📻 MARCIN POPKIEWICZ: Jeśli patriotyzm to nie blaga: Tylko jeden rodzaj energii gwarantuje zostanie kasy w Polsce!

Niespodzianek spodziewam się z ropą, resztę można sobie realnie wyobrazić

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito



Podczas gdy na naszych oczach zachodzi globalna rewolucja, my – w energetyce i w całej infrastrukturze – coraz bardziej zostajemy z tyłu. A powinniśmy stary system, który miał rację bytu w XIX oraz w XX wieku, zastępować nowym, skrojonym na wiek XXI – mówi Marcin Popkiewicz, autor książki Rewolucja Energetyczna. Ale po co?


Paweł Sito: Czy zgodzisz się ze mną, że w bardzo niedawnym czasie nastąpiła ogromna zmiana w świadomości społecznej Polaków dotycząca całego bloku spraw związanych z ekologią, emisją CO2, energią ze źródeł odnawialnych? Komu powinniśmy za to podziękować?

Marcin Popkiewicz: Oczywiście, ta zmiana jest dostrzegalna, a spowodowało ją chyba głównie… polskie górnictwo. Ludzie uświadomili sobie, ile nas to kosztuje, że to nie jest żaden czarny skarb, tylko coraz bardziej polska klątwa i kilof u szyi, kosztujący nas z 10 miliardów rocznie, i to nie licząc kosztów zewnętrznych. Ludzie pytają, czemu podatnik ma wspierać coś, co nie jest perspektywiczne, jest nieefektywne, generuje też ujemny przyczynek do wzrostu PKB, czemu górnicy mają mieć czternastki płacone przez ludzi, którzy na oczy trzynastki nie widzieli. Wkładane w utrzymywanie górnictwa pieniądze skądś się wzięły – zostały wyciągnięte z bardziej produktywnych sektorów gospodarki.

A jak wygląda realnie na dziś sytuacja polskiego górnictwa poza tym, że za wszelką cenę jest podtrzymywane przez kolejne rządy?
Z górnictwem węgla kamiennego – jak zresztą z każdym pozyskiwaniem surowców – jest tak, że najpierw wydobycie zaczyna się od złóż najlepszych, położonych płytko, o wysokiej jakości, dobrych warunkach geologicznych, grubych pokładów węgla najbardziej kalorycznego i tak dalej. Gdy najłatwiejsze złoża się wyczerpują, sięga się po zasoby mniej atrakcyjne, niższej jakości, kopie się głębiej –kiedyś na Śląsku 200 metrów pod ziemią, później 500, 1000, teraz już nawet ponad 1300. Do tego w coraz trudniejszych warunkach geologicznych i przy wyższym zagrożeniu metanowym. Górnicy zjeżdżają szybem, następnie godzinę jadą na miejsce wydobycia węgla, a po fedrowaniu (w coraz wyższej temperaturze zresztą) drugą godzinę wracają. Jak się spojrzy na sytuację górnictwa na świecie po porozumieniu paryskim, przy poprawie efektywności energetycznej, rosnącym udziale OZE i w wyniku jeszcze innych skumulowanych megatrendów, to okazuje się, że firmy węglowe na całym świecie padają jak muchy. W Stanach Zjednoczonych zbankrutowały największe koncerny węglowe, takie jak Peabody Energy czy Alpha Resources. To były firmy mające dziesięciokrotnie wyższe wydobycie na górnika niż śląskie spółki węglowe, wydobywające węgiel wysokiej jakości metodami odkrywkowymi, gdzie koparką wygarnia się węgiel z pokładów i od razu ładuje na ciężarówkę. Taniej już się nie da, a do tego miały zoptymalizowane aż do bólu wszystkie procesy – a jednak padły. To samo dzieje się na innych kontynentach – w Australii, w Azji. Nawet Chińczycy przedstawiają plany zamykania tysięcy kopalń węgla i jasno mówią, że chcą od niego odchodzić.

Co mówisz ludziom, którzy twierdzą, że to jednak jest nasze narodowe dobro, nasz narodowy skarb?
Po pierwsze: co to za pomysł palić skarby, kompletnie nieefektywnie, w dodatku. Po drugie, że to kiedyś była prawda, że tak było przez dziesięciolecia, było to dobro eksportowe za Gierka, dające Polsce twardą walutę. Tak było… ale już nie jest, bo nasz węgiel jest coraz trudniejszy, coraz droższy w wydobyciu, coraz mniej pożądany na świecie, a polskie wydobycie węgla jest kompletnie nieopłacalne i niekonkurencyjne na zglobalizowanym rynku światowym. Bardziej opłaca się wydobyć tańszy i bardziej kaloryczny węgiel w Rosji, Kazachstanie czy nawet w Australii, przywieźć go na Śląsk i zrzucić tam w składzie węgla, niż po prostu po kosztach wydobyć go z polskiej kopalni – nawet pomimo wszystkich mniej lub bardziej ukrytych dopłat, którymi to wydobycie wspierają polscy podatnicy.

Jednak lobby węglowe jest silne. Twoje poglądy, zapewne je irytują.
Mogę uspokoić lobby węglowe: wciąż potrzebujemy węgla i nie odejdziemy od niego z dnia nadzień, będziemy go spalać jeszcze 20-30 lat, tyle że stopniowo będziemy go spalać coraz mniej. Swoją drogą z jednej strony te 20-30 lat to horyzont czasowy, na ile starczy węgla w złożach, a z drugiej czas pracy górników, którzy przechodzą na emeryturę po 25 latach fedrowania. Możemy i powinniśmy zamknąć najbardziej nierentowne kopalnie, w których fedruje się już tylko straty, dać większości tamtejszych górników pracę w kopalniach, w których jest jeszcze co fedrować, przy okazji zmieniając czas pracy na 24/7 (dla kopalni, nie górników). Następnie, w miarę przechodzenia górników na emeryturę i wyczerpywania pokładów zamykać kopalnie. Nie trzeba jakiejś hekatomby, że wszystkich jutro pozwalniamy – to jest proces, który będzie trwał, bo to jest infrastruktura, którą się tworzy dosyć długo, więc to też nie jest tak, że nagle zamkniemy całe górnictwo.

Wciąż potrzebujemy węgla i nie odejdziemy od niego z dnia na dzień, będziemy go spalać jeszcze 20-30 lat, tyle że stopniowo coraz mniej.

Ale zawodówki i klasy w zawodówkach górniczych można by już ograniczyć
Faktycznie, kształcenie się na górnika węgla kamiennego uznałbym za mało perspektywiczny pomysł, ale czy po jakiejś innej szkole zawodowej ma się gwarancję zatrudnienia? Po prawie? Hotelarstwie? Turystyce? Pedagogice? Zarządzaniu? Po czymkolwiek? Karierę w fedrowaniu węgla kamiennego był sens planować dekady temu. Teraz chyba młodzi ludzie mądrzej zrobią, wybierając inną specjalizację, na przykład instalacje OZE, budownictwo niskoenergetyczne, informatykę albo któryś z innych bardziej perspektywicznych kierunków.

A jaka jest przyszłość technologiczna wydobycia węgla?
To jest kolejny punkt, bo mamy bardzo wysokie zatrudnienie w kopalniach węgla w Polsce na wydobytą tonę. I to jest tak, że dzisiaj jeżeli ktoś w ogóle dyskutuje o budowie nowych kopalń węgla, to zrobotyzowanych, w których będą pracować nawet nie tyle górnicy, co specjaliści od obsługi komputerów i robotów. Z punktu widzenia fedrujących pod ziemią i związków zawodowych to rozwiązanie, które nie da im miejsc pracy i konfitur dla krewnych i znajomych królika. Górnictwo, jakie znamy z XX wieku, gdzie zjeżdżały tysiące ludzi pod ziemię, najpierw z kilofami, później z maszynami, odchodzi w przeszłość. Staje się ewidentne, że zatrudnienie będzie spadać, bo spadać musi i trzeba myśleć o tym, by na Śląsku można było znaleźć jakieś inne zajęcie. Podczas gdy u nas trwa pudrowanie trupa śląskie miasta zdają już sobie sprawę, że węgiel, owszem, był podstawą ich gospodarki, ale to już się kończy i teraz musi być coś zamiast.

A jaki jest Twój stosunek do atomu, czy on się w ogóle zmienił w trakcie Twoich zainteresowań energetycznych, czy jest stały?
Ewoluował. Ale zanim przejdę do energetyki atomowej, to powiem szerzej: mam świadomość tego, że jest to ostatnie stulecie dominacji paliw kopalnych. A co to oznacza? Otóż paliwa kopalne zapewniają nam działanie całej naszej cywilizacji. Jakby wyłączyć prąd, nie dowieźć paliwa na stację benzynową, to po tygodniu w miastach mielibyśmy prawdziwy Armageddon. Kto czytał powieść Marca Elsberga Blackout,w której jest opisane, jak w Europie przez dwa tygodnie nie ma prądu i zaczyna się chaos, przemoc i głód, to wie, o czym mówię. Musimy mieć energię, żeby nam działało społeczeństwo. No więc co po świecie paliw kopalnych? Jeżeli rację mają ci, którzy mówią, że paliwa kopalne są niezastąpione, no to mamy przerąbane jako cywilizacja – fajnie sobie pożyliśmy przez ostatnie stulecie, ale wkrótce zgasną światła i wrócimy do średniowiecza. Nieprzyjemny scenariusz… Co zamiast paliw kopalnych? W zasadzie albo atom, albo OZE. Oba te źródła są poniekąd podobne, bo wymuszają konieczność elektryfikacji wszystkiego, co się da: transportu, ogrzewania i tak dalej.

Kiedyś, kiedy OZE były dużo droższe, wtedy atom wyglądał na rozsądną perspektywę, choć jest to technologia dwuznaczna – mająca swoje plusy, ale też poważne minusy. Ale kiedy ceny energii odnawialnej bardzo spadły i pojawiły się możliwości radykalnej poprawy efektywności energetycznej, okazało się, że system oparty w 100% na OZE da się zbudować i co więcej będzie to system kosztowo porównywalny z tym obecnym – a za chwilę może się okazać nawet tańszy. Uważam, że OZE są lepszą alternatywą dla Polski niż atom, także z punktu widzenia czysto ekonomicznego. Gdy myślimy o atomie, to myślimy o wybudowaniu jednej, dwóch elektrowni atomowych, a to jest tak mała skala, że nie opłaca się budować kompetencji w całym łańcuchu wartości. To może się opłaca krajom, które mają wiele elektrowni jądrowych, jak Francja, Stany Zjednoczone, Chiny – tu warto budować kompetencje, żeby mieć wartość dodaną w tym całym łańcuchu. Jak ma się dwie elektrownie, to już nie, po prostu całą tę technologię kupuje się po prostu w pudełku z zagranicy.

To ile naszych pieniędzy wypłynie za granicę?
To oznacza, że 80% tych, powiedzmy, lekko licząc 100 mld, które trzeba przeznaczyć na ten projekt, wyślemy do Francji czy do Japonii, Chin albo do Stanów czy skąd tam byśmy kupili tę technologię. Więc jaki jest to biznes dla polskiej gospodarki? Ile miejsc pracy stworzymy? Bardzo mało – będzie iluś tam gości w ośrodkach jądrowych, którzy na tym skorzystają. Sam bym należał do tej nielicznej grupy, bo jestem fizykiem jądrowym z wykształcenia.

Tymczasem, gdy rozwijamy OZE, to zostawiamy te pieniądze w Polsce – to są lokalne miejsca pracy i nowe firmy. Fajnym przykładem mogą takie przedsiębiorstwa jak Pesa, Solaris, Newak, które kiedy kilka lat temu zaczęła się wymiana taboru w Polsce, dzięki zwiększeniu zamówień rozwinęły skalę działalności, wypracowały innowacyjne produkty i teraz eksportują je na Europę i cały świat, są kołami zamachowymi polskiej gospodarki. Jak pomyślimy, że w sektorze OZE możemy mieć te same kompetencje: w sieciach inteligentnych, w domach zeroenergetycznych, w biogazowniach, w małych turbinach wiatrowych i tak dalej, to możemy mówić o stworzeniu setek tysięcy miejsc pracy – dużo więcej niż mamy obecnie w górnictwie. Jak pomyślimy, że świat nie ma alternatywy dla odejścia od paliw kopalnych i musi zastąpić je czymś innym – a będzie to kosztować dziesiątki tysięcy miliardów dolarów – to uświadamiamy sobie, że przecież ktoś te pieniądze wyda i komuś je zapłaci.

Jeżeli będziemy blokować w Polsce rozwój tych innowacyjnych sektorów, to będziemy wydawać te pieniądze i płacić Amerykanom, Chińczykom, Niemcom, importować to wszystko i zgrzytać zębami, że oni nam to wszystko sprzedają. No kurczę, to głupota na własne życzenie, a przecież możemy stymulować rozwój tych dziedzin gospodarki i mieć udział w tym wielkim światowym torcie nowej rewolucji energetycznej. I nawet jeśli nasz procentowy udział w tym torcie nie będzie wielki, bo nie wepchniemy się przed Amerykanów, Niemców i Chińczyków, to biorąc pod uwagę, że mówimy o torcie wielkości dziesiątek tysięcy miliardów dolarów to możemy mieć na tym rynku swoje miejsce i być beneficjentem transformacji netto.

1
2