No dobra. Mieliście kiedyś dengę (dengue)? Wybity palec u nogi? Złamane żebro? A to wszystko na raz w jednym czasie, na przestrzeni 30 dni, kiedy na dodatek wszyscy myślą; E ten to ma luz.. wyjechał na Bali i leży. Zatem niniejszym odpowiadam po raz kolejny. Ja tu nie jestem na wakacjach, ja tu żyję, a życie 11 tysięcy kilometrów od miejsca urodzenia poza wieloma blaskami ma też swoje cienie. Długie i posępne jak twarz tego gościa z lodowej krainy z Gry o Tron.
O, tego.

Tak napisałem, bo już za chwilę nie będzie innego tematu jak John Snow i spółka, wszak ostatnia seria już za chwilę. No nic, wracajmy do zielonej, no bo na pewno nie szarej, rzeczywistości miejsca, w którym się znajduję.

Minęło pół roku, od kiedy z całą familią postawiliśmy nasze 10 stóp na indonezyjskiej ziemi.

Mało? Nie. Dużo? Nigdy nie jest za dużo… Jedno jest pewne: miesiąc miodowy dawno się skończył, a codzienność brutalnie pozamiatała biały piasek, lazur wody i wygodnie rozsiadła się na fotelu rzeczywistości. Od razu tylko powiem, że nie zaskoczyła mnie tym specjalnie, bo etap naiwności, który pozwoliłby mi przypuszczać, że jadę do raju, mam już za sobą od jakichś 20 lat. Ja tu po prostu mieszkam, z dobrodziejstwem całego inwentarza. Nie przeprowadziłem się na Dolny Śląsk. Przeprowadziłem się do innej strefy czasowej, ale przed wszystkim mentalnej. Bo mentalność tutaj jest poddawana wielu próbom. Wyrozumiałości, cierpliwości, radości i strachu. Podsumowując – łatwo nie jest.

To, co do tej pory znałem z filmów przyrodniczych, okraszonych cudownym głosem Krystyny Czubówny, nagle stało się moja codziennością. Tyle, że w tych filmach niewiele było o tym, że jak się skończy gaz w butli, to wcale nie oznacza, że można go tak łatwo wymienić. Zawsze czegoś brakuje – gumki, zaworka, plasticzku małego, a nie ma to jak ogień, co gaśnie pod patelnią, na której właśnie zaczęła smażyć się jajecznica.

Ale ja nie o jajkach dzisiaj, tylko o życiu. No to jak się już uporam z gazem, to zaglądam do internetu, a tam – o proszę – informacja o kolejnych inwestycjach w systemy ostrzegawcze przeciwko tsunami na Bali. To super, że inwestycja i że będą nowe syreny, ale jednak już od rana przypomina mi to o tym, że usadowiłem się z familią w miejscu na Pasie Pacyfiku znanym również jako Pierścień Ognia, gdzie kilka płyt tektonicznych spotyka się ze sobą i powoduje częste działania wulkaniczne i sejsmiczne.

Jezioro Baturna Bali. W tle wulkan Agung. fot. pxhere.com / justps2

Z wulkanem można się dogadać. Po prostu Balijczycy go szanują, On ich, więc nie zionie ostatnimi laty. Agung – bo tak się nazywa – nie wypluwa też chwilowo lawy, więc wydaje się być bezpiecznie. Chwilo trwaj – mogę sobie powiedzieć. A jeśli chodzi o kwestie sejsmiczne to w ciągu pół roku przeżyliśmy tu cztery trzęsienia ziemi. Dwa przespałem, bo ziemią bujało w nocy, więc relację mamy od Olgi, którą obudziło dziwne tarmoszenie. To tarmosiła ziemia. Podczas kolejnego wsiadałem do samochodu, więc myślałem, że sam ruszył i się buja – a to ziemia się jednak bujała. Ostatniego nie poczułem, za to Stasiek leżąc na łóżku czuł się przez chwilę jak na statku. Więc jak do tej pory Bali obeszła się z nami łagodnie, ale.

Ale ja nie bagatelizuje tego absolutnie. Wręcz odwrotnie: kładziesz się spać i myślisz sobie: A może to dzisiaj. Oczywiście myśli można odpędzić i zracjonalizować, ale żywioł czuwa, tuż za drzwiami. To takie właśnie newsy sobie czytam w internecie rano i cieszę się, że nam te syreny ostrzegawcze nowe stawiają, bo napisali jeszcze, że

w roku 2018 Indonezja została dotknięta przez 11 577 trzęsień ziemi

w tym kilka z nich spowodowało poważne straty, a liczba ta znacznie wzrosła w porównaniu z rokiem 2017. No to takie moje poranki z www. Jak wchodzę na polskie strony to jest jeszcze gorzej…

Poza tym człowiek nie jest też już taki pierwszej młodości, to i dopada go raz na jakiś czas wszystko na raz. Fajnie, że są tacy co myślą, że Bali to fotka z zachodzącym lub wschodzącym słońcem albo palmy i tarasy ryżowe. Dla mnie Bali to codzienność, która załomotała do mojego organizmu kilka tygodni temu i ścięła z nóg. Nie to, żeby nie ostrzegali przed wrednymi pasiastymi komarami co roznoszą dengę (o właśnie jednego utłukłem dokładnie w tej chwili odrywając rękę od klawiatury – brawoooo ja), ale jak tu się obronić skutecznie przed czymś czego nie widać.

No to mnie ugryzł taki jeden, a po 4 dniach mój organizm się odłączył. Powiedział NIE. Padłem i leżałem z gorączką pod 39, a jedyna myśl jaka mi się kołatała to była: Co to? Co mi? Zwłaszcza, że następnego dnia o 5 rano wylatywaliśmy z cała rodziną do Singapuru… na zwiedzanie. W sytuacji ogólnego niemożenia poruszania żadną z moich kończyn posłusznie nafaszerowałem się lekami na gorączkę i jak robot wsiadłem do samolotu. Przez kolejne dni chodziłem, zwiedzałem, szalałem na rollercoasterze z dziećmi w studio Universal.. ok, może byłem trochę małomówny, ale wszystko pamiętam… no, może troszkę jak przez mgłę, ale zawsze można to zwalić na deszczową pogodę w Singapurze. Kiedy wróciliśmy z wycieczki i przewróciłem się na ulicy z osłabienia, pomyślałem sobie – hmm to nie może być zwykły wirusik. W szpitalu po pobraniu krwi powiedzieli jedno słowo – DENGUE (denga).

Tak, poznaliście: Wikipedia.

Postrach travellerów, mieszkańców i ekspatów na Bali. Legendy o tym, kto jaką miał odmianę i ile dni spędził w szpitalu opowiada się na każdej imprezie. Na dengę nie ma lekarstwa. Trzeba 10 dni być prawie nieprzytomnym, pilnować przy tym zbyt małej obecności trombocytów we krwi i pić sok z guawy. Jako że w czasie, kiedy miałem to okrutne choróbsko, wtedy kiedy trzeba się było opiekować rodziną na wycieczce, po prostu je przechodziłem. Padłem potem… ale warto było bo kolega nadał mi przydomek T100 – czyli Terminator, a dzieci fajnie bawiły się w Singapurze.

O kurde, zapomniałem dodać, że Singapurze pierwszego dnia wybiłem sobie palec u nogi. A tam, palec. Po prostu zaślepiony nowoczesną cywilizacją i nieco otumaniony lekami, co to mnie podnosiły postanowiłem poślizgnąć się w klapkach i przykotłować palcem w krawężnik. Całe szczęście, że widział to tylko Stasiek. Męska zmowa milczenia pozwoliła nieco ukryć przed rodziną ten drobny defekt. Palec spuchł i schowałem go w butach. No dobra trochę kulałem, ale w końcu nie na co dzień jest się z rodziną w Singapurze na pieszym zwiedzaniu.

wybaczenie wrogom
fot. Jacek Kaczyński

Ale nie ma sensu się nad sobą użalać. Zwłaszcza, że ładnie mam tu dookoła. Jedzenie dobre, transport niedrogi i na ubrania nie trzeba wydawać zimowe zbyt wiele kasy. Chociaż nigdy nie spodziewałem się, że zatęsknię za chłodem aż tu nagle pojawił się zew mrozu. I może zabrzmi to dziwnie , ale dzięki temu stałem się bardzo zaciętym kinomanem. Nie dlatego, że grają tu tyle fajnych filmów, bo repertuar raczej w stylu małomiasteczkowego multipleksu – czyli trochę rąbanki, kilka horrorów, coś dla dzieci i jeden na dwa tygodnie sztos. Po prostu w kinie można założyć bluzę z kapturem. Na sali jest tak zimno, że colę dają bez lodu a pod koniec seansu wszyscy smarkają i to nie ze wzruszenia.

Z rzeczy takich bardziej mnie zaskakujących znudziły mi się klapki. Więc w 30 stopniowym upale zakładam skarpetki i adidasy. I już mi lepiej. I w sumie jak już tak ostatnio szedłem w tych adidasach, podczas wyjazdu do stolicy kraju, na Polska Festival – Jakarta 2019, to nagle musiałem się schylić bo wkładałem sprzęt fotograficzny do bagażnika. Szedłem dziarsko, bo z dengue już się wyleczyłem a wybity palec przestał być siny, tylko stał się bardziej cielisty. I właśnie wtedy usłużny pan chciał mi pomóc i przytrzymać klapę, odskoczyła jakaś blokada i w oczach pojawiła się światłość, a raczej świeczki. Pan niechcący złamał mi tylne żebro, co spowodowało, że przez kolejne trzy dni spałem na stojąco. Ma to swój urok, kiedy nie możesz przebywać w jednej pozycji dłużej niż 15 sekund. Nie możesz także zbytnio się śmiać a kichanie sprawia Ci ból bliski skurczom porodowym – przynajmniej z tego co słyszałem o skurczach od Doroty.

smartfon wzrost przestępczości
fot. Dorota Wawryniuk

Tak więc oto stoję przed Wami wypluty przez dengue, z wybitym palcem i złamanym żebrem i mówię nadal to co mówiłem pół roku temu. Za nic w świecie bym decyzji o wyjeździe nie zamienił. Pół roku za mną i wiele, wiele przede mną i w myśl zasady, że co nas nie zabije to nas wzmocni, szczerze się cieszę. Cieszę się, że nie muszę patrzeć jak jacyś debile palą książki dla dzieci i jak kurczy się coraz bardziej światopogląd młodych Polaków w moim rodzinnym kraju.

PS: W czasie kiedy pisałem ten tekst Dorota – moja małżonka leżała bez ruchu drugi dzień o wodzie… stuknąłem ostatni raz w klawisze i pojechaliśmy do szpitala … diagnoza była oczywista – Denga !!! No cóż przed nią kilka dni leżenia, ale jak szacun w towarzystwie potem. Bo tutaj przejście dengi to taki jakby medal za pobyt… jest o czym opowiadać. Dlatego Olga – siostra moja tez przeszła sobie dengę … a co!


REO POLECA: Jak to wszystko się zaczęło?

📻 A MOŻE rzucić wszystko i wyjechać na Bali?

Jacek Kaczyński
Człowiek renesansu, chodząca beczka śmiechu, kiedy powie coś poważnie – szczególnie daje do myślenia. Zaczynał pracę w mediach, jako junior zapowiadający muzykę w niegdysiejszej TV, założonej w Polsce przez Boba Geldofa – Atomic TV. Później m.in. zajmował się produkcją TV w 4fun.tv i był szefem TV Polsat Play. Wyemigrował na Bali, skąd przesyła dla REO korespondencję do cyklu DO GÓRY NOGAMI