Monika Kilian: Rower – dobry druh, który odprowadzi do domu

Na wsi jak mus, to mus

Jedzie rowerek szosą, kółeczka same niosą – czy jakoś tak – brzmiał tekst dawnej piosenki. A jak w rzeczywistości wygląda przemieszczanie się rowerem na wsi, gdzie ciągle jeszcze dla starszego pokolenia jest to podstawowy środek komunikacji drogowej?

Gdy mieszkałam w Górach Izerskich, zauważyłam, że praktycznie w każdej wsi była co najmniej jedna osoba, którą niezależnie od pory roku oraz pogody widywałam pędzącą na rowerze – i to nie do miejscowego sklepu, ale do najbliższego miasteczka oddalonego o 6 kilometrów. Niby to niewiele, ale raz, że droga wcale nie po płaskim terenie, a dwa, że rowery to wcale nie wypasione modele z tysiącem przerzutek, lecz najzwyklejsze stare tzw. damki (dla miastowych te szczególnie warte zwrócenia uwagi i zawieszenia oka to kultowe ukrainy, oczywiście im starsze, tym lepsze). Fakt, że taki rower, jeśli sprawny, jest wygodny – ma duże koła, dobre skórzane siodło na sprężynach – i sam niesie, choć trzeba nieźle się napedałować, a pod większą górkę raczej go podprowadzić.

Nie stanowi to przeszkody dla starszych ludzi, a widok przysadzistej babci objuczonej do tego koszykami czy torbami zawieszonymi na rączkach kierownicy nie wzbudza szczególnego podziwu. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że komunikacja autobusowa na terenach wiejskich do najlepszych nie należy, a do tego z każdym rokiem maleje liczba połączeń. No bo przecież nastała cudowna era samochodowa i każdy ma – albo powinien mieć – auto… Otóż są nadal rodziny i ludzie samotnie mieszkający na wsi nieposiadający tego środka lokomocji ani dobrego sąsiada, który ma wehikuł na czterech kółkach i który mógłby ich zabrać choćby raz w tygodniu na targ.

Obrazek babiny lub dziadka jadącego na rowerze, czy to spiekota, czy słota, nie zniknął z sielskiego wiejskiego krajobrazu.

Myślenie władz gminnych (przynajmniej w okolicy, w której mieszkałam) dalekie było od zorganizowania co najmniej busa jadącego w dni targowe przez okoliczne wsie i za parę złotych zabierającego ludzi na zakupy. Obrazek babiny lub dziadka jadącego na rowerze, czy to spiekota, czy słota, nie zniknął wobec tego z sielskiego wiejskiego krajobrazu… Ma to zapewne znaczenie prozdrowotne, bo ruch i świeże powietrze dodają energii i sił, ale kondycja i determinacja tych ludzi zawsze mnie zadziwiała. Osobiście uwielbiam rower i chętnie z niego korzystałam, choć przyznam, że rekreacyjnie i co najwyżej podjeżdżając do pobliskiego sklepu, jeśli czegoś zabrakło. Wcale by mi się nie uśmiechało jeździć po większe zakupy rowerem do miasteczka, a w szczególności wracać obładowaną siatami i torbami. Wszystko jest jednak kwestią przyzwyczajenia i ludzie, którzy nie zsiedli z rowerów, mają to chyba w nawyku.

Ci, co chcą pozostać mimo wszystko niezależni, wybierają więc z konieczności lub przyjemności rower.

Poza tym nie chcą też być zależni od kogokolwiek – proszenie o zabranie się samochodem z kimś może być krępujące, choć dla mnie jest jak najbardziej logiczne. I tak do pobliskiego miasteczka mknie czasem kilka samochodów z jednej wsi, a w każdym jedna osoba… Na niewielu parkingach brak miejsc, szczególnie w dni targowe. Emisja spalin do środowiska bezsensowna. I coraz większy odstęp między ludźmi, bo co prawda, jadąc z kimś, trzeba się czasowo dostosować, ale ma to też pozytywny aspekt socjologiczny – można podczas wspólnej drogi po prostu porozmawiać, podtrzymać kontakt, który mimo wolniej płynącego czasu i innego rytmu również i na wsi zanika. Ci, co chcą pozostać mimo wszystko niezależni, wybierają więc z konieczności lub przyjemności rower, a jazda nim po szosach czy bezdrożach wiejskich z dala od zgiełku i spalin jest bezcenna – wolność i wiatr we włosach, czyli to, co lubię czy lubimy, najbardziej 🙂

Zygmunt i jego czarna ukraina pozostały do dziś w pamięci mieszkańców wsi.

Poza tym znałam też osoby, które rowerem przemieszczały się do pracy przez większą część roku, że nie wspomnę o delikwentach niezsiadających z dwóch kółek nawet zimą… Dla niektórych rower stał się prawie przyjacielem, dobrym druhem, który jak mus, to odprowadzi do domu. Pamiętam starego mieszkańca izerskiej wsi, w której żyłam, niejakiego Zygmunta. Spotkać można było go najczęściej pod sklepem spożywczym, w różnym stanie upojenia alkoholowego, ale co było charakterystyczne, to to, że zawsze miał przynajmniej jednego nieodłącznego kompana – swój stary rower. Przyjeżdżał do sklepu na rowerze, a drogę do domu przemierzał już opierając się o swojego dwuśladowego towarzysza. Obrazek ten wpisał się jako element stały i codzienny, a sposób przemieszczania się w okolicznym dialekcie został nazwany na Zygmunta czyli: jeśli wypiję za dużo piwa, rower i tak mnie poprowadzi do domu… Nie jest to nic godnego pochwały, ale było tak charakterystyczne, że Zygmunt i jego czarna ukraina pozostały do dziś w pamięci mieszkańców wsi.

Młodzież na wsi porusza się już na innym sprzęcie: skutery, motory, auta. Jeśli rowery, to terenowe (które mają dobre, niezliczone przerzutki) i można nimi sprawnie pojeździć po leśnych ścieżkach i różnych dzikich terenach lub bezdrożach. Sporo gospodarstw agroturystycznych oferuje swoim gościom rowery do zwiedzania okolicy, co przynosi obopólne korzyści.

Kiedyś koń pełnił podstawową rolę w gospodarstwie jako środek komunikacji (czy to pod siodło, do bryczki czy zwykłej furmanki), potem pojawiły się rowery i miejmy nadzieję, że nie zostaną wyparte przez ryczące motory i skutery, których z roku na rok coraz więcej na wiejskich drogach…