Magda Gacyk: Ostatnie kuszenie klienta

W edenie Elona Muska

Przed drzwiami wejściowymi rozpostarto czerwony dywan. Mała rzecz, a cieszy i klient momentalnie czuje się dowartościowany. Nie jest to może uroczyste wejście na salę gali oscarowej, ale wrót fabryki też to nie przypomina. Jest nowocześnie, przestronnie, czysto i cicho. W powietrzu unosi się zapach modernizacji.

Fabryka Tesli w Tilburgu jest jedynym europejskim przyczółkiem rosnącego imperium motoryzacyjnego Elona Muska. Kiedy otwierano ją niespełna trzy lata temu, Holendrzy gratulowali sobie innowacyjności i przedsiębiorczości. Poklepywano się po ramieniu, chwaląc za otwartość na świat. Przecież – mówiono – to te właśnie cechy musiał docenić najsłynniejszy milioner-wizjoner, kiedy decydował, że stąd będzie rozsyłać najbardziej pożądane elektryczne samochody na świecie do 69 dilerów na kontynencie. I tylko czasami na forum internetowym ktoś próbował przebić bańkę dumy narodowej, pisząc, że Muska zwabiły po prostu potężne ulgi podatkowe.

Przez półtorej dekady istnienia Tesla funkcjonowała od kryzysu do kryzysu, wydobywając się z kolejnych biznesowych tarapatów i często ratując skórę w ostatniej chwili. Oferty, takie jak ta od holenderskich władz, o preferencyjnych warunkach fiskalnych były nie do odrzucenia. Firma nie pogardziła nimi ani w Holandii, decydując się na Tilburg, ani w Szanghaju, planując budowę kolejnej fabryki.

Nie inaczej było też w Nevadzie, gdzie powstaje Gigafactory, monumentalny kompleks fabryczny. Władze stanowe, usiłując rozpaczliwie wyprzedzić konkurencję innych, zamożnych stanów, jak Teksas czy Kalifornia, zgodziły się niemalże na wszystko, czego żądał szef Tesli. Ten wydobył od nich obietnicę budowy infrastruktury, w tym dróg dojazdowych. Wszystko na ładną sumkę 1 miliarda i 250 milionów dolarów. W zamian obiecał 6,5 tysiąca miejsc pracy, imponującą budowlę, która stanie się jedną z największych na naszej planecie, oraz sławę miejsca, które – oprócz wkładu w hazard w Las Vegas – może się również pochwalić zaangażowaniem w najnowsze technologie.

Stałam na czerwonym dywanie i myślałam, że niezależnie od tego, jaka motywacja kierowała stronami zainteresowanymi stworzeniem fabryki w Tilburgu, efekt przedsięwzięcia był imponujący. I wtedy poczułam delikatny podmuch powietrza. A potem szept. Tuż przy lewym uchu. – A tak! Im-po-nu-ją-cy! Około 50 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni! – na moim lewym ramieniu siedział niewielki anioł. – Wybacz – ukłonił się, kiedy się lekko żachnęłam. – Powinienem był się najpierw przedstawić. Nazywam się Elektro-Anioł i sporo wiem o tym miejscu. Na przykład to, że mają tu niesamowity dach z panelami solarnymi. Ty, zwykła śmiertelniczka, tego nie widzisz, ale ja, z góry, mam bardzo przyzwoitą perspektywę. To ponad 43 tysiące metrów kwadratowych, czyli jakieś dziewięć dziesiątych powierzchni całkowitej. Dzięki temu można wyprodukować dobre 3 megawaty dziewiczej energii słonecznej. Nieźle, co? W planach całkowita samowystarczalność…

– Nie, no naprawdę nie da się tego słuchać! Nie dajesz się chyba nabrać na te propagandowe bzdury? – na moim drugim ramieniu coś tąpnęło, a kiedy obróciłam głowę, poczułam wyraźny zapach smoły. Przy moim prawym uchu przysiadł niewielki diabeł. –Jestem Kłobuk Węglowy. Podleciałem, bo widzę, jak Cię tu ten świętoszek wyprowadza na technologiczno-ekologiczne manowce. A tu trzeba sprawy jasno stawiać! Po pierwsze: fabryka nie taka do końca nowa, bo nie od 2015, a od 2013 roku i jeszcze część elementów była ściągnięta z amerykańskiej fabryki we Fremont. Starocie do hali do montażu. Tylko, że rok później nadęli się, rozbudowali i ochrzcili tę manufakturę fabryką, chociaż to wciąż taka podrasowana montownia.

Elektro-Anioł aż się uniósł ze wzburzenia. Na jego rozpostartych skrzydłach widać było naklejki: Czysta Energia, Stop lobby naftowemu! oraz Masz jedną Ziemię, nie niszcz jej! –Czego się znowu czepiasz? To się rozwój nazywa! Przecież nie da się wszystkiego od razu! Od rzemyczka do kamyczka. Teraz trochę Modeli S, trochę Modeli X, ale niedługo będą tu trzaskać 450 egzemplarzy tygodniowo. Cele trzeba sobie stawiać, skalować, a jak trzeba: robić pivoty – Elektro-Anioł wpadł w kaznodziejski ton biznesowy.

Tymczasem grupkę odwiedzających zaproszono do gościnnego lobby fabryki, a potem upakowano do pojazdu, który przypominał współczesną wersję dorożki, ciągniętą – zamiast koni – przez dyskretnie schowaną baterię elektryczną. Krążyliśmy po hali produkcyjnej, mijając kolejne stanowiska pracy. Nas z kolei mijały samobieżne hydrauliczne platformy przewożące korpusy samochodów.

– Dziś tłoku nie ma – perorował Elektro-Anioł – ale normalnie to produkcja idzie aż furczy. Wyrabia się normę, a oszczędza pracowników, bo tu automatyzacja postępuje. Plan jest taki, że całkowita robotyzacja…
– Och, błagam Cię – przerwał Kłobuk Węglowy. – Głodne kawałki o automatyzacji! Jakbyś nie pamiętał sprawy z Paprochowym Robotem…
– Pamiętam. I co z tego? – Elektro-Anioł przyjął postawę defensywną.
– Ano to z tego, że zrobotyzować wszystkiego się nie da – diabeł zwrócił się do mnie. – Wiesz, wzięli sobie parę miesięcy temu robota do wydłubywania paproszków z tapicerki. Fajna maszynka, ale nie dała rady prostej czynności. Po trzech tygodniach Elon zwolnił ustrojstwo i zatrudnił na powrót śmiertelników. Notabene koleś orze pracownikami niemożebnie. Nie tylko maszynami, ale i ludźmi.
– Jesteś niesprawiedliwy! – wykrzyknął Elektro-Anioł. – Kiedy ostatnio goniły terminy, Musk spał na podłodze w hali fabrycznej. A dziennikarzom powiedział: Wiem, że cisnę gaz do dechy, ale jeśli oni czują ból nadgodzin, ja chcę czuć ten ból jeszcze bardziej i właśnie dlatego, mimo że mogłem iść nocować do hotelu, zostałem z nimi.
Terefere – zaśmiał się szyderczo Kłobuk. – Chce czuć ich ból? To niech zacznie zasuwać na taśmie! I zobaczy, jaki sam wprowadził nieludzki dryl i jaki stosuje wyzysk. Kalifornijska fabryka Tesli od prawie trzech lat ma fatalne statystyki, jeśli chodzi o wypadki w pracy, więc niech ten Elon siedzi cicho.
Kłobuk Węglowy zrobił efektowną pauzę, po czym ciągnął: – Według oficjalnych danych federalnych słynna Tesla ma w USA gorsze wyniki dotyczące bezpieczeństwa niż cieszące się szkaradną sławą branże przemysłu. Najkrócej rzecz ujmując, gdy w grę wchodzi BHP, to firma tego hołubionego przez wielu współczesnego Iron Mana jest na szarym końcu. Za tartakami, ubojniami i szpitalami psychiatrycznymi.
– Iron Man robi wszystko, co w jego mocy, żeby poprawić sytuację – zaszemrał Elektro-Anioł, ale już bez dotychczasowej pewności siebie. – Chce jak najlepiej.
– Dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane – sarknął Kłobuk. – Wierz mi, wiem coś o tym.

Podczas tej wymiany zdań między Elektro-Aniołem a Kłobukiem obejrzałam prawie cały proces składania Tesli w zgrabną, energooszczędną całość. Przejechałam obok Deszczowej Stacji, wyglądającej jak klasyczna myjnia samochodowa, gdzie testowano szczelność auta, zlewając je strumyczkami wody o różne sile, natężeniu i kącie padania. Stanęłam przy stanowisku, na którym polerowano karoserię na błysk. I przystanęłam na dłuższą chwilę przy najdłuższym na świecie, bo dwukilometrowym, wewnętrznym torze wyścigowym, na którym byli kierowcy rajdowi sprawdzali, czy wszystko działa jak należy, radykalnie przyspieszając i gwałtownie hamując. Byłam pod wrażeniem.

– Sama widzisz – stwierdził z ledwo wyczuwalnym triumfem w głosie Elektro-Anioł. – Ta fabryka to imponujące przedsięwzięcie. A jeżeli nie imponuje ci to, co się tu dzieje, to musisz – po prostu musisz – docenić geniusz Muska w kwestii innowacji samochodu elektrycznego.
– Wy, anioły, jesteście naiwne jak dzieci – zachichotał szyderczo Kłobuk. – Pierwszy prototyp auta elektrycznego opracowano w 1834 w Ameryce. Pamiętam, bo wtedy prezydentem był Andrew Jackson, na którego czekało specjalne miejsce w piekle, bo szuja to była niezwyczajna. I nie chodzi nawet o to, jak traktował swoich niewolników, ale nie o tym tu mowa. Wróćmy lepiej do naszych baranów… Od czasu siódmego prezydenta USA koncept elektrycznych silników rozwijał się prężnie. W latach 20. i 30. ubiegłego wieku na ulicach amerykańskich miast jeździła prawie jedna trzecia wehikułów o takim napędzie. Potem lobby naftowe ukręciło skutecznie elektromobilności łeb. Też moi ludzie, tak na marginesie…

Wychodziliśmy z budynku. Elektro-Anioł i Kłobuk Węglowy zaczęli się jakby rozmywać. Ich głosy stawały się coraz mniej wyraźne i nie byłam pewna tego, co mówią. Elektro-Anioł wspomniał coś o świetlanej przyszłości z energią ze źródeł odnawialnych. Kłobuk natomiast krzyczał, że ogień wieczny bez węgla zamieni piekło w cichy, napędzany słońcem i wiatrem raj dla potępieńców.

Obaj podkreślali, że muszę teraz dokonać właściwego wyboru…