Michał Michałowski: Przecisnąć się przez Wielki Filtr

Czy ludzkość przetrwa?

Niekończąca się przestrzeń pełna gwiazd, czarnych dziur, kolorowych obłoków, odległych planet, pędzących w mroku komet… –  taki zarys kosmosu wyłania się z naszej dotychczasowej wiedzy na jego temat. Ale czegoś tutaj jeszcze w tym wyobrażeniu brakuje. Skrajni optymiści, do których się zaliczam, oczekiwali ogromnego znaku na niebie mówiącego: Nie jesteście sami, a ci mniej pewni liczyli na jakikolwiek ślad, który mogła zostawić po sobie obca inteligencja. Czyżby tylko na Błękitnej Planecie życie dostało szansę lub przetrwało na tyle długo, aby dać innym znać o swoim istnieniu?

Bieg o życie

Brak potencjalnie niezrozumiałego dla nas pozdrowienia z kosmosu rozbrzmiewającego w słuchawkach radiowców wyjaśnia w przystępny sposób paradoks Fermiego. Znajdujemy się zbyt daleko, komunikacja na taką odległość jest technicznie niemożliwa lub po prostu ktoś nie widzi potrzeby informowania o swoim istnieniu. Przypuszczeń jest wiele, a wśród nich znajdziemy również zakładającą skłonność inteligencji do samozagłady: w wyniku wojen, dewastacji  środowiska, rozkładu cywilizacji czy nawet czegoś tak futurystycznego jak plagi lemowskich mikroautomatów.

Drogę wiodącą od życia na najprostszym chemicznym poziomie po coraz bardziej złożone organizmy, poprzez pierwsze iskierki inteligencji aż do pozaukładowej ekspansji nazywamy Wielkim Filtrem. Pod tym pojęciem, najprościej mówiąc, kryje się suma przeszkód, jakie stoją przed życiem. Wprowadził je po raz pierwszy amerykański ekonomista, Robin Hanson, i już na stałe pojęcie to związało się z koncepcją paradoksu Fermiego oraz płynących z niego implikacji. Na końcu tej drogi, w teorii, gatunek osiąga bezpieczną przystań. Człowiek znajduje się na ostatniej prostej tego kosmicznego maratonu. Z czym możemy mieć problem, by przecisnąć się przez Wielki Filtr?

Ekologiczny kolaps

Zmagamy się ze zmianą klimatu będącą efektem nieodpowiedzialnej gospodarki (z perspektywy czasu niekoniecznie w pełni pozytywnym przełomem była rewolucja przemysłowa). Niebezpieczne zjawiska pogodowe przybierają na sile, morza napierają na nadbrzeżne metropolie, susze gnębią uprawy, a topniejąca wieczna zmarzlina szykuje się do uwolnienia nieznanych nam patogenów. Endemiczne gatunki zwierząt z pacyficznych wysp są na skraju wyginięcia, a populacje zamieszkujące lasy deszczowe kurczą się systematycznie. Planeta pustoszeje, a klimat zerwał się ze smyczy.

Środowisko ma granice popytu, jakiemu może sprostać, a jej przekroczenie zubaża możliwości ekosystemu.

Wbrew dziwnemu w mojej opinii poglądowi, jakoby człowiek i środowisko istniały obok siebie, a nie wspólnie, nie uda nam się przejść przez Filtr, jeśli pozbawimy się – jak na razie – jedynego domu (wyginięcie pszczół będzie dużym krokiem ku tej zagładzie). Brak metki z ceną na ekosystemie nie znaczy, że jego wykorzystywanie nic nas nie kosztuje. Im bardziej przełowimy ławicę, tym mniej ryb w niej się rozmnoży. Środowisko ma granice popytu, jakiemu może sprostać, a jej przekroczenie zubaża możliwości ekosystemu. Tyczy się to szczególnie paliw kopalnych, których eksploatacja w dłuższej perspektywie zaprowadzi nas na skraj przepaści.

Hegemonia weta

Niezgoda rujnuje. Staramy się budować solidarną społeczność międzynarodową – jednak to głos kilku liczy się bardziej niż reszty. Prowadzi to do sytuacji, w której brutalny rząd na plecach głodujących obywateli zbroi się w broń jądrową i paraduje z nią przed całym światem. Nie prowadzi się polityki w interesie całej ludzkości, a jedynie wąskich klik bogatych narodów. Ci najwięksi wymachują mieczykiem, narzekających zaś uciszają swoim prawem veta. Rakieta strąca cywilny samolot z nieba; brak konsekwencji. Naród najeżdża inny, zmyślając masowego straszaka; nikt nie rozliczył go do dziś. Afrykańskie plemię staje przeciw plemieniu; Zachód funduje amunicję.

Organizacja Narodów Zjednoczonych w obecnej postaci nie do końca reprezentuje interesy świata. Nie zrozumcie mnie źle: narzekając, nie umniejszam roli tej instytucji, której istnienie jest jednym z największych osiągnięć powojennej polityki międzynarodowej i istotnym szczeblem na drabinie ewolucji globalnego społeczeństwa. Jak ma się jednak rozwijać i sprawnie działać, jeśli w Radzie Bezpieczeństwa hegemonię sprawują państwa z prawem veta? Nie ma mowy o mierzalnym postępie w jednoczeniu społeczeństw oraz zacieśnianiu współpracy, jeżeli kilka z nich może zagrać kartą nie bo nie dla niewygodnej dla nich zmiany. Narody Zjednoczone potrzebują rekonstrukcji, inaczej dalej będziemy podzieleni i krążyli wokół archaicznego już środka ciężkości.

Zaspane narody

Wymieniamy się kulturą, a niestety później, w wyniku niepewności, wracamy do prostych narodowych formuł i zrywamy plastry, pod którymi goją się jeszcze historyczne rany. Szalenie niebezpieczna staje się sytuacja, w której naród uznany zostaje za kategorię czy uzasadnienie moralne. Każdy czyn ulega wtedy wybaczeniu, nawet jeśli nie mieści się w etycznych widełkach wartości, które – jak twierdzimy – wyznajemy. Nie należy kłamać i twierdzić, że w społeczeństwie różnych kultur, nacji i religii nie dochodzi do tarć. Te są wręcz naturalnym objawem konfrontacji na inność. Niestety, coraz częściej przeradzają się w prawną i fizyczną agresję, a tak właśnie się dzieje, gdy brakuje chętnych do (coraz mniej) ludzkiego odruchu sprzeciwu widocznemu złu.

W dziejach każdego narodu znajdziemy momenty bolesne i wstydliwe. Rozliczmy to, czego świadkami byliśmy wczoraj, a resztę pozostawmy w rękach historyków. Zanurzamy się we wspomnieniach, nawet nie naszych, i oceniamy, piętnujemy czy wybielamy wątpliwych bohaterów wojen, powstań i rewolucji. Przejście całego gatunku przez Wielki Filtr jest niesamowicie trudne, a próbowanie tego, będąc podzielonym na kilkaset narodów, wydaje się być niemożliwe.


To tylko wybrane problemy, jakie czekają naszą cywilizację. Czy przetrwamy Wielki Filtr? Myślę, że przekonamy się o tym jeszcze w tym stuleciu. Obok czarnych scenariuszy (atomowa pożoga) pojawiają się optymistyczne wizje (odkrycie technologii niewyczerpywalnego źródła energii). Usiąść i zapłakać wzorem postaci z rosyjskiego dramatu nie możemy. Jedyne, co nam pozostaje, to syzyfowa praca. Jeśli przy okazji sprawimy, że świat stanie się lepszym miejscem, to czy nadmiar wysiłku nam zaszkodzi?