Magda Gacyk: Moda na miarę ponowoczesności

Tech-Moda w San Francisco: kobieta ubrana w diody, mężczyzna cały w sensorach

fot. unsplash, Tiko Giorgadze

Zużycie baterii…
Szkic był ołówkiem, a prezentacja w Power Poincie. Rysunek płaszcza robił wrażenie bardzo dokładnego, a nawet przesadnie drobiazgowego: tu zakładka, tam pliska, szalowy kołnierz, marszczone rękawy, całość zapinana na zamek błyskawiczny o dużych ząbkach. Wyraźna strzałka wskazywała kieszeń. Obok napisano: miejsce na baterie. Na drugiej kartce naszkicowano smartfon, na którego ekranie widoczny był napis: Zużycie baterii: 60%.

Projekt wyświetlono na potężnym ekranie, pod którym zasiadał panel sędziów, zachowujący uprzejmą obojętność. Natomiast na twarzy dziewczyny siedzącej obok mnie malowało się wzburzenie. W przerwie pokazu nachyliła się do swojej koleżanki: Pamiętasz, jak miałyśmy zajęcia z dziejów mody i ubioru? I tam była historia prêt-àporter. Pamiętasz? Sufrażystki, Coco Chanel, odzieżowa produkcja masowa, Marilyn Monroe, kariera dżinsu i takie tam? Sto lat temu tak właśnie rozrysowywano krój ciucha! Sto lat! To jakieś jaja są!

podgrzewaną odzież produkuje się – z mniejszym lub większym sukcesem – od początku tego wieku.

Design, który pracowicie wykonał na kartce papieru projektant, a potem pieczołowicie przeniósł do multimedialnej prezentacji, miał stać się – według autorów pomysłu – innowacyjnym krzykiem mody. Zrobić furorę jako okrycie wierzchnie, które… grzeje. Baterie w kieszeniach miały być włączane i wyłączane za pomocą specjalnej aplikacji, a temperatura ustawiana ręcznie. Właściciele niewielkiej tureckiej firmy Polaristan, produkującej wyroby z wysokiej jakości polaru, zdawali się nie mieć świadomości, że od nowa wymyślili koło. I to dość koślawe, bo podgrzewaną odzież, znacznie bardziej zaawansowaną technologicznie, produkuje się – z mniejszym lub większym sukcesem – od początku tego wieku.

A może zdawali sobie sprawę z wtórności własnego projektu, ale też chcieli uszczknąć kawałek z kuszącego, technologicznego i biznesowego tortu, jakim stała się Dolina Krzemowa? I dlatego pofatygowali się aż ze Stambułu, żeby wziąć udział w jednym z najważniejszych wydarzeń związanych z modą przyszłości – Tech Fashion Week 2018 w San Francisco.

…i materii
W Dolinie Krzemowej zeswatano modę i technologię kilka lat temu. Mariaż okazał się dość udany; organizowano prelekcje i wykłady, młodych przedsiębiorców i projektantów ściągano na spotkania networkingowe, gdzie mieli okazję poznać potencjalnych inwestorów, a śmietankę Silicon Valley zapraszano na pokazy tech-mody, podczas których na wybiegach zamiast modelek krążyły drony. Jak króliki mnożyły się start-upy, proponujące stroje na miarę ponowoczesności: spódnice dla pań zmieniające  kolory pod wpływem emocji właścicielki, czy mieniące się barwnie kapelusze dla panów, odczytujące fale mózgowe. Wydawało się, że małżeńska sielanka będzie trwać wiecznie, ale mniej więcej rok temu coś zaczęło zgrzytać.

Z designerskiego punktu widzenia tech-moda stała się wężem, który zaczął zjadać własny ogon.

Kiedy San Francisco Fashion and Merchants Alliance, największa organizacja zajmująca się biznesem modowym w Kalifornii, zorganizowała tydzień poświęcony modzie na miarę ponowoczesności, pod koniec eventu jasnym się stało, że futurystyczne haute couture rozwija się niemrawo. Brakuje oryginalnych konceptów, ciekawych artystycznie rozwiązań i wynalazków, które zafrapowałyby klienta.
Z designerskiego punktu widzenia tech-moda stała się wężem, który zaczął zjadać własny ogon, powielając zużyte idee. I robiąc recycling zużytych koncepcji. Tak było między innymi z występującymi podczas Tygodnia Tech-Mody projektami świecących ubrań, posiadających wbudowane diody. Tego typu projekt rzeczywiście stanowił novum, ale prawie dekadę wcześniej. W 2010 roku.

Wtedy ogromne zainteresowanie mediów wzbudziła kreacja Katy Perry, w której pokazała się na słynnej gali Instytutu Kostiumu przy nowojorskim Metropolitan Museum. Piosenkarka dosłownie przyćmiła wszystkich uczestników, wkraczając na czerwony dywan w szyfonowej sukni balowej z wmontowanymi trzema tysiącami światełek LED. Wystarczyło tylko nacisnąć niewielki przycisk na dekolcie, a materiał rozbłyskiwał migającymi falami światła.
Następnego dnia internet huczał, a Katy Perry okrzyknięto prorokinią przyszłościowych trendów modowych.
I tylko Women’s Wear Daily, magazyn uznawany za biblię amerykańskiej mody, kąśliwie skomentował, że celebrytka powinna zrozumieć podstawową zasadę. Otóż,  kobieta ma się ubierać tak, by zatrzymywać ruch na drogach, ale tylko dlatego, że wygląda szałowo, a nie dlatego, że przebrała się za sygnalizację świetlną. Niezrażona krytyką artystka odparowała, że część guru świata haute couture powinna wyluzować, bo najwyraźniej mają strasznie spięte dupska. Na tym głosy polemiczne się skończyły, a kreacja przeszła do historii.

fot. Wikimedia Commons, Carmendigame

Strój Katy Perry stworzyła londyńska firma, specjalizująca się w futurystycznej modzie. CuteCircuit ciekawymi pomysłami wsławiła się jeszcze kilka razy, ubierając inną wokalistkę, Nicole Scherzinger, w sukienkę, która – podczas jednej z uroczystości w Hollywood – wyświetlała na żywo tweety fanów gwiazdki oraz zaopatrując członków zespołu U2 w sprzężone z koncertową grą świateł marynarki.

Mata Hari zamiast Bono
Choć show-biznes wyraźnie zachwycił się cyfrowymi strojami i zrobił im niezłą reklamę, to nie udało się tego przekuć na masowe zapotrzebowanie. Ubrania, ściśle zespolone z technologiami, są bowiem drogie i niełatwe w użyciu. Najpierw trzeba słono zapłacić, a potem dbać, pielęgnować, spełniać szereg określonych wymagań przy praniu czy suszeniu. Dla przeciętnego konsumenta skórka niewarta jest wyprawki, nawet jeśli uda się nabyć taką rzecz po przyzwoitej cenie.

Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy dałam się skusić na kupno T-shirtu, którego przód miał emitować rozmaite wzory. Na stronie producenta koszulka wyglądała obłędnie i klient czuł się niemal jak Bono występujący na koncercie w grającej światłami marynarce. Problemy zaczęły się po otrzymaniu produktu, który trzeba było samemu (sic!) złożyć. Dołączona instrukcja niemalże w każdym zdaniu ostrzegała przed nieuważnym skompilowaniem elementów, strasząc awarią oraz porażeniem prądem.
Kiedy w końcu udało się poskładać tkaninę oraz przyklejany, plastikowy ekranik, kabelki i akumulatorek w jedną całość, szybko okazywało się, że ubranko jest wyjątkowo niepraktyczne. Kable uwierają, pudełeczko na baterie kłuje w bok, a materiał jest nieprzepuszczalny i człowiek się w nim dusi. W techno-wdzianku czułam się jak Mata Hari, ale bez poczucia szpiegowskiej misji. T-shirt założyłam raz.

Każdy produkt, który pojawiałby się na rynku, byłby uzbrojony w czujniki i miał swoje indywidualne oznaczenia. Mógłby więc nie tylko być namierzalny, ale też mógłby – dajmy na to – komunikować się z komputerem właściciela i podsuwać mu informacje o promocjach czy nowych kolekcjach.

Z Internetu Rzeczy do Internetu Rzeczy Modnych
Tydzień Tech Mody w San Francisco nie oszołomił kreatywnością, natomiast pokazał inną, ciekawą z biznesowego punktu widzenia, stronę przemysłu modowego, który – mimo porażek – jest zdeterminowany, by inwestować w nowe technologie.

Masowa produkcja odzieży i akcesoriów z nią związanych coraz częściej traktowana jest jako część Internetu Rzeczy (Internet of Things). A skoro w IoT przedmioty domowego użytku mogą za pośrednictwem sieci internetowej identyfikować się i porozumiewać się ze sobą, wymieniać i przetwarzać dane, to włączenie w to ubrań, butów i torebek, zabezpieczałoby producentów przed kradzieżą i podróbkami. Każdy produkt, który pojawiałby się na rynku, byłby uzbrojony w czujniki i miał swoje indywidualne oznaczenia. Mógłby więc nie tylko być namierzalny, ale też mógłby – dajmy na to – komunikować się z komputerem właściciela i podsuwać mu informacje o promocjach czy nowych kolekcjach.

firma Rochanbeau zeszłoroczne jesionki dla panów wyposażyła w specjalne czipy, dające darmowy dostęp do wielu nowojorskich wydarzeń artystycznych.

Dla przedstawicieli świata mody wiąże się to z potencjalnie dużym zyskiem, dlatego coraz chętniej mówią o podgatunku IoT – Internecie Rzeczy Modnych (Internet of Fashionable Things). Coraz częściej snują też związane z tym plany.
Może być to wytwarzanie torebek, które – w przypadku zgubienia – będą znajdowane z pomocą firmowej aplikacji, albo butów, które będą zapamiętywały dane biometryczne właściciela i przebyty przez niego dystans, zarówno podczas biegów czy spacerów, jak i zwykłych, codziennych aktywności.

Z kolei projektanci haute couture coraz poważniej zastanawiają się nad tworzeniem kreacji dla kulturalnych snobów. Pierwszą jaskółką takiego trendu była firma Rochanbeau, która zeszłoroczne jesionki dla panów wyposażyła w specjalne czipy, dające darmowy dostęp do wielu nowojorskich wydarzeń artystycznych.

Przytul się lub broń
Zakończony kilka dni temu Tydzień Tech Mody w San Francisco pokazał, że w futurologiczną modę wkrada się proza biznesowego życia, niknie natomiast krawiecka inwencja rodem z filmu science fiction. Pozostają wspomnienia wynalazków sprzed lat.
Takich jak przytulny Hug Shirt, pozwalający – poprzez zestaw dotykowych sensorów – na przesyłanie uścisków osobie będącej w innym, często odległym miejscu. A także takich jak odstraszająca Robotyczna Suknia Pająka, w której można – w geście samoobrony – wysuwać zakończone szpikulcami, pajęcze odnóża. Na kolejne szaleństwa projektantów futurystycznej mody trzeba będzie poczekać. Być może do przyszłego sezonu.

 

Czas do następnego artykułu z tego cyklu

Dni
Godzin
Minut
Sekund

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here