wtedy, kiedy jest to dla dziecka najbardziej interesujące. Bo właśnie o to pyta.

Prawda, nawet najsmutniejsza, ma niesamowitą moc.

Gdy prawda jest smutna, zaczarowuję ją. Nadaję jej odpowiedni charakter. Niech będzie pouczająca, inspirująca i wzmagająca empatię. Prawda, nawet najsmutniejsza, ma niesamowitą moc. Rozbraja. Często, gdy powie się prawdę, ktoś, kto na nią nie liczył, łagodnieje. Bo z prawdą nie ma co walczyć. Nie wygrasz. Jak już jest, to nie ma na nią mocnego. Dlatego zapraszam do nas prawdę jak najczęściej. Widzę jednocześnie, że nie każdy rodzic to praktykuje, co często prowadzi do frustracji dziecka.

Nawet najmłodsze dzieci chłoną każdą emocję, interpretują uczucia, które pojawiają się w nich w danych sytuacjach. Potrafią łączyć zdarzenia z odgłosami, zapachami, kolorami. Gdy w odpowiedzi słyszą zakłamany lub wybrakowany opis, później nie radzą sobie z prawdą. Bo przecież ona zawsze w końcu wychodzi na jaw. Często nie pasuje do stworzonego już w głowie schematu.

Nie mówię Zachariaszowi: Chodź, chodź, już idziemy, nerwowo pociągając go za rękaw albo popychając przed sobą. Pewnie, że czasem jest mi niezręcznie, gdy on o coś pyta, a to zmusza mnie do matczynego wywodu. No i co w tym strasznego? Zupełnie nic. Moje dziecko pyta, bo nie wie. Zadaje pytania głośno i nie boi się patrzeć ludziom w oczy. Jeśli teraz zmuszę go, żeby szeptał i błądził spojrzeniem, zasieję niepewność. A ciekawość w takich zaskakujących sytuacjach i jej zaspokojenie dają kilkulatkowi dużo do myślenia. Dzieciaki cudownie kojarzą fakty i wracają do nich, gdy same tego potrzebują. Ba! Gdy kolejny raz znajdą się w tej samej sytuacji, pytają już o coś nowego. Często jest to pytanie zadane już w bardziej cywilizowany sposób, a nie krzykiem przez pół sklepu 😉

Mój syn traktuje ludzi poważnie. Bo sam jest tak traktowany.

Moja prawdomówność miewa różne skutki. Mój syn traktuje ludzi poważnie. Z szacunkiem. Bo sam jest tak traktowany. Gdy ekspedientka w sklepie, wręczając mu kupon rabatowy na fantastyczne garnki z podwójnym dnem, mówi: Masz, tylko nie zgub, Zachariasz, choćby nie wiem co, nie zgubi tego kuponu. Będzie miał z nim problem, dzierżąc go cały czas w dłoni, gryząc jednocześnie bułkę i popijając sok, ale nie rzuci go w kąt. Gdy podpowiem mu: Odłóż to gdzieś, on poważnie odpowie: Pani powiedziała, że mam tego nie zgubić.

Zabawnie jest, gdy ktoś się z nim droczy, opowiadając jakieś bzdury i mrugając do mnie okiem, a on z miną chojraka twierdzi, że to jest nieprawda. Po czym zwraca się do wyroczni: Mamo, a wujek mówi, że tam pływa groźny rekin. To nieprawda! Tak, mamo? – Tak, synku – odpowiem ze śmiechem, uspokajając go, a jednocześnie dając swoiste przyzwolenie na takie żarty. Bo Zachariasz uwielbia żartować.

Mój syn nauczył się, że jest czas na wygłupy, a kiedy indziej na konkretne działania na serio.

Jakimś cudem, choć jest w nas tyle powagi i szacunku, potrafimy maksymalnie odpiąć wrotki i żartować do upadłego. Znamy granice dobrego smaku… a przynajmniej ja je znam 😉 I nawet takie szaleńcze żarty mają spory aspekt pedagogiczny. Mój syn nauczył się, że jest czas na wygłupy, a kiedy indziej na konkretne działania na serio. Potrafi słuchać. Słyszy i rozumie. Zna zasady. Fantastycznie opowiada, mówiąc prawdę. Uczę go tego, że prawda jest nagradzana, a ściema i krnąbrność to obrzydlistwo.

I nawet jeśli masz (bo masz) oczy w innym miejscu niż moje, to gdy się chwilę zastanowisz, spojrzysz w głąb siebie, a nie wokół, poczujesz tę jedną, jedyną słuszność. A jeśli ją poczujesz – może nawet się tym uczuciem wzruszysz – to znaczy, że to właśnie ona. Prawda.



REO POLECA

Dorota M. Zielińska: Nie wiemy, co jemy

Lidia Piechota
Znak firmowy EXTREMAMA. Kobieta, która rodzicielstwo traktuje z należytą starannością i uważnością. Blogerka. Zwierze społecznościowe. Spotkasz ją na Instagramie i na FB. A jak spotkasz, będziesz czytać regularnie i niecierpliwie czekać na kolejny wpis.