📻 CIEKAWI CIĘ, jaki model miast przyszłości wygra?

Technostruktura czy przestrzeń przyjazna dla ludzi?

AUDIO REO. Posłuchaj nagranego artykułu. Czyta Hubert Augustyniak


Cyberpunk dawno nie miał się tak dobrze. Wizja świata, gdzie technologia degraduje przeludnione miasta, a życie czyni brudnym, w popkulturze przeżywa prawdziwy renesans.

2017/2049/1982

Najbardziej znacząca była z pewnością w 2017 r. premiera filmu Blade Runner 2049, kontynuacji fabuły z 1982 roku, opowiedzianej w filmie Łowca Androidów. Kilka miesięcy wcześniej mieliśmy za to pierwszą fabularną wersję słynnej mangi Ghost in the Shell, a kilka miesięcy później Netflix wprowadził do sieci swoją największą w historii produkcję telewizyjną Altered Carbon (na podstawie książki Modyfikowany Węgiel Richarda Morgana). Podobnie w grach elektronicznych. W oczekiwaniu na spóźnioną przez CD Projekt premierę Cyberpunk2077  gracze dostali do ręki Observera. Grę gdzie postać Rutgera Hauera (znanego z pierwszej wersji Bladerunner) mindhackera, detektywa który przy pomocy technologii włamuje się do umysłów – po kilku miesiącach od premiery w Hollywood pojawił się nawet projekt zrobienia filmu na jej podstawie.

 

Masdar City, emirackie miasto na pystyni

Ludzie znów przeżywają fascynacje dystopijną wizją przyszłości. Z pewnością nastrój ten pogłębia szybko postępująca urbanizacja, która prowadzi do przeludnienia wielu metropolii, a co za tym idzie obniżenia standardu życia: dobrze widać to w projektach minimalistycznych mieszkanek, czy raczej habitatów, które tworzy się w starych kontenerach (m.in. CPH Containers), wagonach kolejowych (Arthur Cotton Moore), dużych szufladach (Kasita), czy rurach podobnych do kanalizacyjnych (OPod Tube Housing).

Czujemy się osaczeni przez technologię i czujemy, że nami manipuluje.

Jeszcze większe znaczenia ma jednak szybko postępująca technologizacja życia, która wyraźnie zaczyna się narzucać. Wykluczenie cyfrowe postępuje, bo coraz więcej obszarów życia się dygitalizuje, coraz szerszą grupę nieprzystosowanych ludzi pozostawiając na marginesie przemian. Dobrze pokazał to Ken Loach w swoim filmie Ja, Daniel Blake, który dwa lata temu sięgnął po Złotą Palmę w Cannes. Technologia robi się przy tym coraz bardziej złożona, przez co przeciętny użytkownik używa jej w sposób coraz bardziej naskórkowy, nie rozumiejąc jak to działa – dziś wyzwaniem jest nawet zmienienie ustawień w telefonie, a na dźwięk słowa root właściciel smartfona tylko wpada w popłoch. Czujemy się osaczeni przez technologię i czujemy, że nami manipuluje, tak jak było to w przypadku słynnej afery Cambridge Analitics. Nic więc dziwnego, że uznanie zdobywają mroczne, cyberpunkowe wizje.

2015

Teza, że technologia nas pochłonie, a przynajmniej zdominuje i zdegraduje, wydaje się jednak mocno naciągana. Oto inny przykład rodem z pop-kultury. W Polsce nie wszyscy to zauważyli, ale za oceanem rok 2015 był rokiem Powrotu do przyszłości. W drugiej części bohaterowie filmu – aby naprawić życie swoich dzieci – przenoszą się do przyszłości, właśnie do roku 2015. Pierwsze co widzą to latające samochody. Później mieliśmy lewitujące deskorolki, samowiążące się buty, holograficzne reklamy, a pizzę odgrzewało się z liofilizowanych pastylek. A jednak nic z tych rzeczy. Żaden z wizjonerskich produktów nie pojawił się w prawdziwym 2015 roku. Kilka firm, właśnie na okoliczność rocznicy, podjęło się stworzenia takich przedmiotów – Lexus pokazał prototyp latającej deskorolki, a Nike zajęła się butami, chociaż nie wiążącymi się tak dobrze i szybko. Były to jednak wyłącznie projekty marketingowe, które pokazywały przy okazji, że jednak się da. Mimo to na rynku nikt poważnie nie myśli o podobnych innowacjach.

niejako w reakcji na to cyfrowe zagrożenie, dziś ludzie jak nigdy lgną do wszystkiego co naturalne.

Przychodzą na myśl słowa sfrustruowanego Petera Thiela:  Obiecano nam latające samochody, a zamiast tego dostaliśmy 140 znaków. Współtwórca PayPalla dał w nich wyraz swojej frustracji co do powolnego tempa przemian technologicznych: oczekiwaliśmy naprawdę przełomowych odkryć, a najbardziej innowacyjną rzeczą jaką nas spotkała, to możliwość pisania tweetów.

 

Rzeczywistość jest bowiem taka, że to nie technologia rządzi ludźmi, ale odwrotnie. Żyjąc w świecie gospodarki rynkowej, to mieszkańcy-klienci decydują, co się nada, a co nie. Pomysłów z Powrotu do przyszłości po prostu nikt nie chciał. Wszystko sprowadza się do ograniczenia potrzeb i percepcji kupujących. Najbardziej dobitnie przekonał się o tym Google, którego okulary z poszerzoną rzeczywistością najpierw niezwykle rozbudziły oczekiwania, aby ponieść sromotną porażkę. Ostatecznie telewizory 3D sukcesu jednak nie zrobiły, a dziś na równie wyboistej drodze znalazły się okulary wirtualnej rzeczywistości. Rynek odrzuca pomysły, których ludzie-konsumenci nie potrzebują. Paradoksalnie już dawno siadło też tempo wyścigu o coraz mocniejsze komputery osobiste – od kilku lat szlagierem jest Chrome, wyjątkowo prosty produkt Google, który technologicznie ustępuje większości notebooków, ale jest wyjątkowo szybki i funkcjonalny.

2030 /2050

Dystopijne wizje pisane są więc mocno na wyrost, bo to na końcu człowiek decyduje o tym co rzeczywiście będzie, a co trafi do lamusa. A jak wspomniałem – ostatnia rzecz, której życzyliby sobie ludzie to stechnologizowana przyszłość. I właśnie dlatego nie ma się jej co spodziewać. Przeciwnie, niejako w reakcji na to cyfrowe zagrożenie, dziś ludzie jak nigdy lgną do wszystkiego co naturalne. W miastach nigdy nie było takiego boomu na zieleń, a w imię podnoszenia jakości naszego życia walczy się ze wszelkimi rodzajami smogów – od tego wiszącego w powietrzu, przez fotosmog, aż po tworzony przez technologię elektrosmog.

Obiecano nam latające samochody, a zamiast tego dostaliśmy 140 znaków.

I dziś ta sama technologia jest właśnie zaprzęgana do zwalczania zagrożeń. Energetyka odnawialna i elektromobilność to dwa najbardziej widoczne przykłady. Społeczeństwo najpierw zdecydowało, że w coraz większym stopniu będziemy przechodzić na ekologiczne źródła energii i zaprzestaniemy emisji CO2, a później pozbędziemy się aut spalinowych – kolejne miasta i kolejne kraje – poczynając od Norwegii, Niemiec i Holandii – wyznaczają daty, od których przestaną rejestrować diesle i samochody benzynowe. Rolą technologii jest doprowadzenie do tego, aby ogniwa fotowoltaiczne stały się opłacalne na każdej szerokości geograficznej, a baterie do samochodów wydajne, tanie, a na końcu też łatwe do utylizacji.

 

Amsterdam

Ten mechanizm oswajania nowych rozwiązań doskonale widoczny jest także w koncepcji smart-city. Wyrosła z czystej przewagi jaką miała dawać technologia wymyślona przez potentatów takich jak IBM, Cisco czy Microsoft (tak powstały wizje stawianych na surowym korzeniu inteligentnych miast jak Masdar czy Songdo), a dziś ma być maszynką do spełniania oczekiwań ludzi. Świetnym przykładem jest m.in. Amsterdam, który ma ambicję stać się jednym z czołowych smart-city. Tylko tam nie mówi się o technologii, ale o potrzebach mieszkańców.

Cały złożony mechanizm przetwarzania i udostępniania danych miasto chce wziąć na siebie – o tym się nie dyskutuje, bo żadnego z Amsterdamczyków to nie interesuje. Miasto tworzy za to otwartą architekturę, na bazie której każdy informatyk może tworzyć aplikacje i rozwiązania przydatne mieszkańcom – Amsterdam uczestniczy w projekcie CityService Development Kit, który w praktyce jest zestawem narzędzi pozwalających na to, aby na miejskiej bazie danych zbudować jednorodny interfejs do tworzenia innowacyjnych rozwiązań (coś jak Android, który w smartfonach i tabletach jest spójną platformą dla różnych producentów aplikacji). I tak powstają aplikacje, które pozwalają szybko wykrywać przecieki na mieszkalnych łodziach obstawiających kanały, planować nowe ścieżki w miejscach najczęściej uczęszczanych przez rowerzystów, czy nawet wymieniać się mieszkaniami społecznymi (komunalnymi), dostosowując je do potrzeb i możliwości finansowych poszczególnych mieszkańców.

Rynek odrzuca pomysły, których ludzie-konsumenci nie potrzebują.

Racjonalność w podejściu do technologii jest tu tak duża, że sami mieszkańcy (a właściwie działający tu przedsiębiorcy) stworzyli własną sieć potrzebną do rozwoju internetu rzeczy. Nie sięgnęli przy tym po najnowsze i najmocniejsze hotspoty, ale upodobali sobie LoRaWAN (Long Range WAN) – dość proste nadajniki o dalekim zasięgu i niewielkiej przepustowości. Maksymalna szybkość transferu danych to 100 kbps, ale wystarcza to by urządzenia mogły ze sobą rozmawiać w ramach IoT. Projekt zwany Things Network, który trzy lata temu zaczął się w Amsterdamie od dziesięciu nadajników, dziś rozciągnął się na cały świat gromadząc prawie 36 tysięcy takich urządzeń.

 

Boston

I tak to się robi. Tyle technologii, ile potrzeba. Reszta zasobów jest kierowana do tworzenia w mieście przestrzeni dobrych do życia. Przecież nawet w przypadku autonomicznych aut największą korzyścią ma być to, że jeden taki współdzielony pojazd wyprze z obiegu od 10 do 30 tradycyjnych samochodów prywatnych i odda ulice mieszkańcom. Najbardziej postępowe pracownie architektoniczne, takie jak FXCollaborative, EDG czy Pensa, pełne są projektów, jak tą odzyskaną przestrzeń zamienić w tereny zielone i trasy dla spacerowiczów.