📻 PANIE PREZYDENCIE: Wprowadzają Pana w błąd! Węgla kamiennego mamy potąd*

Szacowane zasoby dostępnego węgla kurczą się, a koszty wydobycia rosną

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak

 


Świat zebrał się na Szczycie Klimatycznym COP24 w Katowicach, żeby uzgodnić sposób na ocalenie Ziemi poprzez redukcję emisji CO2. Metodą na to ma być stopniowa dekarbonizacja światowej gospodarki. Szczególnie trudna dla Polski, kraju który wciąż 80% energii elektrycznej wytwarza z węgla. Czy wobec tego prezentujemy tam nasz plan odejścia od tego zgubnego dla klimatu paliwa? Wręcz przeciwnie.

Polski Prezydent prezentuje nie tylko nasze strategiczne przywiązanie do czarnego złota, ale też mylne dane, co do zasobów tego surowca. Nie mamy go na 200 lat, a co najwyżej na 40. Samo to, że węgiel znajduje się pod polską ziemią, nie oznacza jeszcze, że stanowi strategiczny zasób. Trzeba go najpierw wydobyć, a to kosztuje. 
Kwestią opłacalności wydobycia węgla w Polsce Marcin Popkiewicz zajął się bliżej w swojej drugiej książce Rewolucja energetyczna. Ale po co? Oto jej fragment.

Zakamuflowany bankrut

Od lat słyszymy, że Polska węglem stoi, stała i stać będzie, a tani węgiel to nasza gwarancja taniego prądu i bezpieczeństwa energetycznego. Z tego też głównie powodu opieramy się unijnej polityce energetyczno-klimatycznej, priorytetowo traktującej odchodzenie od paliw kopalnych.

Czy warto? W raporcie Polski węgiel: Quo vadis? Warszawski Instytut Studiów Ekonomicznych ocenił perspektywy rozwoju górnictwa węgla kamiennego jako jednego z wielu sektorów gospodarki, obalając dogmat, jakim kierują się „wyznawcy węgla”, o tym, że jego wydobycie to jedna z najważniejszych gałęzi polskiej gospodarki. Bynajmniej: wkład górnictwa węgla we wzrost gospodar­czy jest ujemny.

Sytuacja wymaga od nas sporej dozy refleksji i uczciwości. Nie ma się co czarować: łatwiejsze w eksploatacji złoża węgla wykorzystaliśmy już dawno, a teraz musimy sięgać po coraz trudniejsze – jest coraz bardziej ewidentne, że skrobiemy dno beczki.

Technicznie rzecz biorąc, obecne rezerwy węgla przy obecnym poziomie zużycia wystarczyłyby nam na mniej więcej 40 lat. Jednak możliwego do opłacalnego wydobycia węgla mamy znacznie mniej, co w dużym stopniu wynika ze znacznych strat przy eksploatacji. W dotyczącym Polski raporcie Międzynarodowej Agencji Energii (ang. International Energy Agency) zauważa, że: zasoby węgla kamiennego nadające się do wydobycia, dostępne z istniejących kopalni, zmniejszają się bardzo szybko. Wydobycie węgla kamiennego może znacznie zmniejszyć się do 2030 roku. Również wydobycie węgla brunatnego gwałtownie spadnie do 2030 roku.

Już od 2007 roku jesteśmy importerem węgla netto, głównie dlatego, że nasz węgiel jest niekonkurencyjny w wydobyciu.

A wszystko to pomimo oszczędzania na inwestycjach: ewentualne nadwyżki wypracowane przez nieliczne rentowne kopalnie (spośród 15 kopalń Kompanii Węglowej pod koniec 2014 roku rentowna była tylko jedna) są przeznaczane na utrzymanie przy życiu pozostałych nierentownych zakładów. Dzieje się tak nawet pomimo oszczędzania na bezpieczeństwie pracy (o czym co jakiś czas przypominają wybuchy metanu w kopalniach i raporty górników, że czujniki metanu są celowo zaklejane lub wieszane pod nawiewem świeżego powietrza, aby ich alarmy nie przeszkadzały w pracy). A nawet pomimo potężnych (mniej lub bardziej ukrytych) dotacji do górnictwa i opartej na węglu energetyki – analiza Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych z 2014 roku pokazuje, że w latach 1990-2012 na dotowanie górnictwa i elektroenergetyki węglowej polskie społeczeństwo wydało aż 170 miliardów złotych. Dla porównania: jest to piętnastokrotnie więcej od dotacji, jakie w tym czasie wsparły rozwój OZE.

Gdybyśmy w rachunku za węgiel uwzględnili ponadto skumulowane koszty zewnętrzne poniesione przez nas w tym czasie w postaci gorszego stanu zdrowia, większej absencji chorobowej i śmiertelności, to podniósłby się on co najmniej o kolejne 700 miliardów, a w pesymistycznym wariancie nawet o 2200 miliardów złotych! Oj, strasznie drogi ten nasz tani węgiel…

fot. Cristian Ferronato Pixabay

Naszym koncernom węglowym zalegają na hałdach miliony ton węgla, a długi rosną (według stanu na drugą połowę 2014 roku zadłużenie wynosiło aż 13 mld zł). Biorąc pod uwagę, że płace to zwykle ponad połowa całości kosztów (w Kompanii Węglowej ponad 60%), można by je oczywiście zmniejszyć, ograniczając zatrudnienie i pensje, wywindowane kilka lat temu podczas okresu rekordowo wysokich cen węgla. Nie zgadzają się na to jednak górnicze związki zawodowe, nie dopuszczając nawet myśli o redukcjach zatrudnienia i pensji, bijąc się też o utrzymanie barbórkowego, czternastek, wartego kilka tysięcy złotych rocznego deputatu węglowego, kredkowego, flapsów (posiłków regeneracyjnych w postaci bonów) za ponad 300 złotych miesięcznie, deputatu mlekowego, refundacji dojazdów, dodatkowych urlopów i innych bonusów (oczywiście, praca górnika dołowego jest pracą bardzo ciężką i niebezpieczną, więc trudno oczekiwać, żeby ktoś chciał ją wykonywać za 2 tysiące brutto). No i oczywiście łożenia na niegenerujących dochodów związkowców.

Sytuacja finansowa polskich kolosów węglowych nie uzasadnia ponoszenia takich kosztów. Kompania Węglowa SA (KW) czy Katowicki Holding Węglowy (KHW) mają poważne problemy z płynnością, a kontrahentom płacą z opóźnieniem. Ich ceny węgla są niekonkurencyjne, dlatego spółki te nie są w stanie wygrywać przetargów, więc węgiel trafia na zwały, na których już ledwo się mieści. Na początku 2015 roku leżało na nich aż 12 milionów ton węgla. Sprywatyzowane spółki energetyczne i prywatne składy z węglem kupują natomiast tańszy i lepszy towar z importu.

Nie, nie pomyliłem się. Nasz węgiel jest nie tylko droższy, lecz także niższej jakości niż zagraniczny. Wartość opałowa polskiego węgla energetycznego jest niższa od wartości opałowej węgla importowanego z Rosji czy innych krajów. Do tego zasiarczenie polskiego węgla energetycznego, przeznaczonego do sprzedaży krajowej, jest blisko dwukrotnie wyższe od tego w węglu rosyjskim. Pod względem ilości popiołu polski węgiel również przegrywa – średnia wartość zapopielenia sprzedawanego w kraju węgla energetycznego jest prawie dwa razy większa niż węgla rosyjskiego.

Jako odbiorcy węgla ze spółek z udziałem Skarbu Państwa pozostają więc zakłady energetyczne, w których udziały posiada Skarb Państwa i które mają nieformalny zakaz kupowania węgla z importu. Oczywiście również one domagają się obniżek cen węgla i dostosowania ich do cen światowych. W tak ciekawej konfiguracji – z tym samym właścicielem po obu stronach – negocjacje nie mają, rzecz jasna, podłoża biznesowego, lecz polityczne. Pomysły rządowe zmierzają w kierunku zmuszenia firm energetycznych do mniej lub bardziej zakamuflowanego dofinansowywania nierentownych kopalń.

Wise Europa: w latach 1990-2012 na dotowanie górnictwa i elektroenergetyki węglowej polskie społeczeństwo wydało 170 miliardów złotych. 15-krotnie więcej niż na rozwój OZE.

Pierwszy pomysł polega na połączeniu firm energetycznych i kopalń w jeden podmiot gospodarczy. Może miałoby to jakiś sens, gdyby energetyka była w stanie wymusić obniżkę kosztów wydobycia. Gdyby jednak firmy energetyczne miały wziąć na swoje barki koszty deficytowego górnictwa, byłoby to rozwiązanie bardzo szkodliwe dla całej gospodarki. W takim wariancie nie tylko wyparowałyby zyski firm energetycznych (potrzebne na inwestycje), lecz także na długie lata zostałaby zakonserwowana węglowa rzeczywistość naszej elektroenergetyki. Byłoby to pójście pod prąd rysujących się w energetyce europejskiej trendów, na inwestycjach w OZE koncentrują się już bowiem zarówno małe firmy, jak i wielkie korporacje. Największy niemiecki koncern energetyczny E.ON zdecydował o skoncentrowaniu swoich nowych inwestycji na odnawialnych źródłach energii, wydzielając ze swojej struktury spółkę zajmującą się produkcją energii elektrycznej z gazu, węgla i atomu, pozbywając się w ten sposób nieperspektywicznych aktywów. Inny wielki niemiecki koncern RWE też przymierza się do wykonania takiego ruchu.

Drugim pomysłem jest zmuszenie firm energetycznych do podpisania długoterminowych kontraktów na dostawy węgla ze śląskich kopalń po cenach dużo wyższych niż rynkowe lub wręcz zakup samych kopalń. Inaczej mówiąc, konsumenci (w cenie prądu), podatnicy i mniejszościowi akcjonariusze firm energetycznych mieliby zrzucić się na nierentowne kopalnie.

Oczywiście nie ma żadnych rynkowych przesłanek do wprowadzenia podwyżki – energetycy duszą się od nadmiaru węgla, a do milionów ton węgla leżących na kopalnianych zwałach trzeba jeszcze doliczyć kolejne miliony ton wypełniające place przy elektrowniach. Wielkie firmy energetyczne (PGE, Tauron, Enea, Energa) również nie palą się do tak świetnego biznesu. Choć ich większościowym udziałowcem jest Skarb Państwa, to jednak posiadają status publicznych spółek giełdowych i nie uśmiecha im się płacenie za węgiel powyżej cen rynkowych. Takie pomysły wywołują też wściekłość mniejszościowych akcjonariuszy i przekładają się na negatywną atmosferę wokół całego przemysłu energetycznego. Jeśli już koncerny energetyczne miałyby przejmować kopalnie, to na swoich warunkach – nie bez kozery Tauron zadeklarował, że owszem, może kupić deficytową kopalnię Brzeszcze, ale… po zmniejszeniu zatrudnienia z 2000 osób do 828 etatów, obniżeniu wynagrodzeń pracowników i uzależnieniu ich od wyników, a także po poniesieniu przez kopalnię przed przejęciem zaplanowanych wcześniej wydatków inwestycyjnych. Według propozycji Tauronu jeśli to wszystko zostanie zrobione, to być może kupi kopalnię – oferując za nią złotówkę.

Gdyby kontrolowane przez Skarb Państwa firmy energetyczne zostały jednak zmuszone do poniesienia kosztów ratowania kopalń, ich pozycja konkurencyjna względem pozostałych firm energetycznych, takich jak francuskie EDF czy Engie, uległaby pogorszeniu (oględnie mówiąc). Koncerny te będą przecież kupować znacznie tańszy węgiel z importu, mogłyby więc sprzedawać tańszy prąd i wygrywać konkurencję z firmami państwowymi.

Podejmowane przez rząd próby zmuszenia firm energetycznych do zakupu kopalń rynek ocenił tak negatywnie, że po masowej wyprzedaży akcji przez inwestorów w ciągu letniego kwartału 2015 roku kapitalizacja giełdowa czterech grup energetycznych (PGE, Tauron, Enea, Energa) stopniała aż o ponad 15 miliardów złotych!

Europa idzie w stronę Unii Energetycznej – decyzje już zapadły i zaledwie w ciągu dekady ma powstać pozbawiony barier konkurencyjny rynek prądu. Od roku 1989 Polska, dumna ze swojej taniej energii z węgla, była eksporterem prądu netto – zmieniło się to jednak w 2014 roku, kiedy to zaimportowaliśmy z zagranicy o 1,4% więcej prądu, niż wyeksportowaliśmy. Najważniejszy powód to coraz tańsza energia ze źródeł odnawialnych dostępna u Szwedów i Niemców.

Gdyby przeszedł pomysł na przeniesienie kosztów z górnictwa na energetykę, jej pozycja konkurencyjna względem innych europejskich dostawców energii ległaby w gruzach.

Firmy energetyczne tak czy inaczej czeka okres wielkich inwestycji w nowe źródła prądu i sieci, na co nie mają wystarczających funduszy i będą musiały finansować je za pomocą kredytów. Ostatnie, czego potrzebują, to zmuszenie ich do odgrywania roli sponsora nierentownego górnictwa.


 

Posłowie

Dorota M. Zielińska: Trzy lata po publikacji Rewolucji energetycznej. Ale po co? trochę się pozmieniało. Zlikwidowana została Kompania Węglowa. Teraz mamy Polską Grupę Górniczą.

Marcin Popkiewicz: Zmieniły się nazwy spółek górniczych, ale megatrendy pozostały. Bankrutująca Kompania Węglowa została przetransformowana w Polską Grupę Górniczą, do której rok temu dołączony został też Katowicki Holding Węglowy. Polskie wydobycie węgla dalej szybko maleje, a liczba górników, która jeszcze podczas pisania Rewolucji energetycznej była bliska 100 tysięcy, teraz wynosi już zaledwie ok. 80 tysięcy. Importujemy też coraz więcej węgla.

Wydobycie węgla w Polsce od końca II wojny światowej do 2017 roku w jednostkach węgla ekwiwalentnego (o kaloryczności 29,3 GJ/t). Przyjęta kaloryczność węgla kamiennego 24 GJ/t, węgla brunatnego 8,5 GJ/t. Choć liczone w tonach ilości wydobywanego węgla kamiennego i brunatnego są porównywalne (w 2017 roku odpowiednio 65,8 i 61,2 mln ton), to blisko 3-krotnie wyższa kaloryczność węgla kamiennego zapewnia mu bezdyskusyjną dominację.

W pełni zgadzam się z podsumowaniem, jakiego dokonał Rafał Zasuń: Powielany jest znany od lat schemat – zyski z lat koniunktury są przejadane, restrukturyzacja – spóźniona i zbyt płytka. […] Rządzący zaś nie czują w sobie siły, żeby zrobić to, co powinno być zrobione. I w ten sposób górnictwo i górnicy wciąż pozostają zakładnikami cwaniactwa i indolencji.

Perspektywy dla spółek górniczych są mizerne, szczególnie że są coraz mniej atrakcyjnym i potrzebnym pracodawcą. W uzasadnieniu dla podwyżek sama górnicza Solidarność napisała, że w warunkach niskiego na Śląsku bezrobocia i rosnących w innych gałęziach gospodarki pensji coraz trudniej znaleźć chętnych do pracy w kopalniach” To dobra wiadomość dla Śląska i jego mieszkańców, dobitnie pokazująca, że argument o konieczności utrzymywania przy życiu nierentownych kopalń ze względów społecznych jest zupełnie chybiony.

Unia Europejska konsekwentnie realizuje politykę dekarbonizacji, zaostrza przepisy dotyczące dotowania górnictwa, zmierza do podniesienie cen na uprawnienia do emisji CO2 w ramach systemu EU ETS. Gdy pisałem Rewolucję energetyczną, ceny uprawnień do emisji CO2 wynosiły kilka euro za tonę. Teraz sięgają 25 euro, a będą wyższe. To tylko kwestia czasu. Równolegle rośnie atrakcyjność ekonomiczna odnawialnych źródeł energii, co zmniejszać będzie skłonność ze strony energetyki (i tak wymuszaną przez polityków) do symbiozy z węglem. Wciąż czekam na sensowną i perspektywiczną politykę ze strony rządu. Najwyższy czas na dobrą zmianę w tej kwestii.



REO POLECA

TYPOWA PSYCHOLOGIA UCIECZKI: Czy was pogięło? Znowu o zmianie klimatu?