Marcin Małecki – filozof, trener tai chi

Mamy jeden podstawowy cel: osiągnąć to co daje nam powodzenie, maksymalnie niskim kosztem poznawczym

fot. unsplash.com, Yiran Ding

W 2001 roku byłem na konferencji naukowej pt. Automatyzmy. Na przełomie wieków tematy takie, jak sztuczna inteligencja, sieci neuronowe, automatyczne (nieświadome) procesy mózgu były bardzo modne i na czasie.

Na konferencji tłum, mimo że godzina już późna a referatów za sobą wszyscy mamy kilkanaście. W prezydium same znakomitości: Wodzisław Duch, Andrzej Wróbel, Andrzej Nowak.

Słuchamy kolejnego referatu nt. badań nad automatycznością reakcji, o tym jak to mózg niczym równoległy komputer przetwarza dane o różnym stopniu abstrakcyjności, o tym jak to Benjamin Libet wykazał, że świadomą reakcję osoby badanej można przewidzieć kilkadziesiąt milisekund wcześniej – monitorując przetwarzanie w sieciach neuronowych mózgu.

Po referacie dyskusja, a podczas dyskusji z sali pada sakramentalne pytanie:
– To jak to w końcu. Twierdzicie państwo, że nie mamy wolnej woli??
W prezydium konsternacja. Uśmiecham się ubawiony, sądząc, że prezydium szuka najbardziej dobitnej odpowiedzi na tak proste pytanie. Wreszcie pada odpowiedź.
– Nie. To oczywiste, że mamy wolną wolę. Pan ma wolną wolę. Ja mam wolną wolę. Podejmujemy wybory. Inna sprawa, jak to zachodzi…

Patrzę oniemiały po prezydium. Wodzisław Duch kiwa potakująco głową, Andrzej Wróbel nie protestuje… No i klops. Kompletna klapa. Najlepsi naukowcy w kraju zebrani razem na konferencji poświęconej mechanice i deterministyczności przetwarzania informacji przez mózg nie potrafią pozbyć się WIARY w to, że wszyscy mamy wolną wolę. Wolną, czyli jaką? Niedeterministyczną? Nie do końca zależną od wprowadzanych danych? Jak nasz komputer to robi? Wyobrażacie sobie, że podczas grania w grę na własnym pececie, pokazuje się wam nagle napis DUPA – bo wasz komputer ma wolną wolę i gry tej nie lubi?

Jak to się zatem stało, że nawet tacy znamienici naukowcy nie wyzbyli się magiczności ze swojego myślenia?

Wychowanie i edukacja
To, jak zostaliśmy zaprogramowani w przedszkolu i w szkole ma ogromne znaczenie. To nie tylko wiedza – wszak dzieci przechodzą przez coś, co psychologowie nazywają amnezją wczesnodziecięcą. Zostaje jedynie mechanika mózgu (coś jak system operacyjny), emocje, nawyki, mocno wyuczone umiejętności. A mechanikę tę ukształtowała pani przedszkolanka, twoi rodzice i… ksiądz. O tym, jak bardzo destrukcyjne dla rozwoju poznawczego dzieci jest nauczanie religii tutaj.

Po takim zaprogramowaniu możesz dopiero zacząć dostarczać nowe dane, a wszystkie i tak przejdą przez Windows Deffendera albo Painta, czyli prze twoje – zaprogramowane przez księdza – myślenie magiczne, brak logiki, a także wspieraną przez panią przedszkolankę tendencję do łatwych wniosków i obawę przed wysiłkiem. No i jeszcze rodzice. Dogmatyzm? Autorytaryzm? Lęk i skrywająca go nienawiść? Zapytaj taty, zapytaj mamy.

Wrzucamy więc dane z hardware’u z systemem operacyjnym do spółki, a one wypluwają efekt. W wieku dorosłym nabywamy nowe umiejętności. Nowe cele lub pozyskana wiedza mogą zmodyfikować to, jak myślimy i nie zawsze służą wyłącznie dostarczaniu bieżącego wyniku. Uczymy się używania mnemotechnik, nagradzamy za nowy sposób wykonania zadania, nabieramy umiejętności budowania suspensu w opowiadaniu – wszystko to drobne procedury (jak makra w excelu) lub małe programiki uruchamiane w naszym systemie operacyjnym. Wiele się nimi nie da poprawić, ale co nieco da się usprawnić.

Jak działa mózg
Mózg to dość złożony, niezwykle energożerny, niezbyt szybki i samoprogramowalny komputer, na którego szczycie siedzi, jak wisienka na torcie, nasza świadomość o zabójczej szybkości przetwarzania 16-tu bitów na sekundę – mała, zdechła, wysuszona wisienka. Wisienka ta jest tak marna w przetwarzaniu informacji, że kilku jednoczesnych czynności (trzy pedały, kierownica plus lusterko) uczymy się miesiącami zanim staną się automatyczne.

Na zajęciach Tai Chi (przekonani o banalności ruchów formy) uczniowie zawsze jak jeden mąż przechodzą przez tak zwaną Fazę Ośmiornicy – gdy okazuje się, że trzeba jednocześnie wykonać ruch dwiema nogami i dwoma rękoma (a czasem jeszcze piętą). Nagle okazuje się, że tych rąk i nóg mamy zbyt wiele. Szesnaście bitów. Albo około cztery decyzje na sekundę. Nie wierzysz?

Wejdź tutaj i przeprowadź na sobie krótkie badanie pt. Visible Bottleneck 1, a potem wróć do czytania tego artykułu. Jeśli to zrobisz, to wiesz już, że świadomość nie myśli. Myśli nieświadomy mózg.

A jak on to robi? Po pierwsze korzysta z danych: tych zmagazynowanych w pamięci, które często nazywamy wiedzą oraz tych dostarczonych w danym momencie. Po drugie używa swojej sieci połączeń do obróbki danych i wygenerowania wyniku.

Myślenie zużywa bardzo dużo energii. Zapotrzebowanie mózgu na cukry wynosi około jednej trzeciej zapotrzebowania całego organizmu. Zasoby energetyczne są (były w naszej ewolucyjnej przeszłości) bardzo cenne. Nie wolno ich trwonić – tak jesteśmy ewolucyjnie zaprogramowani. Dlatego człowiek nie myśli wyłącznie tzw. kodem poznawczym, czyli tym kodem, za pomocą którego – przynajmniej tak nam się wydaje – podejmujemy decyzje, oceniamy rzeczywistość i planujemy działania. Są jeszcze co najmniej dwa kody: emocjonalny – wcześniejszy ewolucyjnie i, niestety, dużo dla nas ważniejszy, choć oszukujemy się, że tak nie jest; wyobrażeniowy – tak, czasem myślimy po prostu obrazami i tyle.

Możliwości przetwarzania nieświadomego mózgu są niewystarczające przy ilości informacji, jaka nas non stop zalewa nasze zmysły. Cała działka psychologii zajmuje się tą kwestią: błędami poznawczymi, heurystykami myślenia i mechanizmami podtrzymującymi nasze dobre mniemanie o sobie, mimo posiadania błędnej lub niespójnej wiedzy…

Pod względem hardware’u jesteśmy dość marnie wyposażonymi małpami.

Upraszczacze i polepszacze w miejsce racjonalizmu
Upraszczacze służą do redukcji ilości przetwarzanych informacji i są nimi: stereotypy, schematy, wzorce zachowań oraz heurystyki. Polepszacze mają utrzymać nas w dobrym mniemaniu o sobie, niezależnie od tego, czy podjęliśmy racjonalną decyzję czy też nie. Trzy najważniejsze to: redukcja dysonansu postdecyzyjnego, niekonfrontowanie sprzecznych przekonań oraz racjonalizacja.

Stąd smutny poniekąd wniosek, że pod względem hardware’u jesteśmy dość marnie wyposażonymi małpami. Do tego leniwymi poznawczo, bo wybieramy upraszczacze i polepszacze. Myślimy bardziej magicznie niż logicznie, bo często tak zostaliśmy wychowani. Nie zależy nam na prawdzie, a bardziej na tym, aby się nie narobić – maksimum zysków, minimum kosztów.

Jak w takiej sytuacji może dojść do doceniania wyników nauki w społeczeństwie?

Znajomi z Facebooka dostarczają nam kolejnego tryliona zbędnych, chaotycznych i emocjonalnych treści. Fake news to słowo roku 2017. Do tego Facebook i Google zamykają nas w tzw. bańce informacyjnej, algorytmowo odcinając nas od treści sprzecznych z naszymi przekonaniami, więc skąd mamy się dowiedzieć, że być może się mylimy?

Gra w leniwca
Czy czeka nas zatem odwrót od nauki? Ten odwrót zaczął się już około 17 lat temu. Także dlatego, że gramy ze sobą, z mediami i z państwem w grę. Kiedy naukowiec mówi o grach, to nie ma na myśli ani Chińczyka, ani Wiedźmina 3. Najczęściej ma na myśli jedną z dwóch rzeczy: albo rozmawianie z innymi poprzez podteksty, ukryte przekazy i niejasne cele – w takim rozumieniu ujmował gry Erick Berne; naukowiec może też mieć na myśli szczególny rodzaj problemów decyzyjnych pojawiających się, gdy jesteśmy uwikłani w relacje z innymi i ich decyzje. Taką grą jest na przykład Dylemat więźnia. Polecam świetną książkę na ten temat pt. Sztuka strategii, Avinash K. Dixit i Barry J. Nalebuff. Jest tam opisanych wiele fascynujących gier, choćby taka, która tłumaczy, co się dzieje ze wspólnym polem we wsi.

W Dylemacie więźnia graczy jest dwóch: ty i twój przyjaciel. Jesteście uwikłani i zależni od tego, co zrobi druga osoba. Wypłaty są tak ustawione, że zmierzasz do jednego punktu: wsypać przyjaciela. A wtedy obaj pójdziecie siedzieć. Tak samo w naszym magicznym-niemagicznym myśleniu jesteśmy uwikłani w cały szereg zależności z trzema innymi graczami: mediami, ustawodawcą, znajomymi.

Media i znajomi dostarczają nam danych (informacji). Ich jakość utrudnia ich przetworzenie. Media i znajomi są też dostarczycielami wypłat: media promują celebrytów i ustanawiają standardy, za które zbiera się tzw. hype wśród znajomych i wielbicieli. Znajomi wypłacają głaski i są potencjalnymi partnerami do przekazania genów. Ustawodawca z kolei wyznacza cele i wymagania, jakie należy spełnić, by wejść na wyższy poziom w hierarchii społecznej – co ma znowu przełożenie na hype, a więc liczbę potencjalnych samców i samic, którzy będą na nas patrzyli pochlebnym okiem. Jednocześnie my sami mamy jeden podstawowy cel: osiągnąć to co daje nam powodzenie, maksymalnie niskim kosztem poznawczym.

Media, praktycznie od początku transformacji dostarczają nam coraz gorszej jakości treści. Ale załamanie i równia pochyła zaczęły się na przełomie wieków. Media odkryły wtedy, że im prostsza i bardziej emocjonalna informacja, tym lepiej dla oglądalności. Przestały dbać o spójność informacji. Dostarczają coraz większą ilość niespójnych, emocjonalnych i często magicznych treści. Zrównują w programach informacyjnych ludzi, którym wiara pomyliła się z wiedzą oraz naukowców (filozofowie cierpią tu najgorzej), afirmują przesądy oraz ludowe zwyczaje i proste, heurystyczne myślenie.

Rzetelne dziennikarstwo utonęło w morzu nierzetelnych portali opiniotwórczych, blogów i newsów tak złych, jak te na Wirtualnej Polsce (NIE WIEDZIAŁA, CO SIE Z NIA DZIAŁO, ALE ODKRYŁA!!). W szkole na równych prawach funkcjonuje religia i matematyka. Księża mają więcej zajęć z dziećmi niż nauczyciele biologii. Edukacja na poziomie wyższym to biznes jak hurtowa sprzedaż buraków. Ustawodawca już w latach dziewięćdziesiątych puścił rynek uczelni wyższych na żywioł. Ustawodawca wprowadza religię do szkół i przedszkoli. Gdyby nie trybunał w Sztrasburgu to i zapewnienie lekcji etyki nie zostałoby w minimalnym stopniu spełnione.

A co z młodymi ludźmi? Jak młody, nieukształtowany umysł ma funkcjonować w takiej grze? Jak możemy go uchronić przed indoktrynacją księży i destrukcją w rozwoju poznawczym? Gdzie młody człowiek w takiej grze z jego umysłem odnajdzie zyski?

Nowoczesność mamy już dawno za sobą
Teraz już wiesz co chcę powiedzieć: że nowoczesność mamy już dawno za sobą, że upadek rozpoczął się dawno temu w pogoni mediów za oglądalnością i przyspieszył wraz z rozwojem mediów społecznościowych. To dzięki temu wybory wygrali chorobliwi kłamcy, bogobojni i niezbyt przenikliwi krzykacze oraz nacjonaliści – i to nie tylko w Polsce.

Czy możemy coś z tym zrobić? Nie, nie możemy. Czeka nas dalsze staczanie się po tej równi pochyłej. A dno leży – jak u alkoholika – nie wiadomo gdzie, ale na pewno w bardzo głębokim upadku. Będzie źle do tego stopnia że czkawką odbije się to nie tylko ludziom myślącym i dopiero wtedy nastąpi opamiętanie. I obym nie był złym prorokiem, przewidując, że wraz z tym upadkiem myślenia szykuje nam się w Polsce totalitaryzm, a może i coś więcej niż tylko aneksja Krymu. Nauka i racjonalizm mogą być w najbliższym czasie naszym najmniejszym zmartwieniem.


 

Marcin Małecki

Marcin Małecki

Doktor psychologii oraz instruktor Tai Chi oraz realnej samoobrony Tai Combat. Prowadzi audycje w PostRadiu: Okiem Rozumu, Rzeźnia dla Lunatyków oraz Obroń się Sam. Mieszka w Warszawie.