Renata Dancewicz: Mazgaje nie przetrwają

Cackamy się ze sobą nieprzyzwoicie.

fot. pixabay.com

Korciło mnie zawsze, żeby, huśtając się na dwóch nogach krzesła, wziąć większy zamach i upaść do tylu. Superszpieg Suworow w swoim Akwarium zapewniał, ze instynkt samozachowawczy sprawi, że moja głowa automatycznie pochyli się do przodu i uniknie zetknięcia z ziemią.

Wyczyny naszych ziomków pretendujących do nagrody Darwina zdają się potwierdzać, że ludzkość jest dużo bardziej wytrzymała, niż na pozór wygląda. Dotarliśmy przecież na sam szczyt ewolucji. Chociaż trudno w to uwierzyć, patrząc, jak bardzo pieścimy się ze sobą.

Roztrząsamy każde niepowodzenie i zły humor na psychoterapii, poświęcamy mnóstwo czasu, żeby wynajdywać w sobie coraz więcej usterek i niedoskonałości. Cackamy się ze sobą nieprzyzwoicie. Jeść czy nie jeść. Siłownia czy bieganie. Chudnąć dzięki ćwiczeniom czy raczej niejedzeniu. Dieta dr Dąbrowskiej czy białkowo-tłuszczowa. Pudelka czy chałupnictwo.

Oprócz tego, że to trochę nietaktowne w świecie, gdzie ludzie umierają z głodu, nasuwa się również pytanie, jak to się ma do ewolucji? Czy człowiek-mazgaj tak bardzo skupiony na sobie i swoich najdrobniejszych emanacjach w ogóle ma szanse na przetrwanie? Czy mamy gdzieś nasze pochodzenie i czy natura przegrała z kulturą definitywnie?

Jeśli chcemy pobyć jeszcze na tym łez padole, może powinniśmy się uskromnić i zresetować – powrócić do bardziej nagiego człowieczeństwa. Bardziej pierwotnego? Mniej wymagającego i bardziej dla innych użytecznego?

Czytam właśnie wszechpochłaniające Córki Wawelu Anny Brzezińskiej i jest to świetna terapia na dzisiejszy bezwzględny indywidualizm. Ludziom stamtąd nie przychodziło do głowy zadanie bycia szczęśliwym i samozrealizowanym. Żyli bliżej siebie, pewne rzeczy musiały być zrobione i nikt się nad sobą nie litował. Takie zanurzenie się w przeszłości i porównanie ich do nas, prowadzi do konstatacji, że, niestety, niestety, jesteśmy mięczakami.

Potrzebujemy badań naukowych, że grzebanie w ziemi daje nam poczucie szczęścia. Że jeśli pomagamy innym, to nie tylko działamy zgodnie z naszym ewolucyjnym oprogramowaniem(bo to się naszemu gatunkowi opłaca), ale też wzrasta przy okazji poziom serotoniny.

Musimy mieć przepisane na recepcie to, co od wieków wydawało się normalne i życiowe. Nie chce wyjść na wsteczniaczkę, ale nie tylko starożytna cnota dzielności przydałaby się nam w nowej odsłonie. Również zasada złotego środka. I to, że jesteśmy zbici z pantałyku i zalęknieni, bo technologie i świat gnają do przodu; bo globalizacja, kosmos, brak granic, bo makroskala i nieskończoność, to niekoniecznie nasza ułomność.

Jako gatunek przystosowani jesteśmy do mniejszej skali i wolniejszego tempa. Szanujmy siebie i swoje ograniczenia, nie wyrywajmy samodzielnie spod siebie dywanika. Postęp – tak, jak najbardziej! Ale z godnością, nie tak nerwowo. Co ma wisieć, nie utonie.

Wychowałam się po części na wsi, blisko natury i lubię myśleć, że twarda laska ze mnie i że poradzę sobie w każdych warunkach. Że jak nie mam, to nie muszę.

Wyobrażam sobie, że moja starość gdzieś nad morzem, w klubie morsów. Wskakuję z wrzaskiem w lodowate fale Bałtyku i hartuję mdłe ciało. Planuję wyjazd surwiwalowy, gdzie rzucona w bezempatyczną naturę przekonam się, ile naprawdę jestem warta i czy zasługuję na przetrwanie. Śnie się sobie na bezludnej wyspie, jak krok po kroku czynię ją sobie poddaną, a przynajmniej nie umieram w pierwszym odcinku.

Tymczasem zarezerwowałam weekend w Busku-Zdroju, jedziemy z przyjaciółką do wód celem zażycia zarówno spa, jak i sanatorium, czego i wam życzę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here