Monika Kilian: Niespodziewana miłość

Król Maciuś Pierwszy

Król Maciuś Pierwszy to jedna z największych prawdziwych miłości zwierzęcych, która przytrafiła nam się w życiu za sprawą sąsiedztwa na tyle prostego i nieuczuciowego, że… ale to może po kolei.

Maciek to koń rasy zimnokrwistej, kawał konia – pół tony żywej wagi, mocny, charakterny, ale łagodny jak baranek. Koń, który całe życie przepracował na roli i wcześniej, zanim trafił na naszą wieś, na zrywce w lesie. Piękne i mądre stworzenie, barwy kasztanowej, z jasnym ogonem i grzywą oraz białą pręgą kończącą się po jednej stronie różowego nosa. Po jesiennych zbiorach, puszczany luzem przez sąsiadów, włóczył się, pasąc po łąkach i przychodził często na nasze podwórko. Rano, musowo po prostu, był w progu naszego domu, czekając na powitanie, głaskanie po nosie i pysku oraz codzienne jabłko czy marchewkę. Lubiliśmy go i nie przeganialiśmy spod domu, choć nawet nie przypuszczaliśmy, że pewnego dnia z nami zamieszka.

z braku innego rozwiązania podjęłam decyzję odkupienia Maćka od sąsiadów, wbrew wszelkiej logice – nie mieliśmy stajni, czasu ani środków do postawienia czegokolwiek przed zimą.

Historia była dość smutna, ale typowa dla ludzi używających zwierząt do pracy… Maciek zachorował pewnego lata na zapalenie płuc, które było paskudne. Ze względu na podeszły wiek zwierzęcia żaden weterynarz nie dawał mu szans na całkowite wyleczenie. Maćka czekała sprzedaż na rzeź. Koń stary, zużyty, w gospodarstwie nie ma przywileju na pozostanie do końca swoich dni. Jest nieopłacalny i tyle, musi zwolnić miejsce w stajni na inny, nowszy model. Nie mogłam się z tym pogodzić, więc zaczęłam szukać dla niego zastępczego domu, miejsca w Tarze – znanym schronisku dla koni. Bez powodzenia – schronisko akurat tamtego roku czekała zmiana miejsca i w związku z tym problemy z przezimowaniem ich własnych koni (ponad setki!). Maciek stał na łące każdego dnia coraz bardziej zrezygnowany, kaszlący, załamany… Chodziliśmy do niego – przytulić, pogłaskać, pobyć z nim.

W magicznym też tempie wydobrzał – wypijał wiadra parzonego siemienia lnianego i ziół, które mu na chore płuca przyrządzałam, przestał po miesiącu kaszleć i odżył.

Ostatecznie z braku innego rozwiązania podjęłam decyzję odkupienia go od sąsiadów, wbrew wszelkiej logice – nie mieliśmy stajni, czasu ani środków do postawienia czegokolwiek przed zimą, ale mieliśmy innego sąsiada, który posiadał klacz Dagę i na tyle dużą stajnię, że zgodził się na zaparkowanie naszego konia na zimę… I tak 27-letni Kasztan (bo tak przy umowie kupna-sprzedaży okazało się, że koń miał na imię) stał się w naszej rodzinie Królem Maciusiem Pierwszym! Niewiązany do tej pory w stajni musiał, a przynajmniej próbował dostosować się do nowych reguł obowiązujących u sąsiada –  wiązany na noc do żłobu nie wytrzymał tego ograniczania wolności i… rozwalił cały żłób, a potem boks, który oddzielał go od nowej towarzyszki. W magicznym też tempie wydobrzał – wypijał wiadra parzonego siemienia lnianego i ziół, które mu na chore płuca przyrządzałam, przestał po miesiącu kaszleć i odżył, a nawet można rzec, że zakochał się w Dadze.

fot. Monika Kilian

Na wiosnę biegał kłusem po łąkach i rżeniem spod domu witał z wzajemnością swoją lubą. Nikt nie wierzył, że dożyje do wiosny, a on przeżył jeszcze kolejne trzy zimy – pełny wigoru jak na swoje lata, dobrej energii i miłości. Odszedł pewnego marcowego dnia… Położył się przed stajnią zbudowaną dla niego, głową w kierunku łąki, na której stała Daga… Nie powstał już, nie jadł, nie pił sam, pojony łyżeczką i głaskany następnego dnia, słabo wydał rżenie, na które Daga odpowiedziała, westchnął i pognał na niebiańskie łąki… A w domu zapadła żałoba.

Być może to życie blisko natury i dzikiej przyrody otworzyło mnie na jakiś głębszy z nią kontakt i po prostu czucie każdego bytu.

Bardzo go kochaliśmy, bo miał cudowny charakter i piękną duszę – tak właśnie myślę i czuję, że zwierzęta, z którymi mamy wyjątkowe związki emocjonalne, nie pojawiają się w naszym życiu przypadkiem. Oraz że wszystkie stworzenia posiadają ducha. Być może to życie blisko natury i dzikiej przyrody otworzyło mnie na jakiś głębszy z nią kontakt i po prostu czucie każdego bytu. Zawsze miałam też pewnego rodzaju przypadłość do ratowania zwierząt, przygarniania tych najsłabszych, potrzebujących pomocy, jak i wielką miłość do drzew, którą pamiętam od wczesnych dziecięcych lat. Zwracałam uwagę na kształty, konary, liście, korę, zapach. Pogłębiło się to z biegiem lat, a życie na wsi to był pod tym względem raj.

Po przeprowadzce do miasta życie uratowało mi właśnie drzewo – piękny, rozłożysty klon na moim podwórku.

Po przeprowadzce do miasta życie uratowało mi właśnie drzewo – piękny, rozłożysty klon na moim podwórku, na który patrzyłam, siedząc na kanapie, każdego dnia z pytaniem: Co ja TUTAJ robię?! i bólem w sercu. Głowę rozjeżdżały mi tramwaje za oknem i karetki pogotowia – to niesamowite, ale słyszałam je ciągle – przyzwyczajona do odgłosu wiatru, ptaków i szumu liści, szczekania psów i gadających ze sobą koni na łąkach. Król Maciuś Pierwszy – mój pierwszy i ostatni koń… na razie – tak mnie na wspomnienia o nim wzięło…