📻 Magda Gacyk: Lustratorzy ludzkich umysłów

Boisz się podsłuchów? To już historia, nadszedł czas podmysłów

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Magda Gacyk.

 


CHINY. PEKIN

Jest wcześnie rano. Kończy się nocna szychta, rozpoczyna poranna. Zmęczeni nocką przy taśmie robotnicy schodzą do szatni. Rozpinają przepocone drelichy. Ściągają rękawice ochronne. Zdejmują plastikowe kaski. Ubiór roboczy ląduje w stalowych szafkach. Ochronne nakrycia głowy sadowione są ostrożnie na specjalnie przystosowanych półkach. Z kaskiem trzeba ostrożnie, nie wolno rzucać, nie wolno turlać, nie wolno zamoczyć w wodzie, bo mogą popsuć się czujniki. A bez czujników szef nie wie, czy podwładny jest wystarczająco skoncentrowany i czy, podczas pracy, nie wpadają mu do głowy głupie pomysły i czy nie nawiedzają go swawolne myśli.

Czujniki podsłuchujące myśli. Wszystko w imię efektywności. Oraz w trosce o dobrostan pracownika.

Chińska maszyna propagandowa oficjalnie odtrąbia sukces. Emocjonalna inspekcja siły roboczej to przyszłość narodu! Powinna zostać wprowadzona w każdym nowoczesnym zakładzie pracy, bo władze Chińskiej Republiki Ludowej mają niepodważalne dowody na to, że technologia zaglądania obywatelom w umysły przynosi pożytek.

Media na całym świecie – niektóre sceptycznie, a niektóre krytycznie – piszą o niezwykłej poprawie wydajności pracy w korporacji Hangzhou Zhongheng Electric, produkującej urządzenia elektroniczne dla przemysłu energetycznego. Przykład robi wrażenie. Według oficjalnych danych, od 2014 roku czyli od kiedy śledzi się emocje 40 tysięcy zatrudnionych tam ludzi, zyski wzrosły o 315 milionów dolarów.

Na fali zainteresowania tematem dla prorządowej gazety South China Morning Post wypowiada się jeden z anonimowych oficjeli. Zapewnia, że czuwanie nad ludzkimi emocjami to nic zdrożnego. Dzięki technologicznej innowacji, pozwalającej na odczytywanie stanu uczuciowego, w zakładach pracy sensowniej wprowadza się przerwy odpoczynkowe i łatwiej zniwelować przyczyny dekoncentrowania się pracownika.

Równie optymistycznie o projekcie Neuro Cap mówi jego współwynalazca, profesor z uniwersytetu Ningbo. Jego zdaniem, dzięki systemowi kontroli emocji, menedżer może odesłać przeżywającego trudne chwile pracownika do domu, zalecić chwilowy odpoczynek lub przerzucić na inne, mniej odpowiedzialne stanowisko. Jin Jia nie ma żadnych etycznych wątpliwości. Argumentuje, że podobne rozwiązania stosują już od dłuższego czasu inne firmy. Za przykład podaje noszących analogiczne kaski kolejarzy na trasie Pekin-Szanghaj, u których sensory wyczuwają niebezpieczny poziom senności i natychmiast wysyłają wiadomość alarmową.

Zachodni specjaliści nie podzielają entuzjazmu przemysłowego establishmentu Chin i zwracają uwagę na niedoskonałość technologii.

Cały proces nie jest szczególnie skomplikowany. Polega na odczytywaniu fal mózgowych przez umieszczone w kasku sensory. Ot, takie EEG dla ubogich. Urządzenie elektroencefalograficzne będzie wychwytywać zapis podstawowych emocji: radości, smutku, stresu, rozpaczy, frustracji czy gniewu. Dane zostaną wprowadzone do komputera, gdzie przeżuje je wyspecjalizowany algorytm, by na końcu wypluć z siebie coś w rodzaju podsumowania emocji dnia i – w zależności od wyników – zasugerować odpowiednie usprawnienia.

Sprawa nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, bo nie potrafimy precyzyjnie zapisywać aktywności naszych mózgów. Sensory są wyczulone na każdą aktywność elektryczną, nie tylko na fale mózgowe. Mogą więc rejestrować również wszelkie inne impulsy, a to nie pozwala potem na precyzyjne odcyfrowanie zebranych informacji. Również umieszczenie czujników w kaskach, a nie bezpośrednio na skórze głowy, utrudnia właściwy zapis. Podsumowując – twierdzą eksperci – owa osławiona technologia prawdopodobnie jeszcze nie działa należycie i jeszcze nie udało się stworzyć zdalnie sterowanego, idealnego społeczeństwa-mrowiska.

Chiński Wielki Brat ma poważny orzech do zgryzienia.

USA. DOLINA KRZEMOWA

W sali wszystko przygotowane jest do zabiegu. Czaszka obłożona sterylnymi chustami. Retraktory,  odgryzacze kostne i klemy przygotowane. Monitory włączone, pikają cicho. Zespół w gotowości, chirurg wydaje pierwsze polecenia instrumentariuszce. Radiolog stoi przy rezonansie magnetycznym, gotowy w każdej chwili zastartować maszynę.

Pielegniarki uspokajają pacjenta. Jest świadomy, w tym wypadku nie ma potrzeby podania głębokiej narkozy. Respirator odstawiono na bok.

Sam zabieg trwa kwadrans, ale zaraz po nim zaczyna się szczegółowe sprawdzanie, czy implanty działają. Chirurg prowadzący testuje podstawowe odruchy nerwowe w kończynach, pielęgniarka przygląda się, czy drżenie rąk się zmniejszyło. Jednocześnie dostrajane są impulsy elektryczne, przesyłane do mózgu chorego na Pakinsona mężczyzny.

Pacjent uśmiecha się.

Lekarze wydają się zrelaksowani. To nie pierwsza operacja wszczepienia implantu mózgowego na Uniwersytecie Stanforda. Tamtejszy oddział neurochirurgii ma w tej materii ponad 30-letnie doświadczenie, bo amerykańska Agencja Żywności i Leków (odpowiednik naszego ministerstwa zdrowia) zezwoliła na ten typ inwazyjnego leczenia już w 1997 roku.

Początkowo, głęboką stymulację mózgu poprzez wprowadzenie dwóch cienkich metalowych implantów stosowano wyłącznie w przypadkach ciężkich, neurologicznych chorób degeneracyjnych, związanych ze sztywnością oraz z drżeniem i spastycznością mięśni. Potem, tym samym sposobem, zaczęto leczyć m.in. z depresji i zespołu stresu pourazowego. Smyrano elektrodami odpowiednie fragmenty mózgu. Część pacjentów odzyskiwała chęć do życia.

Najpóźniej do listy przypadłości, leczonych głęboką stymulacją mózgu, dopisano zaburzenia kompulsywno-obsesyjne.

To ostatnie zastosowanie stało się w ubiegłym miesiącu polem medycznych spekulacji, kiedy okazało się, że mężczyźnie, cierpiącemu na nerwicę natręctw i cukrzycę, wrócił do normy poziom cukru. Ten nietypowy efekt uboczny przebadano na razie jedynie na grupce kilkunastu chorych, którym postawiono wcześniej analogiczną diagnozę. Wyniki były obiecujące.

Nieśmiało przebąkuje się o tym, że lekiem na cukrzycę może okazać się zagłębienie elektrod w tzw. ośrodku nagrody, odpowiedzialnym za odczuwanie przyjemności.

Terapia głębokiej stymulacji mózgu budzi nadzieję, ale i wątpliwości. Zwolennicy kibicują każdej technologiczno-neurochirurgicznej nowince, licząc, że precyzyjne wymierzanie przepływającego przez neurony impulsu stanie się panaceum przyszłości. Krytycy zarzucają beztroskie manipulowanie osobowością człowieka bez oglądania się na długoterminowe skutki, wyłączania mu smutku na życzenie, czyszczenia z reakcji na traumę, spłycania jego emocjonalności.

Zarówno jedni jak i drudzy wiedzą jednak: od implantów mózgu nie ma odwrotu.

USA. REDMOND W STANIE WASZYNGTON

Na stoliku stoi wazon pełen bladoróżowych tulipanów. Drobny, wiosenny akcent podczas Ability Summit, konferencji dla osób niepełnosprawnych oraz rodzin dzieci niepełnosprawnych. Przy stoliku moderatorka i szef jednej z najpotężniejszych technokorporacji na świecie.

Satya Nadella opowiada o pracach badawczych Microsoftu nad wykorzystaniem implantów mózgowych. Roztacza wizje świata, który – dzięki nowoczesnym technologiom – będzie bardziej przyjazny dla tych osób dotkniętych ciężką niepełnosprawnością. Ludzi z poważnymi uszkodzeniami centralnego układu nerwowego.

Takich jak jego własny syn, Zain, niewidomy i cierpiący na porażenie mózgowe.

Opowieść Nadelli brzmi jak walka o żelaznym wilku, gdy mówi o interfejsie człowiek-maszyna i zwiększaniu – po wszczepieniu implantów mózgowych – ludzkiej inteligencji i pamięci.

Tej narracji jako bajki nie traktuje giełda i notuje niewielkie przyrosty cen akcji. Kilka dni wcześniej do mediów wycieka informacja, że Microsoft stara się o opatentowanie systemu, dzięki któremu możliwe będzie sterowanie komputerem poprzez myśli. Firma musi się spieszyć, bo konkurencja już depcze po piętach.

Testowanie komunikacji między człowiekiem a maszyną za pomocą fal mózgowych zapowiedział także Elon Musk, a media wywęszyły, że założona przez niego firma Neuralink pilnie szuka odpowiedniego pomieszczenia w San Francisco, gdzie mogłaby prowadzić eksperymenty z implantami na szczurach.

Podobne testy prowadzi DARPA, badawcze ramię amerykańskiej armii. Wojskowi naukowcy chcą wygenerować żołnierza, któremu będzie można wydawać rozkazy przez urządzenie wszczepione w mózg i które jednocześnie – za pomocą tegoż urządzenia – będzie można monitorować.

Wyścig trwa. Jego stawką jest pełna lustracja naszych umysłów.

Lustracja: z łacińskiego „lustratio”, oznaczającego „wgląd” lub „przegląd”; proces przeglądu oraz weryfikacji, stanowiący najczęściej rodzaj kontroli przez organ nadzorujący.