📻 Michał Oleszczyk: Oscar dla Polki?

Szanse Joanny Kulig są bardzo wysokie – swoją opinią dzieli się z czytelnikami REO ogarnięty filmoznawca.

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito.

Poza tym, że za oknem sypie się nam państwo prawa i że po wojnie plemion nie będzie wkrótce co zbierać, gruchnęła wczoraj w sieci wiadomość nader pozytywna i stosowna do letniej aury. Oto amerykański magazyn The Playlist umieścił na liście swych oscarowych przewidywań Joannę Kulig, której rola w Zimnej wojnie Pawła Pawlikowskiego (czekającej co prawda na swą amerykańską premierę do prestiżowego sezonu grudniowego, ale przyjętej owacyjnie na Festiwalu w Cannes już w maju), postawiona została w jednym rzędzie z takimi nazwiskami, jak Amy Adams, Nicole Kidman, Viola Davis czy Saoirse Ronan.

Dla polskiej artystki jest to niebywałe wyróżnienie. Co prawda ani Kidman, ani Ronan nie są Amerykankami (pierwsza jest Australijką, druga Irlandką), ale obydwie grają po angielsku i należą do anglosaskiego kręgu kulturowego, który dominuje w Oscarach z iście mocarstwową niepodzielnością. Joannie Kulig należą się ogromne brawa, a przed jej agentami (i przed nią samą, rzecz jasna) stoi niebagatelne zadanie zdyskontowania sukcesu i dalszego budowania pozycji gwiazdy – teraz już światowego kina.

Tym razem się uda

Szanse Joanny Kulig na nominację oceniam jako bardzo wysokie. Jej kreacja jest nie tylko najsilniejszym aspektem Zimnej wojny, ale przede wszystkim pełnokrwistą rolą melodramatyczną. Wygraną na silnych emocjach, bez grama histerii – i z okazją do kilku popisów wokalnych. Już Agata Kulesza w Idzie tegoż Pawlikowskiego otarła się o nominację (film Oscara otrzymał), hipnotyzując zachodnich recenzentów stężeniem traumy i zgorzknienia zapisanego w każdym geście i w każdym zaciągnięciu się papierosem.

Myślę, że tym razem się uda. Weźmy pod uwagę kilka czynników. Po pierwsze, Pawlikowski ugruntował swoją pozycję jako najważniejszy reżyser tworzący obecnie w Polsce – a być może w ogóle w naszej części Europy. Po drugie, Irańczyk Asghar Farhadi udowodnił, że Akademia nie ma nic przeciwko nagradzaniu dwukrotnie filmów formalnie i tematycznie zbliżonych, jeśli są dobre (Rozstanie w 2012 roku, Klient pięć lat później). A jest oczywiste, że realizując Zimną wojnę reżyser postawił na tę samą estetykę (wąski ekran, wysmakowana czerń i biel, skrótowe i eliptyczne opowiadanie). Po trzecie i najważniejsze: sama Kulig z całą pewnością zafascynuje Amerykanów połączeniem słowiańskiej urody, emocjonalnej żarliwości oraz aktorskiego warsztatu. A także faktem, że dała prawdziwe star performance w filmie bazującym na popularnym wyobrażeniu tego, czym był okres 1945-89; tudzież jak wpływał on na ludzkie losy i wybory po dwóch stronach silnie zmitologizowanej żelaznej kurtyny. (Ciekawe, że nikt jeszcze nie wskazał na pokrewieństwo duchowe między Zimną wojną a Niebem nad Berlinem [1987] Wima Wendersa; moim zdaniem te dwa czarno-białe filmy pięknie się uzupełniają w swojej poetyckiej wizji świata podzielonego na Zachód i Wschód linią demarkacyjną o obscenicznej wręcz konkretności, czyli Murem).

Wschodnioeuropejski melodramat

Jest rzeczą bardzo istotną i działającą na korzyść oscarowych szans, że film Pawlikowskiego nie będzie stanowił dla amerykańskiego widza poznawczego wyzwania (dla pewnej grupy może być trudny estetycznie, ale jego piękno jest na tyle przystępne, że także w tym względzie nie jest to obraz hermetyczny). Nie naruszy bowiem jego (bądź jej) wyobrażenia o moralnym umocowaniu powojennej geopolityki, a przy okazji przyjemnie umocni wiarę w amerykański jazz jako swoistą lingua franca ludzkiej wolności. Innymi słowy, Zimna wojna wpisze się płynnie w wyobrażenia już wykute dziesiątkami zimnowojennych melodramatów i filmów szpiegowskich, od Trzeciego człowieka (1949) po wszystkie adaptacje Le Carré’ego razem wzięte (ze Szpiegiem [2011] na czele). Syty – choć aktualnie dość mocno spanikowany o własny dobrobyt i szukający komfortu w piekle innych – Zachód uwielbia okresowo wzruszyć się na rosyjskim lub wschodnioeuropejskim melodramacie, który przemawia do wyobrażenia o żarliwości słowiańskich serc i ich niemożliwym do utulenia żalu.

Oscar dla Polki
Kadr z filmu “Lecą żurawie”

Stąd Oscar dla pamiętnego Moskwa nie wierzy łzom (1980) Władimira Mieńszowa, tudzież niesłabnąca miłość do Lecą żurawie (1957) Michaiła Kałatozowa, stanowiącego nie tylko symbol odwilżowego kina radzieckiego, ale i nagrodzonego Złotą Palmą w Cannes. Jeśli zestawimy ową predylekcję widza zachodniego z technicznym i formalnym mistrzostwem samego filmu (scenariusz, zdjęcia, montaż, muzyka) – a dodatkowo doprawimy rosnącym zatroskaniem obywateli zachodnich demokracji o antyliberalne zapędy rządów Prawa i Sprawiedliwości (stanowiące niewypowiedziany, ale oczywisty kontekst dla historii opowiedzianej w filmie, przywoływany w canneńskich wywiadach przez samego twórcę), dostajemy tzw. pewniaka.

Klimat na różnorodność

Nie zapominajmy także, że Amerykańska Akademia Filmowa stawia ostatnio (po licznych atakach za seksizm, rasizm i kultywowanie własnego statusu klubu starszych białych facetów) na większą dywersyfikację i inkluzywność – zarówno członków (właśnie przyjęto ich kolejny kontyngent, wielce zróżnicowany pod względem narodowościowym i płciowym), jak i nagradzanych filmów (czego dowodem choćby zwycięstwo wybitnego gejowskiego melodramatu o afroamerykańskim mężczyźnie z nizin społecznych – Moonlight Barry’ego Jenkinsa – w kategorii Najlepszy Film przed rokiem). Z tego też względu nominowanie roli nieanglojęzycznej byłoby pewnym dodatkowym sygnałem postępowych przemian w duchu antytrumpowskiej rebelii, waloryzującej różnorodność na przekór snom o Ameryce znów wielkiej i znów białej.

Warto też przypomnieć fakty historyczne dotyczące samych werdyktów Akademii. Do tej pory Oscara za kobiecą rolę wiodącą dostały tylko Włoszka Sofia Loren (za Matkę i córkę w roku 1961) i Francuzka Marion Cotillard (za Niczego nie żałuję – Edith Piaf w roku 2008). Nie liczę Anny Magnani (Tatuowana róża, 1955) i Simone Signoret (Miejsce na górze, 1959), bo obydwie odebrały statuetki za role grane po angielsku i bazujące na anglosaskiej literaturze (Tennessee Williams, John Braine), dodatkowo oswajającej ich ekranową obecność. Z Europy Wschodniej nominację otrzymała jedynie Ida Kamińska ponad pół wieku temu (za czechosłowacki Sklep przy głównej ulicy, 1966), tuż przed haniebnymi wydarzeniami marca 1968, które przesądziły o jej emigracji z Polski.

Egzotyczna słowiańskość

Trzeba sobie jednak uświadomić, że – z wyjątkiem Kamińskiej – nominacje za role główne grane w innych językach niż angielski, otrzymywały wyłącznie Francuzki (Anouk Aimée, Marie-Christine Barrault, Catherine Deneuve), Włoszki (Magnani) i pojedyncze aktorki ze Skandynawii (Liv Ullmann), Grecji (Melina Mercouri), Hiszpanii (Penelope Cruz) i Ameryki Łacińskiej (Fernanda Montenegro, Catalina Sandino Moreno). Słowiańskość jest dla Amerykanów jednocześnie egzotyczna, jak i kolonialnie seksowna i niezrozumiała – o czym pośrednio świadczą sukcesy słowiańskich modelek (podziwianych, ale niemych; mających wyłącznie wyglądać), a bezpośrednio – choćby wybitny film pt. Anna (1987), zrealizowany przez Yurka Bogayewicza wedle scenariusza Agnieszki Holland, a opowiadający o przeszkodach, jakie czekają w amerykańskim biznesie rozrywkowym na aktorki z Europy Wschodniej (w jednej ze scen nowojorska agentka mówi o aktorkach z tej części świata: – Zawsze mają fatalny zgryz).

Oscar dla Polki
Elżbieta Czyżewska i Wiesław Gołas w filmie “Żona dla Austalijczyka”.

Film Anna był inspirowany nowojorskimi losami Elżbiety Czyżewskiej, której – mimo udanej kariery w rolach drugiego i trzeciego planu – nigdy nie udało się zagrać wiodącej roli w amerykańskim filmie i której twardy akcent stał się niemal symbolem przeszkody niemożliwej do przeskoczenia dla aktorek ze słowiańskim backgroundem. Takie aktorki – jeśli iść za gorzkim w tym aspekcie życiorysem Czyżewskiej – mogą co najwyżej zainspirować napisanie takich postaci, jak tytułowa bohaterka Wyboru Zofii (1982) wedle powieści Williama Styrona (zafascynowanego naszą gwiazdą), ale postaci te koniec końców zagrają na hollywoodzkim ekranie aktorki rodzime w rodzaju Meryl Streep (komplementowane następnie – co za paradoks! – za umiejętne sfingowanie słowiańskiego akcentu…). Dość powiedzieć, że odpowiednik Czyżewskiej gra w Annie Amerykanka Sally Kirkland, nominowana zresztą za tę rolę do Oscara. (W jej czeską podopieczną, aspirującą i okrutną zarazem, wciela się zaś – także bezskutecznie walcząca o status hollywoodzkiej gwiazdy – Czeszka Paulina Porizkova; sama rola była zresztą wzorowana ponoć na Joannie Pacule).

Przebijemy szklany sufit

Wybitna rola wspaniałej polskiej aktorki Joanny Kulig w Zimnej wojnie Pawła Pawlikowskiego ma szanse sięgnąć po najwyższe światowe laury. Można się z tego tylko i wyłącznie cieszyć. Być może radość ta będzie podwójna, kiedy uświadomimy sobie (a taki jest poniekąd cel tego tekstu), że szklany sufit oddzielający wybitnie uzdolnione aktorki z naszej części świata od anglosaskiej elity showbusinessu jest bardzo gruby. Sufit ten ma charakter czysto uznaniowy i postkolonialny (zwracam uwagę, że żadnej aktorce afrykańskiej ani azjatyckiej nie udało się dotąd jego przebicie na polu oscarowych nominacji za rolę główną, choć wyjątki zdarzały się w kategorii ról drugoplanowych).

Zimna wojna jest zatem wehikułem przewiercającym się przez ów sufit w sposób popisowy. Jest to film piękny wizualnie, wysmakowany muzycznie, komunikatywny narracyjnie, czysty gatunkowo (melodramat zawsze w cenie!). A zarazem utwierdzający widza zachodniego w dotychczasowym imaginarium powojennej wyobraźni historycznej, w której to, co na wschód od Łaby, na zawsze spowite jest sadzą dawnych zniszczeń i połyskuje bezskutecznie tamowanymi łzami. Wyjątkiem i autentycznym novum jest tu brawurowe wprowadzenie polskiej ludowości: tym nie udało się uwieść Zachodu nawet Wajdzie, kiedy zrealizował swoje halucynogenne Wesele w 1972 roku. Tym większe brawa dla Pawlikowskiego.

Pozostaje trzymać kciuki!

Michał Oleszczyk
Krytyk filmowy i konsultant scenariuszowy, wykładowca Wydziału „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego