Trudno o lepszą miarę dzisiejszego globalnego pesymizmu, który spowija świat jak podły zimowy smog czy inny trupi wyziew, niż tempo, w jakim gnije mit wolnego Internetu.
Nie dalej jak na początku tej dekady wiara w wyzwalającą rolę sieci była powszechna. Irański reżim ajatollahów miała powalić twitterowa rewolucja. Rosyjscy blogerzy i dziennikarze obywatelscy, którzy dokumentowali protesty przeciwko korupcji, uchodzili za emanację nowej, świadomej, usieciowionej klasy średniej: jaskółki demokratyzacji.

Protesty przeciwko ACTA miały symbolizować tryumf pokolenia Internetu, pokolenia którego indywidualizm i przywiązanie do osobistych wolności miały być tamą przeciwko przyszłym autokratom. Hakerzy z Anonymous uderzający w tajne służby Baszara al-Assada [->] w Syrii i Hosniego Mubaraka w Egipcie zwiastowali nowe, globalne sojusze, możliwe dzięki internetowej globalizacji. Mark Zuckerberg nawet spekulował, że Palestyńczycy i Izraelczycy w końcu się pogodzą, gdy zaczną rozmawiać ze sobą na Facebooku.

Od peanu do elegii
Co zostało z tego dziś? Badania pokazują, że Twitter jest żyzną glebą dla fałszywych wiadomości i teorii spiskowych, a nie demokratycznej debaty.[->] Zuckerberg tłumaczy się z tego, że jego platforma raczej pomaga reżimom i psuje demokratyczny proces, niż go usprawnia. Rozpowszechnienie mediów społecznościowych na Bliskim Wschodzie tyleż pomogło demokracji, co dało narzędzia propagandy i rekrutacji organizacjom ekstremistycznym i zbrojnym bojówkom.

Komentatorzy, którzy jeszcze mniej niż 10 lat temu pisali peany na cześć technologii dla demokracji, dziś przepraszają się z (neo)luddyzmem, pomstują na tryumf cyfrowej demagogii i promują hashtag #deletefacebook. Myśl, że coś poszło nie tak, jest coraz powszechniejsza, podobnie jak przekonanie, że komercyjny Internet, jaki znamy, zawiódł i nie wypełnił wielkiej cywilizacyjnej obietnicy.

Nie jest za późno, by stworzyć nową umowę społeczną gwarantującą prawa i obowiązki w dobie cyfrowej

Kevin Keith wzywa na łamach Guardiana do nowej umowy społecznej epoki cyfrowej.[->] Choć nawet sformułowanie nowa jest tu nieco na wyrost – Keith uważa, że potrzebujemy w ogóle jakiejkolwiek umowy regulującej świat cyfrowy. Stan danych, w którym żyjemy – gdy wolność oznacza także wolność do kradzieży, naruszeń i niekontrolowanej dominacji jednych nad innymi – jest zaklętym w bity i linijki kodu Hobbesowskim stanem natury.

Łudzimy się, że platform cyfrowych – które skupiają większość ruchu w Internecie i łączą ponad połowę ludzi na Ziemi – nie da się uregulować, bo są zbyt dynamiczne i nowe. Jednak to absurd – niegdyś nowymi technologiami komunikacji i wymiany informacji były i samochód, i radio, i telewizja. Wszystkie zostały uregulowane na długo, zanim zaczęła korzystać z nich większość społeczeństwa. Nie jest za późno, by stworzyć nową umowę społeczną gwarantującą prawa i obowiązki w dobie cyfrowej – jasne reguły służące ochronie i wzmocnieniu praw wszystkich stron, na wzór wprowadzanego przez Unię Europejską RODO – postuluje Kevin Keith.

W podobnym duchu wypowiadał się też Tim Berners-Lee – twórca sieci www – który w 2017 roku ogłosił listę trzech postulatów naprawy sieci. Udowadniał, że straciliśmy kontrolę nad własnymi danymi, spuściliśmy ze smyczy dezinformację i podaliśmy jej solidne sterydy, a do tego przeoczyliśmy moment, gdy polityczna propaganda w Internecie weszła w stadium rozwoju, którego nie ogarnia już żaden krajowy regulator czy państwowa komisja wyborcza. Internet jest ślepą plamką polityków – którzy nie umieją lub nie chcą wprowadzić demokratycznych mechanizmów kontrolnych w świecie on-line, choć zajmują się tym na co dzień, gdy idzie o setki i tysiące innych aspektów życia. Wszyscy zbudowaliśmy sieć, jaką mamy – pisze Berners-Lee – teraz od nas zależy, czy zbudujemy taką, jakiej chcieliśmy.

Głupcy przejrzą na oczy?
BBC zrealizowało niedawno słuchowisko pod wiele mówiącym i jakże sugestywnym tytułem: Czy potrzebujemy nowego internetu? Ale debata – mimo że wszystkie te argumenty i obawy są zasadne – nie jest wcale taka nowa.

Już w 2009 roku dokładnie to samo pytanie – czy potrzebujemy nowego Internetu? – zadawał New York Times.[->] John Markoff pisał, że zbudowana na anonimowości sieć, gdzie dostęp do potencjalnie niebezpiecznych technologii i narzędzi łatwo ukryć i użyć ich przeciwko innym zdalnie, generuje nowe wyzwania. Cyberterroryzm, ataki na infrastrukturę, masowe blokawanie dostępu do usług i informacji… W tekście Markoffa wybrzmiewały pomysły, które z dzisiejszej perspektywy są w równych proporcjach profetyczne i zabawnie wręcz przeterminowane. Cytowani przez niego inżynierowie skarżą się, że internet daje szaleńczo nieuchwytną anonimowość i jedyny sposób, aby sobie z tym poradzić, to… zacząć całą tę zabawę od nowa.

największym – liczącym miliardy mieszkańców – grodzonym osiedlem świata jest Facebook.

W 2018 roku idea szaleńczo nieuchwytnej prywatności wydaje się zajmować przeciwną stronę spektrum – większość osób, którym zależy na przyszłości liberalnej demokracji, stoi raczej na stanowisku, że brakuje nam prywatności. Jednak jedno z rozwiązań, o jakim blisko 10 lat temu pisał Markoff, brzmi dziwnie znajomo: Dyskusja o tym, jak będzie wyglądał Internet przyszłości, wciąż trwa i zatacza szerokie kręgi, ale jedna z możliwości to stworzenie grodzonych osiedli, których użytkownicy zrzekają się prywatności i pewnych wolności w zamian za bezpieczeństwo. Dziś doskonale znamy tę ideę z praktyki: największym – liczącym miliardy mieszkańców – grodzonym osiedlem świata jest Facebook.

Tyle że dostaliśmy wszystkie wady tego rozwiązania, niekoniecznie uzyskując obiecane nam korzyści: owszem, zrzekliśmy się anonimowości i części praw, gdzie jednak jest to bezpieczeństwo?

Katalog obaw i dystopijnych wizji zawsze był dobrym zwierciadłem atmosfery epoki. Cyklicznie zmieniający się antybohaterowie debaty również. Więc gdy za kolejne dziesięć lat ktoś znów zapyta, czy potrzebujemy nowego Internetu, i wróci do roku 2018, ciekawe, co o nas powie: byliśmy głupi czy może jednak właśnie wtedy przejrzeliśmy na oczy?