📻 Michał Oleszczyk: Nowe społeczeństwo zaczyna nie wybaczać. Roman Polański sezon 2018

Od autora: UPRASZA SIĘ O DOCZYTANIE DO KOŃCA!

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 



Roman 
Polański i Bill Cosby wyrzuceni z Amerykańskiej Akademii Filmowej; Nobla literackiego także w tym roku nie będzie, bo Akademia Szwedzka ma własny seks-skandal do publicznej przepierki.

Patrzę na falę doraźnych emocji na FB i – jak to mam w zwyczaju – staram się spojrzeć nieco szerzej, tzn. wzbić się ponad ograniczenia własnej bańki. Tym bardziej że odczuwam pewien poznawczy dysonans. Kilka dni temu byłem na festiwalu Off Camera, gdzie tzw. selfik z Polańskim był dla wielu osób niemalże Świętym Graalem – a te same osoby, które wrzucały zdobyczne fotki z hasztagiem #rozmowazmistrzem, ewentualnie #mistrzRoman, kilka miesięcy temu ochoczo brandowały swe profile hasłem #metoo, wyrażając solidarność z ofiarami seksualnej przemocy (a zgadzamy się wszyscy, że trzynastoletnie dziewczynki zmuszone do seksu do nich należą). Być może dla tych osób żaden dysonans nie zachodzi, a ja jestem dziwakiem i symetryzm zjadł mi mózg. Nie wykluczam.
A być może sprawa jest głębsza. Być może, że – i ja przychylam się do takiej tezy, a w zasadzie formułuję ją tu po raz pierwszy – jesteśmy świadkami zmierzchu pewnej formacji kulturowej, która przez ostatnie dwa stulecia formowała myślenie ludzi Zachodu. Formacja ta, nazwijmy ją romantyczno-modernistyczną, starała się nas przekonać (z globalnym niemal powodzeniem), że artysta ma w społeczeństwie status szczególny i że sztywne mieszczańskie normy moralne nie mogą być w jego/jej przypadku stosowane równie rygorystycznie, jak w przypadku ludzi rzekomo nie-twórczych (rzemieślników i ludzi biznesu, którzy mogą być co najwyżej mecenasami sztuki, ewentualnie jej odbiorcami). Czy będzie to Frida Kahlo, czy Lord Byron, czy Ernest Hemingway, czy Virginia Woolf – literatura XIX i XX w. w dużej mierze celebruje rozmaite formy – także seksualnej – transgresji, która nawet kiedy narusza obyczajowe normy, często ukazana jest jako forma dążenia do wyższych form samoświadomości. Sposób dojścia do artystycznych objawień często bywa w tej tradycji owiany tajemnicą, a czasem (jak w przypadku Jeana Geneta czy Williama Burroughsa, ale i Reinera Wernera Fassbindera) zawiera elementy szokujące, destrukcyjne dla artysty i jego otoczenia – z czynami kryminalnymi i przelewem krwi włącznie.
Zważywszy na impet ku moralnemu rozliczeniu czynów świeżych i dawniejszych, który obecnie przebudowuje pejzaż naszej kultury, można się domyślać, że powoli będziemy wracać do formuły bliższej średniowieczu bądź renesansowi – takiej mianowicie, w której artysta daje przykład moralnego, harmonijnego życia (także dzięki socialmediowym awatarom, pijącym prosecco i oddającym się działalności charytatywnej w przerwach między tworzeniem sztuki). Życia, w którym wszelki eksces i naruszenie norm jest albo pogwałceniem bożych praw, albo godnym napiętnowania ignorowaniem umowy społecznej. Taki impuls jest co prawda wrogi większości spuścizny artystycznej XX w., z kontrkulturą lat 60. na czele, ale nie można wykluczyć, że nowe mieszczaństwo i nowa (przeważnie konserwatywna) klasa polityczna będzie chciała sponsorować (i konsumować) wyłącznie taką sztukę, która będzie posiadała certyfikat obyczajowego bezpieczeństwa: ani jej treść, ani życiorys jej twórcy, nie będzie wymuszać niekomfortowej konfrontacji z czymkolwiek, co naruszałoby tabu. (Oczywiście lista transgresji w międzyczasie się zmniejszyła: poza polską prawicą i radykalnym islamem trudno np. byłoby znaleźć kogoś, dla kogo monogamiczny związek homoseksualny jawiłby się jako cokolwiek więcej niż przysłowiowa leworęczność).
Czy to źle? Nie nam sądzić. Kultura płynie, kędy chce. Być może, że po pół wieku od momentu (umownie nazwijmy go rokiem 1968), kiedy kultura Zachodu poddała się kontrkulturowemu impulsowi, fala przeciwna jest po prostu nieunikniona. Należy jedynie pamiętać o rachunku zysków i strat: oczywiście, że możemy mieć kulturę spokojną jak Szwajcaria, ale liczmy się z tym, że nagle zaroi się wokół nas od dzieł stanowiących kreatywny ekwiwalent zegara z kukułką (by sparafrazować dialog z genialnego Trzeciego człowieka Carola Reeda, rzecz jasna). Nie wykluczam nawet, że ich uspokajające i miarowe tykanie (i kukanie) jest tym, czego nam obecnie najbardziej potrzeba, żebyśmy nie rzucili się sobie do gardeł.
Wydaje się bowiem, że dzięki mediom społecznościowym i radykalnym formom dostępu do informacji coraz trudniej będzie chronić domenę artystycznej bohemy jako krainy Shangri-La, w której nawet jeśli dochodzi do transgresji i łamania reguł społecznego współżycia, to oczy maluczkich i tak pozostają zmrużone od bijącego od niej (także erotycznego) nimbu. Tak się składa, że na intensyfikacji owego blasku (kluczowe słowo: glamour) zbudowano najważniejszą dwudziestowieczną sztukę, czyli kino. I to właśnie jej giganci – zazwyczaj mężczyźni o wielkim ego i wielkim apetycie seksualnym, chronionym systemową obłudą, dyskredytowaniem ofiar i modernistyczną ideologią wyjątkowości twórcy –obecnie padają jeden po drugim, w miarę jak tajone przez dekady zeznania pokrzywdzonych wypływają na powierzchnię. Do tego dochodzi rzecz jasna motyw ekonomicznego gniewu, odczuwanego przez młodsze pokolenia twórców z globalnej wioski, którzy prywatnego basenu w Beverly Hills z dużym prawdopodobieństwem nigdy się nie dorobią, a i kredyt spłacą (z trudem) około sześćdziesiątki, kiedy nawet na staromodne orgie i odkrywanie siebie czasu zostanie stosunkowo niewiele.
Ktoś powie: doigrali się, i będzie miał rację. Ktoś inny dostrzeże, że obaleniu hegemonii towarzyszy impuls purytański, stojący na bakier z dwoma stuleciami nieskrępowanych ludzkich poszukiwań – i także będzie miał rację. A ktoś jeszcze zauważy, że wszystko to jest na rękę Chinom, bo nasza kultura pięknie się skurczy, a na koniec Chiny i tak ją zgrabnie przykryją. I to będzie już przesada. Chyba.
Na razie jest dość schizofrenicznie, co mnie nie martwi, bo schizofrenią modernizm stoi. Pytanie, czy jesteśmy otwarci na sztukę twórczo rozdrapującą tę ranę, czy raczej będziemy żądać sztuki bandażującej ją i zalewającą dla pewności betonem, pozostaje pytaniem otwartym.
 __________________________________________________________

Michał Oleszczyk – krytyk filmowy i konsultant scenariuszowy, wykładowca Wydziału „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego

Michał Oleszczyk
Krytyk filmowy i konsultant scenariuszowy, wykładowca Wydziału „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego